wtorek, 29 grudnia 2015

Święta, Święta i... po Świętach.


Było, minęło. Jedni szybciej, inni wolniej, ale wszyscy wracamy do stanu codzienności. Były Święta. Jak co roku. Teraz składamy świąteczne obrusy, dojadamy resztki świątecznych słodkości, cieszymy się prezentami - ja na przykład  pisząc piję pyszną herbatkę :), robimy po-świąteczne porządki. Skończył się czas świętowania. Czeka nas jeszcze Sylwester i Nowy Rok, ale to już trochę inna sprawa. Nawet całkiem inna. Inni ludzie, inne miejsca; atmosfera; raczej zabawa niż Święto. I dobrze. Jest czas na to i na to. I na codzienność też miejsce się znajdzie. I ja dzisiaj własnie o tej codzienności.
To bardzo dobrze, że są Święta. I myślę tutaj nie tylko o Bożym Narodzeniu. W ogóle Święta są ważne i potrzebne. Ale trochę bez sensu, jeśli nie wnoszą w nasze życie nic oprócz samych siebie. Są Święta - najemy się, posiedzimy, wymienimy prezentami, koniec. Spotkałam przed tegorocznymi smutnego człowieka w windzie. Miał w ręku dwie ogromne torby z zakupami i niezmiernie nieszczęśliwą minę. Chwilę z nim rozmawiałam i dowiedziałam się, że wszystko jest bez sensu, że żona wysłała go na kolejne zakupy, narobią się do nieprzytomności, przyjedzie rodzina, wszystko zje, zabierze prezenty i tyle będzie z tych Świąt. Pan, jak nietrudno się domyślić, Świąt nie lubił. I tak sobie pomyślałam, że rzeczywiście, jeśli tak to wygląda...
W grudniu zawsze jest mnóstwo akcji i projektów dla ludzi samotnych, nawet reklamy przypominają nam o tym, że nikt w Święta nie powinien być sam. Ale jeśli te Święta, i obecność na nich rodziny tylko przypominają o tym jak bardzo ta rodzina nie dba o człowieka w pozostałej części roku? Trudno wtedy Święta lubić. Jeśli świąteczna, dobra atmosfera, radość i wzajemne obdarowywanie się prezentami i swoją obecnością jest czymś na co wysilamy się raz w roku, to trochę jednak szkoda, nie?
Może warto jeszcze coś z tych Świąt "wycisnąć"? Jeszcze nie całkiem wywietrzały nam z głowy kolędy, światełka i pierniczki, jeszcze bliscy nie stali się odlegli. Jeszcze zdążymy, przecież tyle co skończyliśmy świętowanie. Same Święta niczego nie zmieniają. Pisałam o tym w zeszłym roku, w podobnym czasie ( Święta niczego nie zmieniają ) i  podtrzymuję tę myśl.
Warto mieć taki rok, żeby najbliżsi cieszyli się na następne Święta. Warto tak ich traktować, żeby z radością ubrali choinkę w przyszłym roku. Przecież nie potrzebna jest specjalna okazja, do troski, okazania miłości i tego, że ktoś jest dla mnie ważny. Bądźmy dla siebie nawzajem mili nie tylko w Święta :)

piątek, 4 grudnia 2015

O czym są Święta?

To, co dziś piszę nie będzie bardzo odkrywcze. Na całe szczęście uważam, że bycie oryginalnym jest nieco przereklamowane i lepiej czasem być może nieco mniej twórczym, ale za to robić właściwe i mądre rzeczy w stosownej porze (nawet jeśli podobnie czyni wielu:).
Wszędzie wokół światełka, choinki, gwiazdki, i inne "dżingylbelsy" wszelkiego typu i rozmiaru. Sklepy zatrudniają powoli dodatkowych pracowników, chyba wszystkie poustawiały już świąteczne wystawy i usiłują skłonić każdego możliwego klienta do kupienia "u nas najlepszych prezentów". W internecie i TV pojawiło się jakieś dwanaście milionów reklam przekonujących człowieka do zakupu takiego to a takiego prezentu, bez którego twoi najbliżsi w ogóle nie poczują magii Świąt (wszystkie prezenty są oczywiście w promocji). Widziałam nawet ranking najpiękniejszych jarmarków świątecznych w Europie z adnotacją "sprawdź loty do...", w promocyjnej, oczywiście, cenie. Oprócz tego pojawiły się też doroczne świąteczne wyciskacze łez - chwytające za serce i świetnie zrobione... reklamy większych sieci sklepów czy firm. Jak to kiedyś mówił Jasiu "biznes to biznes, kochany Winnetou".
Wcale nie chcę teraz napisać, że to wszystko jest złe, zabiera nam Ducha Prawdziwych Świąt i zewsząd otoczeni jesteśmy rozbuchanym konsumpcjonizmem. Może i jest coś na rzeczy, ale przecież nie chciałabym żeby tego wszystkiego nie było, bo po prostu lubię tę atmosferę. Naprawdę lubię. Światełka, renifery, choinki, mikołajki, pierniczki, ciasteczka, lukier, w sumie chyba wszystko. Jasne, że bez przesady, ale każdy przesadza sobie po swojemu. Tylko co z Duchem Świąt?
Hmmm...
Jakoś nie wierzę w tego ducha. Myślę, że w ogóle nie ma czegoś takiego. Jest sedno samego Święta i wszystko wokół. I cala rzecz w tym, żeby one do siebie pasowały. Nie mogą natomiast się pozamieniać miejscami. Atmosfera, i te wszystkie miłe rzeczy, o których właśnie napisałam nie są i nie powinny być sednem Święta. Ani tym bardziej jego Duchem. Podobnie zresztą jak tort z kremem i świeczkami oraz prezenty nie powinny być sednem niczyich urodzin. Ale dobrze, że ta atmosfera jest, podobnie jak dobrze, że jest fajna atmosfera kiedy ja sama, czy ktoś z moich bliskich mamy urodziny. I choć jest oczywistym dla przynajmniej (mam nadzieję) większości ludzi, że Jezus nie urodził się w grudniu i nie koło Częstochowy, że w stajence nie było świnek, i że nie sypał na nią śnieg, że królowie niekoniecznie byli królami i niekoniecznie było ich trzech, że karp to stosunkowo nowy pomysł, że choinka, że gwiazda, że Mikołaj, że ...., to jednak ta atmosfera jest po prostu fajna. Wyjątkowa. Narosła przez wiele lat i pokoleń i jest taka, jaka jest. Może i nie zawsze słuszna, może czasem trochę naciągana. Ok, czasem bardzo naciągana. Bez wątpienia. Ale dzięki niej ten czas jest wyjątkowy. Inny niż wszytko inne i tak właśnie powinno być - o to chodzi w ŚWIĘTOWANIU.
No ale co tak właściwie świętujemy? O co chodzi i z jakiego powodu to całe zamieszanie?
"Syn Człowieczy przyszedł, by szukać i ratować to, co się zgubiło" - sam Bóg przybył nam na ratunek!
Że pomocy potrzebujemy, chyba nie ma wątpliwości. Jak bardzo pogubieni jesteśmy, a przynajmniej bywamy - każdy, niestety, też ma pojęcie. Tymczasem Bóg przybył nam na ratunek. Aby nas znaleźć i uratować. I to jest sedno tych Świąt. Jest dla nas nadzieja. Taka prawdziwa. Dlatego nie czekamy na Dzieciątko, nie czekamy już na Zbawiciela. Możemy żyć już teraz prawdziwym, pełnym życiem, bo Bóg przybył nam na ratunek. I już z nami został.
To świętujemy, i z tego się cieszymy. Dlatego to całe świąteczne szaleństwo. Jest z czego się cieszyć!
Jeśli o tym zapomnimy, pozostaje nam świętowanie choinki, światełek i zakupów.

niedziela, 29 listopada 2015

Hu hu ha! Zima zła!

