czwartek, 30 marca 2017

Miłość kwitnie wokół nas?

Zostałam ostatnio zadziwiona. Zadziwiła mnie dość młoda osoba (ale nie dziecko) pytając czy my nie przesadzamy mówiąc tyle o konieczności pracy nad związkiem. Rzecz dotyczyła małżeństwa. Młodzieniec, bo on to był, całkiem serio pytał czy to nie jest tak, że miłość przychodzi lub nie, a jeśli nad nią trzeba jakoś pracować, to najlepszy znak tego, że to wcale nie jest prawdziwa miłość. Zdębiałam. 
Słyszałam, czytałam, że młodzi i nie tylko młodzi ludzie tak czasem myślą, ale co innego słyszeć czy czytać, a co innego tak twarzą w twarz. 
Jeśli rzeczywiście tak by było, bylibyśmy bez szans. Każda miłość wypalałaby się, zużywała pod ciężarem codzienności. Kolejne poniedziałki, wystygnięte kawy, katar, niewyspanie, zły humor, grypa, tłuste włosy, przesolone kartofle, przypalony kotlet, stłuczona filiżanka, nie ten kolor, słaby film, spóźnienie...
Żadna miłość, jeśli pozostaje zaniedbana, tego nie uniesie. 
Podobnie jak z naszymi ogrodami (jeśli je mamy). Nawet najpiękniejszy z nich, pozostawiony sam sobie, zarośnie w końcu chwastami, które będą bardzo utrudniały kwitnienie. Wtedy nawet gdy w końcu jakiś kwiatek osiągnie sukces i zakwitnie pomimo trudnych warunków, możemy go nie zauważyć w gąszczu. Minąć, nadepnąć. I nadal myśleć, że nic tu nie kwitnie. Może też z czasem stać się jasne, że wcale nie lubimy tego naszego ogródka, a u sąsiada trawa jest bardziej zielona. Najwyższy czas wtedy zabrać się za ten ogródek, który należy do Ciebie. Trzeba zaopatrzyć się w grube rękawiczki i być gotowym na to, że jakieś osty czy pokrzywy pokłują nam dłonie. No cóż. Za wszystko w życiu się płaci... Za cenne rzeczy - dużo.
Z nami jest podobnie. Czasem nasz związek wygląda jak ogródek po zimie. Ale to nie znaczy, że jest zepsuty, ani tym bardziej, ze nigdy nie był prawdziwy, ważny czy głęboki. To oznacza tylko i aż, że zima się skończyła, śnieg, który przykrywał te wszystkie suche badyle stopniał, a wiosna jeszcze nie nadeszła. Trzeba wziąć się do roboty i uzbroić w cierpliwość. Okopać grządki, wyplewić to co zostało po jesieni, posiać czy posadzić nowe roślinki, podlewać, okopywać, znów wyplewić i... poczekać aż zacznie rosnąć. 
Ta praca jest do zrobienia w każdym związku - i w tym dobrym i w tym słabym. Ale wracając do naszych ogródków - to ich wyglądzie decyduje raczej ilość pracy niż rodzaj gleby :).

Można, i coraz więcej ludzi to robi, postanowić "uwolnić się od ogródka". Mam prawo do szczęścia i nie będę wiecznie babrać się w ziemi / dalej inwestować w naszą relację. Można. W zasadzie wszystko można. 
Ale to, że za wszytko w życiu się płaci działa w obie strony - nie płacisz = nie masz. 
Czytałam jakiś czas temu wywiad z Rachel Cusk, autorką książki Po. O małżeństwie i rozstaniu i tak sobie myślę, że może sama jestem słabym autorytetem, bo