Wczoraj wieczorem padał śnieg. Padał i padał i skłonił mnie do refleksji.
A oto refleksja: Latem, kiedy nadeszła fala upałów, pisałam żeby nie narzekać (można o tym przeczytać tutaj: Fala upałów). Nadal jestem zdania, że narzekać nie należy, ale okazało się, że jest mi chyba trochę trudniej nie narzekać jak jest zimno, niż jak jest ciepło :). A okazało się to przy wspomnianej okazji zmiany pogody, której w zasadzie można się było pod koniec listopada spodziewać. Podobno jeśli człowiek nie cieszy się na sanki, kiedy spadnie pierwszy śnieg to jest już stary. Prawdopodobnie jestem trochę stara od zawsze, i pamiętam jak tata dawno, dawno temu tłumaczył mi, że "za zimno" jest lepsze niż "za ciepło", bo jak jest zimno, to zawsze można jeszcze coś dodatkowego ubrać, albo pobiegać a jak jest za ciepło, to człowiek tylko leży i dyszy z nadzieją, że upał minie. Nie przekonał mnie wtedy. I nadal zdecydowanie wolę lato. Ale to niekoniecznie oznacza, że muszę narzekać na zimę. Nie wszystko w niej lubię. Fakt. I próby polubienia tego, czego się nie lubi są raczej frustrujące i mało skuteczne, przynajmniej z mojego doświadczenia. No, ale jeśli twierdzę, że to ja powinnam panować nad moimi emocjami i myślami a nie one nade mną (a tak własnie twierdzę), i generalnie nie chcę być niewolnikiem pogody, nastroju czy czego tam jeszcze, to czas wziąć się do roboty.
Super, Ale jak?
Na dobry początek przypominam sobie, i wszystkim innym, którzy nie lubią zimy, że "widzimy to, na co patrzymy". Nie chodzi o to, żeby widzieć rzeczy, których nie ma, ale o wybranie na czym chcę skupiać moją uwagę. Mogę patrzeć na buro, ciemno i zimno, a mogę na światło świeczki, płatki śniegu (nadziwić się nie mogę, że każdy jest inny) i szarlotkę na ciepło. No i niniejszym ogłaszam, że wybieram to drugie.
Robię listę super fajnych rzeczy, które są tylko zimą lub tylko zimą można je robić ( i ma to sens, bo na przykład szarlotkę na ciepło można robić latem, tylko po co?)
Lista jest tutaj i proszę o jej uzupełnianie.
Jak się uda, to w przyszłym roku, w okolicy października nie będę się mogła doczekać zimy :)
A oto lista:

  • siedzenie wieczorem przy świeczkach
  • jabłecznik na gorąco z lodami albo bez
  • wszystkie inne ciasta na gorąco
  • cynamon we wszelkich postaciach
  • koce, kocyki, szale i szaliczki - bardzo je lubię, a jednak w upał... to nie to samo :)
  • gorące smakowe herbaty
  • wspomniane już płatki śniegu - można je oglądać, gdy pada śnieg i się cieszyć, albo zrobić sobie z papieru, albo na szydełku i powiesić gdziekolwiek - i też się cieszyć 
  • można ulepić bałwana
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  ... co do niej dodasz?



piątek, 13 listopada 2015

Memento mori i okulary do czytania

W zasadzie powyższy tytuł mówi wszystko. Już wiadomo o czym będę pisała:)
Tak, po ostatniej wizycie u okulisty okazało się, że wymiana żarówki na mocniejszą nie pomoże. To znaczy pomoże, ale niewystarczająco. Okazało się to również na nieco wyższym poziomie. To nie tak, że wszyscy sprzysięgli się przeciwko mnie i piszą/drukują/rysują jakoś tak mniej wyraźnie, i nie jest również tak, że coś stało się z oświetleniem w sensie ogólnoświatowym. Kordonek do szydełkowania też nie jest "jakiś taki rozlazły".
No i w sensie ogólnoludzkim to nawet dobrze. W sumie...
Ale okulary do czytania???
Ja???
Od dziecka noszę okulary, bo mam wadę wzroku. Ok. To rozumiem. Kiedyś płakałam, nie chciałam nosić okularów, nosiłam szkła kontaktowe, itd., ale w końcu się pogodziłam. Mam wadę wzroku. Tatuś też ma. A od wielu lat też mój syn. Dobra. Na genetykę nie ma rady. Ale DO CZYTANIA???
Kiedy wcale nie tak dawno pisałam o zmianach w naszym życiu, nowych perspektywach i nowych przygodach (można przeczytać o tym tutaj : Nowa przygoda ), nie do końca to właśnie miałam na myśli. Nowe przygody w... okularach do czytania?
Na dodatek, w ostatnich dniach, byliśmy u Przyjaciół na rocznicy ślubu. Dwudziestej piątej. Jak wiadomo nasza już była. Przyjaciele w ramach tejże uroczystości puścili film. Był to film nie byle jaki, bo z Ich wesela. Na którym byliśmy gośćmi. Ale najpierw trzeba to było ustalić, bo podobieństwo tych młodych szczapek (wtedy) do nas (teraz) okazało się wcale nie takie oczywiste, jak się nam wydawało...Kiedy już udało się nam rozpoznać kto jest kto, płakaliśmy ze śmiechu.
Jednym słowem, kolejny raz, dotarło do mnie, że czas ucieka, i że 45 lat to jednak nie jest 19. No bo nie jest.
Okazuje się, że towarzyszą temu nieprzyjemne zmiany. I zaczynam ich doświadczać. Mówią, że jeśli czegoś nie możesz zmienić, postaraj się to polubić. No chyba nie tym razem! Aż taka niemądra to chyba nie jestem. Są rzeczy, które z samej swej istoty nie dają się lubić. I okulary do czytania do nich należą. Świadczą o tym, że moje ciało się zmienia i, że nie jest to zmiana na lepsze. Ale te zmiany wcale nie muszą mnie załamywać i niszczyć. Nie muszę też udawać, że ich nie ma. Ale to nie one mnie określają. Trochę na tym polega chyba życie w mądry i spełniony sposób. Jestem tym, kim jestem i zgoda na rzeczywistość jest po prostu zdrowa. Mogę udawać nastolatkę, ale wcale nie chciałabym nią być. Jak się tak zastanowić, to lubię być sobą teraz. Jestem mądrzejsza, lepiej rozumiem siebie i innych, więcej wiem i mądrzej czuję, bardziej nad sobą panuję, mam o wiele, wiele większe horyzonty i marzenia. A, że to kosztuje... Nic nowego. Cenne rzeczy dużo kosztują.
Memento mori - mówiono kiedyś. Pamiętaj, że umrzesz. Dziś ucieka się od takiego myślenia, ludziom wydaje się, że medycyna potrafi załatwić wszystko i jest to tylko kwestia pieniędzy, dobrego rządu i mądrych lekarzy. Wiecznie młody, zdrowy i bogaty. To jest cel!
No, nie chciałabym żyć dla tak malutkiego celu.
I od dziś moje okulary do czytania będą mi o tym przypominały :)



czwartek, 29 października 2015

Pozytywna (?) komunikacja


Dzisiaj wieczorem będę mówić do rodziców na temat komunikacji w rodzinie. Pozytywnej komunikacji. Dosłownie kilka minut temu miałam okazję sama to przećwiczyć. Konkretnie nie tyle mówienie o pozytywnej komunikacji, tylko tęże w samej swej istocie. 
A było tak: dzwonię w pewnej ważnej sprawie do Szanownego Małżonka i rozmawiamy sobie - komunikacja, aż miło! No ale nie tak szybko. Bo Małżonek Szanowny nie do końca zrozumiał. A jeszcze konkretniej, to zrozumiał to co mówię, ale nie zrozumiał intencji. I zamiast pytania (które zadałam) wyszło mu zarządzenie (które usłyszał). Ups. 
No w sam raz, tuż przed tym, jak mam innym ludziom opowiadać o komunikacji. I to pozytywnej. 
Życie...
Okazuje się, że sama należę do grona wielu osób, które chciałby by być lepiej rozumiane, a i same rozumieć lepiej. Bo nie da się ukryć, że wszyscy mamy z tym problemy. 
I są na te problemy liczne rozwiązania:
  •  mów jednoznacznie i wprost
  • sprawdzaj czy cię zrozumiano (i czy dobrze)
  • bądź cierpliwy/cierpliwa, powtórz jeśli coś nie jest zrozumiałe od razu
  • mów jasno o swoich oczekiwaniach
  • komunikuj jak sam/sama rozumiesz to, co ktoś do ciebie mówi
  • pytaj, jeśli nie rozumiesz
  • no i, oczywiście mów głośno i wyraźnie :):):)
Zastosujesz, będzie lepiej. Serio. Sama sprawdziłam. I nadal sprawdzam. I jest lepiej :)
Ale czy to już pozytywna komunikacja? Raczej nie. Co to znaczy pozytywnie komunikować? Kiedy w rodzinie, czy paczce przyjaciół, komunikacja jest pozytywna? Chyba raczej nie chodzi o to, że niezależnie od rzeczywistości komunikujemy sobie wyłącznie dobre, miłe i przyjemne rzeczy. To komunikacja fałszywa, czyli w zasadzie trudno byłoby tutaj w ogóle mówić o jakimkolwiek porozumieniu, do którego komunikacja powinna prowadzić. 
Tak naprawdę sprawa polega na atmosferze. Tej, która panuje w domu, czy wśród jakiejś grupy ludzi.
Kiedy nasze rozmowy są życzliwe, skupione na innych ludziach a nie rzeczach i zadaniach do wykonania, kiedy możemy bezpiecznie rozmawiać o różnych, także trudnych sprawach. Kiedy po prostu się lubimy i zależy nam na sobie nawzajem. I kiedy to słychać w naszych rozmowach. Także wtedy, kiedy mamy problemy ze zrozumieniem o co tej drugiej osobie chodzi. Mówi coś dziwnego, ale i tak ją lubię!
To nie tyle technika (która jednak też się przydaje), co postawa. 
I tę postawę trzeba ćwiczyć. Podobnie jak postawę ciała. Podobnie jak łatwo jest nam garbić się i wykrzywiać przed komputerem podpierając swój kręgosłup w najgorszy z możliwych sposobów, łatwo jest nam zapominać o życzliwości i zaangażowaniu, jakie jesteśmy sobie winni. Czym bliższa relacja, tym bardziej. I łatwo jest nam narzekać, zrzędzić i ...czepiać się w najgorszy z możliwych sposobów. I w końcu mamy komunikację opartą na niespełnionych oczekiwaniach, pretensjach i wydawaniu poleceń, i w końcu nie ma w niej nic pozytywnego.
A może być inaczej. Możemy pamiętać o naszej postawie. Najnormalniej w świecie się pilnować. Trzymać prosto kręgosłup i podobnie swoje myśli pod kontrolą. Pilnować tego co i jak mówimy. I przede wszystkim po co.
Dlaczego mówię, to, co mówię? Czy moim celem jest pozytywna komunikacja? Czy może coś zupełnie innego? 
Wtedy, zadziwiająco często się okazuje, że drugiej osobie wcale nie chodzi o to, by mnie pognębić, ale po prostu nie zrozumiała. Albo ja nie zrozumiałam. I możemy się dogadać.
Zawsze możemy.





poniedziałek, 26 października 2015

Iluminacja

Ostatnie kilka tygodni należy zaliczyć do kategorii "szalone". Szaleństwo polegało na ... szaleństwie właśnie. Niemal codziennie byliśmy w innym miejscu, spotykaliśmy się z innymi ludźmi i robiliśmy coś innego. No, to ostatnie jest może przesadą, bo robiliśmy tylko kilka rzeczy. Całość była w każdym razie skupiona na wyjazdach, przejazdach i ludziach. Przy okazji udało się nam udowodnić powszechnie znaną tezę o tym, że bałagan robi się sam. Nas w zasadzie niemal nie było w domu a jak tu wygląda?... Ech... Lepiej nie wspominać. Czeka mnie jeszcze przynajmniej jeden kolejny dzień sprzątania, prania i układania porzuconych w nieładzie rzeczy, kartek, notatek, wycinków i papierków wszelkiego rodzaju. No więc, jeśli ktoś potrzebowałby jakiejś dokumentacji to jeszcze do jutra zdecydowanie da się to zrobić. 
Na dodatek, kiedy pisałam ostatnio, było jeszcze w zasadzie lato. A teraz? No, czego by o tym nie powiedzieć, nie jest to lato. Nawet Jaśnie Nam Panująca zdążyła się zmienić :)
No, ale nie o tym. 
A o czym?
Otóż dokonałam kolejnego olśniewającego odkrycia! I zostało ono udowodnione ponad wszelką wątpliwość. Przynajmniej moją. 
Odkrycie owo polega na tym, że prawdą jest twierdzenie, że rzeczy małe, drobne i niezbyt ważne są właściwie najważniejsze, bo to z nich składa się nasze życie. Jak do tego doszłam? Otóż, w opisanym powyżej natłoku bardzo ważnych i bardzo pilnych spraw, udało się nam właśnie zadbać również o te malutkie. Czasu było mało, fakt. Ale udało się nam zatrzymać na kawie zamiast wypić ją w biegu, porozmawiać choć chwilkę każdego dnia, usiąść z przyjaciółmi na kolacji (nawet kilka razy, w kilku miejscach, z kilkoma przyjaciółmi - DZIĘKI!), zauważyć, przejeżdżając, piękny widok (Tatry i Babia Góra na tle zachodzącego słońca).
Wymyśliliśmy nawet i zrealizowaliśmy jedno spontaniczne spotkanie 3/4 rodziny - przejeżdżaliśmy niedaleko i okazało się, że możemy na chwilę razem usiąść, porozmawiać.  Udało się nam też pamiętać o sobie nawzajem i, uwaga! - naprawdę byliśmy dla siebie mili! Było mnóstwo stresujących sytuacji i nie zawsze udało się nam uniknąć niepotrzebnego pośpiechu, podniesionego głosu, zniecierpliwienia i ogólnej zmierzłości, ale w sumie było na prawdę fajnie. Staraliśmy się i mogliśmy zebrać tego efekty. Kolejny raz przekonaliśmy się, że jeśli po prostu o to dbamy, staramy się troszczyć o nasze więzi w takim napiętym czasie - jest to możliwe. Każde z nas samo tylko jedno wie, ile razy ugryzło się w język, jednak nie postawiło na swoim, policzyło do dziesięciu zanim odpowiedziało i tak dalej. Ale było warto. 
Jesteśmy zmęczeni. Tak, tym bardziej, że na horyzoncie wcale nie jest tak całkiem spokojnie. W przyszłym tygodniu znów wyjeżdżamy...
Ale jeszcze bardziej jesteśmy chyba zadowoleni i szczęśliwi. Lubimy być razem :)

Udało się nam nawet być na spacerze i "załapać się" na jesień :)

czwartek, 1 października 2015

Mania wyrzucania

Kilka dni temu miałam gościa. Gość był bardzo miły i w ogóle było miło. Jak to z gościem.
Wywiązała się rozmowa. Jak to z gościem.
Rozmowa była na temat porządku i bałaganu oraz potrzebnych i nie-potrzebnych rzeczy w domu. Gość jest zwolennikiem minimalizmu. Ja nie. Zdecydowanie nie. Rozmowa gościa nie przekonała. Ale może jest szansa dla czytelnika :) Kto wie?
Niniejszym spróbuję wytłumaczyć dlaczego nie jestem zwolennikiem minimalizmu, wyrzucania wszystkich możliwych niepotrzebnych rzeczy w celu utrzymania nieskazitelnego porządku w domu, "100 Things Challenge", ani żadnych takich. No bo nie jestem. Nie jestem również jakimś zagorzałym przeciwnikiem, ale nie u mnie. No i chyba muszę się wytłumaczyć.
U mnie jest, i mam nadzieję będzie, mnóstwo niepotrzebnych rzeczy. Są to między innymi rzeczy, które zdaniem niektórych (w tym wspomnianego gościa) już dawno powinnam wyrzucić.
* jakiś milion świeczników
* prezenty od dzieci, z tego czasu, w którym jeszcze były dziećmi (kamyki, muszelki, miniaturowa latarnia,  pióro ary z ZOO)
* inne prezenty i pamiątki; między innymi figurka państwa młodych na ławeczce, która znajdowała się na pewnym pysznym torcie
* stare notatki
* nowe notatki
* filiżanki i kubeczki w ilościach bliskich hurtowym
* stare zdjęcia i kartki pocztowe z czasów, kiedy się je jeszcze wysyłało
* kilkanaście kaktusów i storczyków, które zbieram z okazji rożnych urodzin i przecen w supermarketach
* szmaty, szmatki i szmateczki, które "kiedyś się przydadzą"
* dwa duże pudła włóczek wszelakich (patrz wyżej)
* całe pudełko niekompletnych kolczyków, zawieszek i takich tam różnych
no i jeszcze długo można by wymieniać.
Dlaczego nie chcę się tego pozbyć? Bo to są moje rzeczy! Może i nie sprzyjają regularnym szybkim porządkom, ale są moje i dzięki nim, kiedy wracam do domu wiem, że jest to mój dom, a nie pokazowy dom ze szwedzkiego sklepu z meblami (przepraszam szwedzki sklep z meblami - jest całkiem spoko). Mam dzięki nim wspomnienia, które, gdyby nie te przedmioty, dawno by się już zatarły. A ja lubię je mieć.
Czasem myślę też, że taki zupełny minimalizm to trochę zawoalowana forma... konsumpcyjnego stylu życia.
Mam tylko 100 rzeczy. Haha! Jestem wolnym człowiekiem! Ale kiedy jestem głodny - jem w restauracji (no bo przecież nie mam zupełnie zbędnych talerzy ani garnków), kiedy coś mi się zepsuje - kupuję nowe (wiecie: igła, nici, śrubokręt, młotek, taśma klejąca - to kolejne rzeczy, których jako wolny od konsumpcji człowiek oczywiście nie posiadam).
A, no i nie mogę zaprosić gości, bo nie mam w czym podać im herbaty, ani gdzie ich posadzić a tym bardziej położyć. Spotykamy się "na mieście".
No więc taki styl życia i taki dom jest zupełnie nie dla mnie. I dlatego nie jestem zwolennikiem minimalizmu. Dużo bardziej niż przykładowy dom z katalogu podoba mi się norka Hobbita. Nie taka szkaradna, brudna, wilgotna nora, oczywiście, ani też sucha, piaszczysta nora bez stołka, na którym by można usiąść, i bez dobrze zaopatrzonej spiżarni. Norka Hobbita, to znaczy norka z wygodami :)*
I do takiej zdecydowanie mi bliżej (chociaż okrągłe drzwi nie są konieczne. Podoba mi się jej klimat).
Może to i nie jest najpraktyczniejszy dom na świecie, może i poświęcam trochę więcej czasu na doprowadzanie do porządku "łapaczy kurzu". Pewnie tak. Ale dobrze się tu czuję i lubię tu mieszkać.
To jest mój dom.



* Więcej o norce Hobbita: 
Miała drzwi doskonale okrągłe jak okienko okrętowe, pomalowane na zielono, z lśniącą, żółtą mosiężną klamką, sterczącą dokładnie pośrodku. Drzwi prowadziły do hallu, który miał kształt rury i wyglądał jak tunel: był to bardzo wygodny tunel, nie zadymiony, z boazerią na ścianach i chodnikiem na kafelkowej podłodze; nie brakowało tu politurowanych krzeseł ani mnóstwa wieszaków na kapelusze i płaszcze, bo hobbit bardzo lubił gości. 
Cała norka, jak i mieszkający w niej Hobbit jest opisany w książce "JRR Tolkiena "Hobbit, czyli tam i z powrotem".



czwartek, 17 września 2015

Memento mori czyli zaraz koniec świata!


http://www.mirror.co.uk/news/uk-news/expert-says-meteor-could-wipe-6447901

Podobno już za tydzień koniec świata. Gigantyczna asteroida jak rodem z filmów si-fi ma się roztrzaskać o naszą ulubioną planetę i... 
Ziemia prawdopodobnie przetrwa, w końcu już się takie rzeczy zdarzały. Na przykład nieco tylko mniejsza (ale jednak mniejsza) asteroida uderzyła w Ziemię za czasów dinozaurów. Ziemia istnieje nadal. Tyle, że my mamy wystąpić w charakterze wspomnianych dinozaurów...
No cóż. Pewnie kiedyś się to wszystko skończy. Pewnie tak. Ale czy już za tydzień? 
Było już tyle zapowiadanych końców świata, że nikt już chyba nie wierzy w kolejny. Szczerze mówiąc - ja też nie. 
No ale jest to jakaś okazja do zastanowienia się "jak żyję" i "a co, jeśli"?
Wiele razy już czytałam lub słyszałam, że człowiek powinien żyć tak, jakby dzień, który akurat przeżywa miał być jego ostatnim. Ogólnie to trudno w dzisiejszych czasach uznać "memento mori" za swoją życiową dewizę, ale może chociaż czasami warto się zastanowić na swoim życiem. No bo co, jeśli jednak? 
Póki co, planuję po prostu kolejny dzień. A jutro następny. I jednak nie usunęłam z kalendarza planów na październik i listopad. Mam też zakupione nowe ozdoby choinkowe. Sztuk dwie z przeznaczeniem na najbliższe Święta. Ale może jednak warto zadać sobie kilka pytań, jeśli już taka okazja się nadarzyła:
Czy moje życie warte było przeżycia? Czy moje wybory były słuszne? Jakimi wartościami się kierowałam? I czy rzeczywiście to, co mówiłam, było w moim życiu widoczne na co dzień?
A co na to moja rodzina? 
Jeśli ten test wypada pozytywnie, to super!
Jeśli nie, no cóż. Pozostał jeszcze CAŁY TYDZIEŃ na poprawę :)


"Żyj tak, jakby każdy twój dzień miał być tym ostatnim – 
w końcu okaże się, że miałeś rację" 
James Thurber

październik - aktualizacja: najwyraźniej tym razem koniec świata znów się nie odbył. Pozostaje nadal czekać :)

czwartek, 3 września 2015

Dzień Maksimum Wydajności

Koniec wakacji. Niby od dawna już moje życie nie dzieje się w tym rytmie, ale jednak ciągle jest coś na rzeczy. Na dodatek jak nożem uciął skończyły się upały. Wracamy do rzeczywistości. Do dzieła!
No i tutaj zaczyna się problem. Jakoś wyjątkowo trudno mi do tego życia wrócić. Jeszcze kilka dni temu miałam wymówkę - są wakacje i wszyscy żyją wolniej, niewiele się dzieje. Taaa...
No ale, jak już wspomniałam, wakacje się skończyły a u mnie jakoś ani śladu gwałtownego przypływu animuszu. No nic zupełnie. Staram się nasłuchiwać, rozglądać - gdzie się ta moja werwa podziała i... nic. Nie ma. Ani śladu.
Nie żebym wcześniej była jakimś wulkanem energii, ale jednak. Dzisiaj wypiłam dwie kawy, żeby w ogóle się obudzić. Udało się i już nie śpię. W każdym razie się nie przewracam. I zdaje się w miarę logicznie myślę. Chyba. Ale ja zasadniczo piję dwie lub trzy kawy w tygodniu a nie dziennie.
No i nie, nie jestem chora, nie czuję się źle, nic mnie nie boli. Po prostu mi się jakoś strasznie nie chce chcieć. Zupełnie. Czuję się jak Śnieżka (nie, nie królewna, góra taka) na jednym z moich starych zdjęć. Ledwo ją na nim widać i mnie chyba dzisiaj też ledwo widać. Tak się w każdym razie czuję.
Śnieżka - ledwo ją widać. Też nigdy nie była (wbrew pozorom i obiegowym opiniom) wulkanem,
ale czasem widać ją lepiej.
Ale...
Bywa. Przecież chyba nikt nie jest zawsze zwarty i gotowy. No to ja może też wcale nie muszę? Co się stanie jeśli zrobię to, co muszę zrobić bez radosnej ekscytacji? Ogłosiłam dzisiaj Dzień Maksimum Wydajności - możliwie największy efekt przy możliwie najniższym zużyciu energii. Zrobiłam dziś absolutnie wyłącznie to, co MUSIAŁAM zrobić. Nic więcej. Ten wpis też będzie krótki.
No i dlatego na obiad był ryż a nie kartofle i do tego odgrzany kawałek mięska (bo to jednak obiad a nie deser, przynajmniej, jeśli chodzi o szacownego Małżonka :). Za ukłon w stronę zdrowego stylu życia (takie malutkie skinienie w zasadzie) robiła sałata i dwa pomidory. Tadam!
Teraz hymn pochwalny na cześć zmywarki i tego, kto ją wymyślił:
O, jakżeś wspaniałym jest sprzętem domowym,
który za mnie zmywa naczynia! 
I jakże mądrym był ów gość,
który skonstruował cię był! 
Tralala!
(w takim dniu, jak dziś, absolutnie nie należy się po mnie spodziewać rymowanej pieśni).
No i taki to jest dzisiaj dzień. Bywa.

piątek, 21 sierpnia 2015

Upalna historia


       W ostatnich dniach upałów Małżonek zarządził wypad nad jezioro. A nawet kilka wypadów, konkretnie trzy. Wszystko byłoby wspaniale, gdyby nie to, że miałam inne plany. Jakie? Otóż, ponieważ postanowiłam ostatnio wykonać kolejne podejście do zostania wzorową panią domu, miałam zamiar zabrać się za porządki. Fascynująca alternatywa - powiedzą niektórzy, ale jestem głęboko przekonana, że niektóre osoby, zwłaszcza Panie, dobrze mnie zrozumieją. Jest przecież taki moment, w którym TRZEBA koniecznie posprzątać i w ogóle ogarnąć. Tym bardziej, że kiedy misterny plan porządkowy raz się posypie, to koniec. Bałagan będzie królował jeszcze kilka dodatkowych dni.
A tu taki pomysł. 
"Choć, pojedziemy, ten upał nie będzie trwał wiecznie, trzeba to ciepełko dobrze wykorzystać." 
"Na robienie porządków znajdziemy czas kiedy indziej, zawsze to można zrobić, a taka pogoda za kilka dni się skończy"
No i pojechaliśmy. I potem znowu. I jeszcze raz. 
Test białej rękawiczki poszedł się bujać. 
Ale, ale! Bardzo już dawno temu ustaliliśmy zasadę, że "jadę z Tobą, ale żałuję i wolałabym/wolałbym robić teraz co innego" się kompletnie nie liczy. Jadę, idę, robię, albo nie. Jak się zdecyduję - nie ma marudzenia.
(swoją drogą bardzo przydatna zasada - oszczędza mnóstwo frustracji i energii. Jak się ją już opanuje, a trzeba przyznać, że trochę czasu to jednak zajmuje, daje dużo satysfakcji i poprawia relacje międzyludzkie w rodzinie :)
Było f a n t a s t y c z n i e. Wprost przeciwnie do tego jak bardzo nie chciało mi się jechać, albo nawet lepiej. Dobrze wybrałam.
Popływałam sobie w chłodnej wodzie (no dobra, taka całkiem zimna wcale nie była, ale jednak zasadniczo chłodniejsza niż lejący się z nieba żar).
Lekko się opaliłam.
Pogadaliśmy jak dawno nie było okazji.
Mąż zadowolony.
Kolejny raz nie zostałam wzorową panią domu. Ale udało mi się spędzić fajny czas z Małżonkiem i On twierdzi, że jestem super. To ja już chyba wolę mieć trochę bałaganu w domu i zadowolonego w nim osobistego faceta niż dostać medal, czy co się tam za tą wzorową panią domu dostaje, i siedzieć zmęczona w pustej chacie. Albo ze zmierzłym Mężem, który chciał pojechać nad wodę a ja mu kazałam odkurzać.
Kwestia priorytetów.
A porządek... cóż trochę poczeka. Z nim ślubu nie brałam. 

czwartek, 13 sierpnia 2015

Nadchodzą zmiany. Niektóre już nadeszły

VTT Technical Research Centre - to oni zrobili DRZEWKO

Przedstawiam Wam DRZEWKO. Jest to DRZEWKO dość specyficzne. Jego gałązki nie drgają na wietrze  a jego korzonki nie pobierają z ziemi życiodajnej wody. Prawdę mówiąc DRZEWKO wcale nie ma korzeni a i gałązki... No cóż. Patrząc na nie, bardzo szybko można się zorientować , że nie są to raczej gałązki, które tej wiosny wyrosły na jakimś drzewku w lesie ani czyimś ogródku. DRZEWKO ma całkiem inną historię. Raczej ktoś je zrobił.
Kto i po co?
Przyglądając się bliżej, możemy dość szybko wydedukować, że nie obeszło się tutaj bez człowieka od design'u. Jakiś artysta musiał to DRZEWKO zaprojektować i teraz ktoś inny może sobie takie DRZEWKO kupić, postawić na półeczce i podziwiać. Sztuka.
No i ok.
Ale w przedstawianym właśnie DRZEWKU nie do końca o to chodzi. Otóż jest to drzewko wydrukowane. Dokładnie tak. Wydrukowano je na drukarce 3D.
Jeśli o mnie chodzi, pamiętam jaką frajdę zrobiła nam nasza własna drukarka w domu. Oczywiście zwykła drukarka, ale kolorowa! Mogliśmy drukować sobie na kartkach A4 w domu to, co napisaliśmy na komputerze, dzieci drukowały sobie obrazki i prace domowe w ramach nauki. Było super. Nadal mamy drukarkę. Kolejną. Razem z ksero i skanerem. Przydaje się w naszej pracy. Jest codziennością. Drukarka w domu jest w zasadzie potrzebna. A już w biurze? Wręcz konieczna. Ciekawe kiedy drukarki 3D staną się nam "potrzebne". Na razie kosztują dość dużo, ale zawsze można sobie wydrukować coś na zamówienie przez internet a firma dostarczy nam produkt przez kuriera. Serio, serio.
Wracajmy jednak do naszego DRZEWKA. DRZEWKO ma listki w kształcie podobno wzorowanym na liściach buku. No niech będzie, że to buk - dla mnie raczej osika, ale to nie ja projektowałam, więc mogę się mylić. Każdy z elastycznych listków jest pokryty specjalnymi substancjami a jego ogonek... no właśnie z tym ogonkiem jest coś dziwnego, bo kończy się on czymś w rodzaju mikro USB i wtyka się go w gałązkę. Samo DRZEWKO "kończy się" innym USB ponieważ jest to DRZEWKO do robienia prądu. I to USB na końcu służy do tego, alby na przykład naładować sobie komórkę. A co?
Przecież baterie w naszych komórkach nie wytrzymują już nawet dwóch dni! A wszechogarniający upał aż się prosi o zagospodarowanie energii.
A wspomniałam już, że kiedy spotykałam się z moim Mężem, który występował wówczas w roli Mojego Chłopaka nie mieliśmy telefonów? Wcale, nie że komórkowych, bo te wprawdzie były już wymyślone, ale póki co ważyły koło kilograma, wyglądały jak cegłówka, kosztowały majątek a nawet dwa majątki no i nie miały żadnych dodatkowych funkcji. Nawet SMSa nie potrafiły wysłać. Pierwszy SMS na świecie został wysłany gdy my mieliśmy już dwoje dzieci.
Wszystko to prowadzi do wniosku:
Nadchodzą zmiany. A niektóre nawet już nadeszły. 
A to z kolei prowadzi do pytania - to dobrze czy źle?
Takie DRZEWKO na przykład. Jeśli zaczną rozdawać - biorę! Podoba mi się. I słoneczko się nie marnuje, i komórka naładowana i wygląd całkiem całkiem.
Ale to, oczywiście, drobnostka. Pojawiają się wokół nas całkiem nowe pytania, których nie znamy. Nikt przed nami nie musiał się nad nimi zastanawiać. I to bywają bardzo poważne pytania. Bo nie chodzi przecież o to, że wszystkie zmiany są złe i należy je powstrzymać wszelkimi możliwymi sposobami. Jest to jakaś opcja, przeciwnicy koła też zapewne mieli swoje uzasadnione obawy. Rzeczywistość jest jednak taka, że jeśli nie będziemy tych zmian brali pod uwagę, udamy, że nas nie dotyczą, to one dokonają się i tak. Bez naszego udziału i bez naszego wpływu. Jakieś przykłady?
Czytałam kiedyś o obawach ludzi przed poruszaniem się samochodami - dowodzono, że ludzkie komórki nie będą w stanie zachować swoich funkcji przy  przekraczaniu prędkości iluśtam kilometrów na godzinę. Radcy niedalekiego Bytomia tylko trochę ponad 100 lat temu nie zgodzili się na wprowadzenie kolei do miasta dowodząc, że transport węgla wozami zaprzężonymi w konie jest dużo lepszy.
Obecnie Google podaje, że ich samochody w systemie self-drive przejechały bez udziału a nawet i obecności kierowcy  już ponad 1 mln 200 tys. kilometrów. I dalej się uczą. A Nissan prezentuje samochód, który sam się czyści. I takie to są zmiany.
Głowa boli na samą myśl o tym jak nasz świat będzie wyglądał za 10 lat! A za 20?
Śmiejemy się z dzieci, które zamykają oczy i myślą, że się schowały. Jak często sami tak robimy w sprawach, które się nam nie podobają, których jesteśmy niepewni? Zamykanie oczu nie zwalnia nas z odpowiedzialności. Niestety.
Inny przykład - podobno około 10% dzieci, które nie chodzą jeszcze do szkoły jest uzależniona od tabletów i komórek. Wierzę. Ich rodzice coś zaniedbali. Zamknęli oczy. Jak te dzieci będą żyły? Jakich wyborów dokonają?
Dziś decydujemy czy świat za 10, 20 lat będzie jeszcze naszym światem.




czwartek, 6 sierpnia 2015

Widzisz tak, jak patrzysz

Jakiś czas temu natknęłam się na fantastyczne grafiki Erika Johanssona. Artysta w niezwykły dla mnie sposób łączy fikcję z rzeczywistością. Patrząc na jego prace nie można odróżnić gdzie zaczyna się a gdzie kończy zdjęcie, które stało się podstawą grafiki. Fantastyczne pomysły i fantastyczny warsztat.
Ale oczywiście nie chodzi mi jedynie o reklamę artysty i jego dzieł :)
Erik Johansson The architect
Kiedy patrzę na architekta - człowieka siedzącego przy biurku nad jakimiś papierami - nie wiem czy siedzi on wewnątrz czy na zewnątrz budynku. Patrzę i patrzę, oczy wybałuszam, okulary to ściągam, to zakładam i... dalej nie wiem. Raz siedzi w środku a raz na tarasie. Poza tymi momentami, w których wyraźnie przecież widzę, że siedzi POD budynkiem. Jakoś tak na bok. Szaleństwo!
Jak bardzo potrafią mnie zwieść moje własne oczy...
I ponieważ jakoś tak wszystko przekłada mi się w głowie na życie, to zaraz myślę sobie - jak często dokładnie tak samo jest w moim życiu. Jak często gubię się w mnogości interpretacji tego, co widzę, czego doświadczam, a nawet co czuję. Radość podszyta strachem, ciekawość pomieszana z niepokojem.
To jak to ze mną jest?
W ostatnich dniach, trochę ze względu na wspominaną wielokrotnie Rocznicę (25 lat to jednak nie jest byle co), dwie bliskie osoby zadały mi prawie to samo pytanie. Prawie.
Jedna zapytała, czy mój Mąż zmienił się przez te lata, a druga - jak zmieniło się moje na Niego patrzenie. No i niejako od razu pomyślałam o tych obrazach - zdjęciach Erika Johanssena i stąd to całe pisanie.
Spróbuję odpowiedzieć na te pytania:
No cóż, mój Mąż zmienił się bardzo - pamiętam jak wąs mu się sypał, a teraz sypie się siwizna, był chłopcem a jest mężczyzną, podejmuje wyzwania i prowadzi ludzi, a kiedyś sam potrzebował prowadzenia. To zupełnie inny facet. Ale z drugiej strony... jest tym samym szalonym, wrażliwym na innych chłopakiem z wadami, które od zawsze mnie wkurzają i tak samo on wkurza się na moją niepunktualność, tak samo nie lubi zmian, ale jednak podejmuje ich ryzyko, bo jeszcze bardziej nie lubi tkwić w miejscu, no i te zielone oczy.... Ech...
A moje na niego patrzenie?
Pewnie nie będzie zaskoczeniem dla nikogo, że i ono ma dwie strony. No bo patrzę inaczej. Pewnie, że tak. Serce mi nie zamiera, ani nie podskakuje do gardła kiedy tylko ujrzę z oddali znajomą sylwetkę. Nie ma w moim patrzeniu na Ukochanego tyle drżenia, niepokoju, niepewności ani też uniesienia i egzaltacji. Pojawiło się zaufanie, zgoda na niektóre rzeczy, i spokojna radość, pewność. Kiedyś ich nie było. A teraz są.
No ale z drugiej strony...

I tak to jakoś jest niemal ze wszystkim na co patrzymy. Wydaje się nam, że jest tak. Ale z drugiej strony...

Można przy tym wszystkim zacząć roztrząsać życie zamiast je przeżywać - myślę, że nie warto.
Ale chyba nie warto również przeżywać go zupełnie bez refleksji. No ja w każdym razie bym nie mogła. A kiedy te refleksje mnie już opanowały, dokonałam odkrycia.
Odkrycie to polega na tym, że w moim życiu to ja wybieram sposób w jaki chcę patrzeć na świat, który mnie otacza i na samą siebie. To ja decyduję jak patrzę!
Pan Johanssen nawet to namalował.

Erik Johanssen Self-actualization













czwartek, 30 lipca 2015

Albo-albo?


Ktoś znajomy wysłał mi wczoraj na Facebooku demotywatora z zachętą do "staroświeckości", który głosił co następuje:

"Tata i mama razem na całe życie.
Dzieci ważniejsze niż dobre auto czy nowy telewizor, 
spacery i sport zamiast komputera lub telewizora, 
domowe ciasto na miejsce torciku z supermarketu, 
rozmowa na żywo zamiast na komunikatorze, 
życie zamiast wegetacji"
No i niby wszystko fajnie, ale chyba nie byłabym sobą, gdybym się jednak troszkę nie przyczepiła. Jakoś ta staroświeckość wydaje mi się przereklamowana. Może jestem za młoda, żeby pamiętać prawdziwą staroświeckość, ale taka strasznie kolorowa to ona raczej nie była. No i czemu tak jednoznacznie stawiać albo-albo. To nie jest przecież tak, że ludzie, którzy mają nowe auto, nowy telewizor, komputer i kupują torty zamiast je piec, automatycznie zaniedbują dzieci, rodzinę i w ogóle wszystko robią źle. Z jednej strony sama nie zawsze nadążam za oszałamiającym tempem współczesnego świata i zdarza mi się tęsknić za "dawnymi czasami", ale żyjemy przecież w tych. Dzisiaj. I nie ma co narzekać, ani tych dawnych czasów idealizować. Może i fakt, że dzieci kiedyś były szczuplejsze, bo ganiały po podwórku zamiast siedzieć przed monitorem, ale czy ganianie samopas po ogromnym osiedlu z kluczem na szyi w oczekiwaniu na powrót rodziców to było aż takie znów niebo? I znów - niektórzy nie mieli po prostu wyjścia. Ich dzieci biegały właśnie w wyżej opisany sposób, a kiedy ci rodzice już wrócili do domu, dzieci wiedziały, że to jest dom i tu się je kocha. I, niestety, nie wszystkie to wiedziały. Podobnie dzisiaj.
To nie okoliczności, status materialny rodziny, czy jakieś inne niewiadomo co decyduje o jej szczęściu czy nieszczęściu, ale miliony decyzji podejmowanych każdego dnia. I niestety zwykle są to decyzje zdecydowanie bardziej skomplikowane niż "dziecko czy nowe auto". Jasne, że są ludzie, którzy z uporem wybierają auto i narzekają na samotność. Albo, kiedy jednak wybiorą dziecko, sadzają je w wieku niemal niemowlęcym przed ekranem, żeby zyskać święty spokój. Potem dziwią się, że siedmiolatek nie chce z nimi rozmawiać. Bywa i tak.
Ale problemem nie jest współczesny świat. Kiedyś też można było zaniedbywać rodzinę, być egocentrycznym draniem, zdradzać żonę czy męża. I na prawdę w niektórych domach nie było ani torciku ze sklepu ani domowego ciasta. Nic nie było.
Jak mówi Gandalf do Froda - nie my decydujemy o tym w jakich czasach żyjemy. My decydujemy tylko o tym jak wykorzystać czas, który nam dano. Jest jak jest. Inaczej nie będzie, a raczej będzie, ale do starych czasów się raczej nie cofniemy. Może więc uczmy się żyć w tych, które mamy. Zastanawiajmy się co w nich jest dobre, a co złe? Czego można się uczyć? Czego warto używać? A co zdecydowanie odrzucić i nie pozwolić się ogłupić?
Warto mieć auto, ale powinno ono raczej służyć rodzinie, niż rodzina jemu.
Spacery i sport - super, ale nie musimy stawiać sprawy na ostrzu noża "sport albo nowe technologie"; można używać mnóstwa programów i aplikacji, które jeszcze go uatrakcyjnią, pokażą "ile przeszliśmy" itd, czemu nie?
Domowe ciasto zamiast sklepowego torcika? No cóż i to brzmi świetnie. Ale może owoce i warzywa na parze w ogóle zamiast słodyczy? I znów chodzi o to, by mądrze wybrać. Jak ktoś raz zje torcik z supermarketu, najprawdopodobniej nic mu się złego nie stanie. (OK, pewności nie ma :) A jeśli za dużo? Prawda jest taka, że i domowe ciasto, i wspomniane przed chwilą warzywa na parze, w dużej ilości są raczej...niestrawne.
Komputer, telewizor - to ważne pytania: jak używać ich mądrze? Jak nauczyć się samodyscypliny w tej kwestii? I jak nauczyć jej swoje dzieci? Można telewizora nie mieć. Pewnie, że można. Ale widziałam zbyt dużo osób, zarówno dorosłych, jak i bardzo młodych, które oglądają wszystko na komórkach, żeby twierdzić że to najlepsze rozwiązanie. Można nie mieć też komórki? No tak, można.
Prawdziwa rozmowa? Zawsze! Tylko, że moja Córka jest teraz w Szkocji. Ja w Polsce. Mam ogromną ochotę na prawdziwą rozmowę, która odbędzie się we wrześniu. Póki co, jestem wdzięczna za cotygodniowe lub częstsze rozmowy przez komunikator. Niekoniecznie chciałabym dostawać listy z trzytygodniowym opóźnieniem. Chociaż do listów mam ogromny sentyment. Nawet czasem wysyłam.
Mama z tatą na całe życie? - jestem za! Ale trzeba o siebie nawzajem dbać, troszczyć się, pielęgnować miłość. W dawnych czasach też nie działo się to samo.
To my decydujemy jak żyć. Każdego dnia. 
Każda nasza decyzja przybliża nas lub oddala od szczęśliwego życia. I nie dajmy sobie tego odebrać.
Nie szukajmy więc wymówki - żyjmy zamiast wegetować :)






czwartek, 23 lipca 2015

Srebrne Wesele - świętowanie trwa

chyba, oczywiste, że to my :)
25 lat trwania małżeństwa to poważna uroczystość. Świętowanie takiej uroczystości musi być huczne.
Z okazji naszego święta sonda New Horisons przeleciała bez przeszkód (a nie było to wcale takie oczywiste) koło Plutona i zrobiła liczne zdjęcia planety. Astronomowie się cieszą, bo dane będą przesyłane jeszcze wiele miesięcy a ich badanie trwało pewnie wiele lat. Sonda przeleciała, zrobiła zdjęcia i... leci dalej. Udało się! Będzie tak leciała i leciała. To tak jak z nami - 14 lipca minął i dla nas, a my lecimy, lecimy i lecimy... I mamy nadzieję jeszcze trochę polecieć. Przed nami rysują się nowe horyzonty...
Są pewne teorie mówiące o tym, że przelot sondy akurat 14 lipca nie ma bezpośredniego związku z naszą rocznicą, ale my swoje wiemy :)

Świętowanie takiej uroczystości musi też trochę trwać. Nie ma, że przelot potrwa trzy godziny, zdjęcia i koniec. Święto trwa.
Zaczęło się od imprezy - niespodzianki zorganizowanej przez przyjaciół na Slocie. Ścisła współpraca, utrzymanie tajemnicy i aktorskie zdolności niektórych z Nich, ujawnione raczej niespodziewanie, dopełniły swego dzieła i...totalne zaskoczenie :) Było "100 lat", był arcypyszny tort. I najważniejsze - byli przyjaciele.
Niezawodni przyjaciele byli i są nadal z nami. Kolejna impreza odbyła się w dniu naszego święta a jeszcze kolejna, poprawkowa czeka nas w sierpniu. Nie bylibyśmy tym, kim jesteśmy bez przyjaciół. Tych, którzy z nami już świętowali, tych, którzy dopiero będą się bawić i tych, którzy są trochę za daleko żeby przyjechać, ale na których zawsze możemy liczyć. Zawsze. To dodaje sił.
Są takie okazje, kiedy jesteśmy razem, świętujemy. Są i takie, kiedy rozmawiamy, czasem nie w porę, czasem w nocy, czasem przez telefon a czasem pokonujemy liczne kilometry aby spotkać się twarzą w twarz. Czasem nie rozmawiamy, nie spotykamy się całe lata a i tak jesteśmy sobie bliscy. Wiemy to, i Oni też wiedzą.
Niby nasze święto, ale także ich. Towarzyszą nam od wielu lat i zwykle nawet nie wiedzą jaki wpływ na nas mają. Jak bardzo są pomocni i jak bardzo bez Nich to wszystko nigdy by się nie udało. Jesteśmy wdzięczni - Im za te 25 lat, a Bogu za Nich.







czwartek, 16 lipca 2015

Srebrne Wesele



14 lipca 2015 roku minęło 150 lat od pierwszego wejścia na Matterhorn. 
Tego samego dnia minęło 25 lat od naszego ślubu. Srebrne wesele. I, jak wiadomo - dobrze nam razem. 
Kawał życia te 25 lat. Trudno się opędzić od przeróżnych podsumowań i głębokich refleksji o przemijaniu :)
Najważniejsza z nich? Naprawdę było warto. Uczucia, które od kilku dni mi towarzyszą to mieszanka szczęścia, satysfakcji, radości, dumy i poczucia spełnienia. Rewelacja. 
Mogę to porównać jedynie do tego, co czuje człowiek, który pokonując swoje słabości, zmęczenie i ból, ostatecznie znajduje się na szczycie góry o zdobyciu której marzył. A która jest jednak trochę zbyt wysoka. Przynajmniej jak dla mnie.
Stoję na tym wymarzonym szczycie, wiatr smaga twarz, słońce świeci, świat ściele się u moich stóp. Jeszcze z trudem łapię oddech, jeszcze drżą z wysiłku moje mięśnie, serce pompuje krew i czuję to każdą najmniejszą nawet częścią mojego ciała. Udało się! Pokonałam siebie! Czas na odpoczynek. Wyciągam z plecaka jakieś kromki, które są absolutnie najlepszym posiłkiem we wszechświecie i wodę, które dodają sił jak prawdziwa ambrozja popijana nektarem prosto z Olimpu. Przestrzeń dokoła mnie oszałamia swoim ogromem. Udało się. Wysiłek, pot, trud i łzy przyniosły swój owoc. No i jestem szczęśliwa. Przede mną kolejne szczyty. Złote wesele widać już na horyzoncie...
Może dlatego, że kocham góry zwróciłam uwagę na rocznicę pierwszego wejścia na Matterhorn. Piękna, fascynująca góra. Ani najwyższa (4478m n.p.m.), ani najbardziej stroma czy niedostępna, położona w Alpach, a jednak jest jednym z najpóźniej zdobytych alpejskich szczytów. Dlaczego? Podobno wcale nie jest tak strasznie trudna na jaką wygląda, ale ten wygląd powoduje, że wielu alpinistów poddaje się jeszcze przed podjęciem walki. Udaje się ja zdobyć tylko tym, którzy nie dają się zwieść przewidywanymi problemami. Idą. A kiedy jest trudno, biorą głęboki oddech i... dalej idą. 
I, tak sobie myślę, podobnie jest w małżeństwie. Przynajmniej naszym. Najpierw patrzyłam na jakieś marzenie, szczyt majaczący w oddali, pociągający swoim pięknem. Zapragnęłam go zdobyć, ale był zbyt wysoki. Ale do tego marzenia było nas dwoje. Tak samo, jak w prawdziwych górach w codziennej wspinaczce po prostu sobie pomagamy.
Po prostu.
Pomagamy.
Nie ma znaczenia kto akurat niesie więcej, czy kto podtrzymuje słabszego, nie ma znaczenia kto częściej zachęca do dalszej drogi. Idziemy, bo widzimy przed sobą cel - szczyt wielkiej góry. Czasem tracimy go z oczu, pewnie, że tak. Ale ktoś z  nas zawsze pamięta gdzie ten cel jest i za chwilę rzeczywiście wyłania się spoza drzew. No i tak idziemy już 25 lat. 
I mamy coraz większy apetyt na kolejne szczyty, na kolejne Góry. 
Naprawdę było warto.

poniedziałek, 13 lipca 2015

SAF dzień 3, 4 i 5. Ważne jest to, co jest ważne

Slot, Slot i ... po Slocie...
Wróciliśmy z Festiwalu i siedzimy sobie w domu, a niektórzy są nawet w pracy (Janusz).
Pomysł był taki, że będziemy pisać ze Slotu codziennie, ale...
Mogę napisać, że laptop nam nawalił i napisanie jednego posta zajmowało 2 godziny i nie mieliśmy cierpliwości i to będzie prawda, a raczej jej część. Cała prawda jest taka, że nawet mieliśmy zamiar iść trzeciego dnia i walczyć ze współczesną technologią (? czy dziesięcioletnia technologia jest jeszcze ciągle współczesna?), ale ktoś zadał nam pytanie czy na prawdę przyjechaliśmy na SLOT żeby siedzieć w pustej sali z laptopem na kolanach i pisać na bloga? Sami na wykładach mówiliśmy, że ważne jest to, co jest ważne. I zachęcaliśmy do dokonywania dobrych wyborów, bo jak wiadomo, wyborów dokonujemy zawsze - pytanie czy złych czy dobrych.
No i dokonaliśmy wyboru. Poświęciliśmy blogową regularność na rzecz siedzenia ze znajomymi i przyjaciółmi. Rozmowy, żarty, wspomnienia, czekanie na Wnuka (pozdrowienia dla urodzonego podczas Festiwalu Eliasza - za rok świętujemy pierwsze urodziny :). Hektolitry herbaty, kilka wiaderek orzeszków i przysmaku wędrowca.
Nie żałuję. To był dobry wybór. Ludzie zawsze są najważniejsi. Tylko czasem można o tym zapomnieć.

Zostały wspomnienia...


Pan Strażak ratuje Slotowiczów przed szerszeniami

Slotisko






Smacznego!

Slot bez oscypków Pana Andrzeja jest jak...nie-Slot





Do zobaczenia za rok 

czwartek, 9 lipca 2015

SAF dzień 2. Zmiana



Kolejny dzień festiwalu. Koncerty, warsztaty z wszystkiego, spotkania, rozmowy. Czyli ludzie. Każdy ze swoją historią, swoimi marzeniami, oczekiwaniami, planami. Różnorodność. Slotowy informator to 103 strony tekstu, który nomen omen informuje o różnych wydarzeniach na festiwalu. Wybór niełatwy, ale konieczny, jeśli już się tu jest. Są oczywiście tacy, którzy przyjechali tu zdecydowanie nie ze względu na program a po to, by spotkać się z ludźmi. Być razem i rozmawiać. Ale są i tacy, którzy patrząc na mnogość możliwości, wyboru nie dokonali wcale. No i chodzą po terenie cysterskiego klasztoru, patrzą i może trochę żałują, że jakoś tak nie wiedzą czego chcą. Rozmawiałam z kilkoma takimi osobami. Też dokonały wyboru zwalniając się z… ciężkiej pracy, jakim jest wybieranie.
Okazuje się, że problem wyboru wśród obfitości może być, przynajmniej w skutkach, podobny do problemu niedoboru… no ale to temat na jakieś kolejne rozmyślania. Nie tym razem.
Ja wybrałam jak na razie dobrze. Wtorkowy koncert Martina Krale długo zapadnie w mojej pamięci. Ale wybrałam jeszcze coś. Wykłady Jana Masajady na temat perspektyw jakie mamy. I nie chodzi tutaj o optykę (a takie wykłady kiedyś Państwo Masajadowie prowadzili) czy malarstwo, tylko o perspektywy rozwoju ludzkości. Tak dokładnie to nie ma pewności czy ludzkość się rozwija, czy raczej zwija, ale jedno jest pewne. Zmiana nie tyle nas czeka, co jest już naszym doświadczeniem. Absolutnie fantastyczne wykłady o tym, że będzie inaczej niż dotychczas. Już jest inaczej. Konia z rzędem temu, czyje życie nie zmieniło się diametralnie w okresie ostatnich trzydziestu lat. No i kto w ogóle jeszcze pamięta o co chodzi z tym koniem i rzędem?
No właśnie. Zmiana. Chcemy jej czy nie, ona nadejdzie. I to zarówno w skali ogólnoludzkiej, jak i naszej małej, zwykłej codzienności.
Jaka będzie?
Czy będzie na lepsze czy na gorsze?
Czy może da się jej jakoś uniknąć?
Jak się mogę do niej przygotować?
A może mogę się zbuntować przeciwko niej?
Może mogę być gotowa, gdy nadejdzie?
A może mogę jej jakoś użyć?
No i takie myśli zaprzątają moją głowę na tegorocznym Slocie.

środa, 8 lipca 2015

SAF Dzień 1 Nowe pokolenie





Kolejny raz przyszło mi świętować urodziny na Slocie. Super. Dziesiątki życzeń i naprawdę miłego czasu wśród znajomych. Tak naprawdę już nie pamiętam jak mógłbym inaczej obchodzić to święto. Mogę napisać: Slot ciągle trwa, a latka lecą...
Z tej też perspektywy zauważyłem jak wielki udział mają w tworzeniu Slotu i atmosfery na nim panującej dzieci ludzi, którzy są tutaj zaangażowani od wielu lat. W tym nasze własne. Powoli następuje nieuchronna wymiana pokoleń. Nieuchronna, ale też niełatwa. To przecież my najlepiej wiemy co i jak ma być zrobione, żeby było najlepiej :)

Wspaniałym przykładem takiej właśnie nadchodzącej zmiany był wczorajszy nocny koncert Martijna Krale na scenie unplugged. Sam koncert był już fantastyczną ucztą dla ucha ale niesamowite nastąpiło mniej więcej w jego połowie. Martijn zaprosił na scenę swoją córkę Noa aby zaśpiewała i zagrała z nim na gitarze. Nieśmiało, z lekką tremą, pięknym, pełnym barw głosem Noa zaśpiewała z ojcem kilka standardów. Bur­za oklasków dla schodzącej ze sceny dziewczyny potwierdziła moje przekonanie, że było to niesamowite przeżycie.
Ale jeden temat to być na fantastycznym koncercie, a drugi - obserwować jak ojciec z córką tworzą razem naprawdę coś wspaniałego.
Co ciekawego przyniesie nowy dzień?

czwartek, 2 lipca 2015

Fala upałów

Upał.
Gdzie się człowiek nie ruszy, słyszy: "Ale gorąco!", "Nie da się wytrzymać", "Wściec się można". W mieście 27 st. Celsjusza. Niby żaden wielki upał ale wystarczy do narzekania na pogodę i włączania, gdzie tylko się da, klimatyzacji na 19 stopni. Warto zaznaczyć, że zimą jest ona zwykle ustawiona na co najmniej 23 stopnie Celsjusza. Ciekawe dlaczego...
Nie przeczę, że upał w mieście jest zasadniczo mniej przyjemny niż upał na wczasach nad morzem, ani nie chcę być niewrażliwa na osoby chore czy starsze, którym wysokie temperatury rzeczywiście potrafią dać się we znaki. Ale ostatnio to wcale nie one najbardziej na letnią pogodę narzekają.
Wiadomo, że podczas upałów powinno się dbać o swoje zdrowie - odpowiednia ilość płynów, kremy z filtrem, nakrycie głowy etc. Ale słuchając tego zbiorowego narzekania, występującego w dodatku tuż po zeszłotygodniowym narzekaniu z cyklu "15 stopni! Co to w ogóle za lato?" mam wrażenie, że cała sprawa jest nieco większa i ma duży związek z wszechogarniającym nas pędem do osiągnięcia pełnego komfortu. W ogóle nie powinno być nam nie-idealnie.  I do tego dążymy. W ogóle społeczeństwa panuje coś w rodzaju alergii na niewygodę, trud i wysiłek.

  • 17 - 20 stopni Celsjusza, bo nie ma nam być ani za zimno, ani za ciepło,
  • regularne pory posiłków, bo nie lubimy czuć pustki w żołądku,
  • wszystkie towary powinny być w szerokim asortymencie i na jednym miejscu, bo nie chcemy pokonywać kilometrów przy robieniu zakupów
  • w ciekawe miejsca powinny prowadzić asfaltowe drogi, aby łatwo było w nie dotrzeć
  • w hotelach na całym świecie powinno być porządne europejskie jedzenie
  • i centrum handlowe...
  • ...koniecznie z ruchomymi schodami, bo przecież piechotą? po schodach?
  • a, i leki mają "pomagać natychmiast" i być na wszystko
  • i tak dalej, i tak dalej, i tak dalej....
Absolutnie nie jestem zwolennikiem celowego utrudniania sobie życia. Piorę w pralce a nie nad strumieniem, mam odkurzacz, zmywarkę do naczyń i żelazko. Jeżdżę samochodem, mieszkam w mieście i "100 Thing Challenge" jest zdecydowanie nie dla mnie. Jako zbieracz, prawdopodobnie spokrewniony z Hobbitami, mam mnóstwo rzeczy i bardzo je lubię. Ale nieakceptowanie niewygody potęguje ją znacznie. Gdzieś jest granica. Nie chciałabym spędzić życia na unikaniu wysiłku i niewygód, czy usuwaniu kurzu z moich rzeczy miękką szmatką. Trochę to za mało na cel w życiu.
Jeśli uda się nam osiągnąć upragniony stan wygody doskonałej, nasze życie stanie się nieznośnie nudne.
Żadnego wysiłku, żadnych wyzwań. Nawet temperatura idealna.
Tylko gdzie satysfakcja? Gdzie długi, chłodny wieczór po upalnym dniu spędzony z przyjaciółmi?
Najlepsze chwile w moim życiu były w jakiś sposób zawsze związane z wysiłkiem, najpiękniejsze widoki, okupione wysiłkiem zdobywania szczytu.
Nawet truskawki najsłodsze są, kiedy dojrzewają w gorącym, czerwcowym słońcu. Kiedy jest komfortowa dla człowieka pogoda, truskawki są "takie sobie" :)



,


czwartek, 25 czerwca 2015

Naleśnik gigant a sprawa szczęścia

Nagła zmiana planów naszego wypoczynku z powodu awarii samochodu przeniosła nasze wakacje z Alp Rodniańskich w Bieszczady.
Doświadczyliśmy ciekawego kompromisu - znaleźliśmy się niemal dokładnie w połowie drogi, i w górach o prawie połowę niższych, ale tak samo pięknych.

Nie o wędrówce po górach chcę jednak dzisiaj pisać, ale o szczególnym, wręcz magicznym, i pełnym pasji miejscu w Wetlinie. 
Znaleźliśmy się tam z tak zwanego polecenia. 
Drugiego dnia naszej wyprawy, podjeżdżając samochodem do początku szlaku, zabraliśmy stopowicza. Myśleliśmy, że podobnie jak my, wybiera się w góry, ale podczas  krótkiej wspólnej jazdy dowiedzieliśmy się, że jego wędrówki w tym roku skończyły się dzień wcześniej ponieważ skręcił kostkę. Postanowił jednak nie wracać wcześniej do domu, tylko dostać się do Wetliny na wspaniały i jedyny Naleśnik Gigant z jagodami. Łapał więc "stopa" do Ustrzyk, aby stamtąd busikiem dostać się do wspomnianej Wetliny. Był bardzo zdziwiony, że nie wiemy nic o owym cudzie gastronomii. Kiedy zostaliśmy już sami w samochodzie, zastanawialiśmy się nad tym, co takiego może być w nawet rzeczywiście gigantycznym naleśniku, że naszemu pasażerowi chce się pokonać tak daleką drogę, ze skręconą kostką na dodatek, tylko po to aby go skosztować. 
Nie ma chyba lepszej reklamy jak tego rodzaju osobiste polecenie, toteż dwa dni później, wieczorem, na pożegnanie z Bieszczadami, znaleźliśmy się w Chacie Wędrowca, gdzie ów naleśnik podają. Zobaczymy.
Pierwszy rzut oka podczas parkowania samochodu, przekonał nas o tym, że jest to ciekawe miejsce. Z zewnątrz stara chata, odnowiona z artystycznym zacięciem. Ładnie. Wnętrze, zaraz po przekroczeniu progu, jeszcze bardziej przywitało nas ciepłą atmosferą i gustownym wyposażeniem.
Już po chwili mogliśmy, zajmując miejsca przy stoliku przy oknie, zagłębić się w menu, które jak wszystko tutaj, też było inne, pasujące grafiką do wystroju. Potrawy tradycyjne a także autorskie wymyślone przez szefa kuchni. I oczywiście osławiony tytułowy bohater. Na wewnętrznej stronie historia powstania Giganta: 

Osławiony już Gigant wydoroślał. Skończył właśnie 20 lat a bieszczadzcy
wędrowcy na pewno pamiętają go, jak był jeszcze maluchem (choć
zawsze zacnych rozmiarów) i pieścił ich podniebienia w Bacówce pod
Małą Rawką. Tam go wymyśliliśmy, można powiedzieć- na poczekaniu.
Powstał z potrzeby chwili i rzeczy które były pod ręką. Mąka, mleko i jajka
to produkty podstawowe, które znajdują się, w zasadzie, w każdym domu,
schronisku czy karczmie. Bacówka stała na polanie otoczonej polami
jagodowymi. Wystarczyło połączyć wszystkie składniki w jedną całość
i tak powstał Naleśnik Gigant.”

Czytając historię powstania naleśnika, i czekając na jego podanie, nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że dokładnie tak samo może być z naszym szczęściem. Przecież znam ludzi, którzy mieli tylko proste składniki, często tylko siebie, jakąś skromną pracę, paru przyjaciół. I te właśnie składniki wystarczyły, aby swoje życie wieść w szczęściu i zadowoleniu. Podobnie jak te kilka prostych rzeczy, które rzeczywiście są dostępne niemal wszędzie, pozwoliło stworzyć kulinarne cudo. Tak, ze wszech miar cudo.
W czym tkwi tajemnica?

 „Tajemnica raczej tkwi w sposobie jego przyrządzania, a na smak składa
się bardzo wiele czynników: niezmienny skład naleśnikowego ciasta,
tajemniczy wygląd przypominający dziwnego stwora, fioletowe owoce
jagody zatopione w wiejskiej śmietanie, dobra ręka Roberta, który do dziś
osobiście sprawuje pieczę nad każdym kolejnym ciastem, nutka zapachu
bieszczadzkiego lasu, powiew wiatru znad połonin, nieskazitelnie czyste
bieszczadzkie powietrze, które sprawia, że zmysł smaku wyostrza się w ten
jedyny, wyjątkowy i niepowtarzalny sposób.”

W sumie...proste. Naleśnik. Mąka, mleko i jajka, plus trochę jagód. Potrzeba i pomysł. 
Efekt? Absolutna rewelacja!
Podobnie wspólne szczęście potrzebuje odpowiedniego traktowania, szczypty szacunku, wiele miłości a przede wszystkim chęci i decyzji. Jeżeli do tego dodamy jeszcze trochę dobrego przeżywania, pielęgnowania wspólnego czasu, to mamy gotowy przepis. Przepis na wspólne szczęście.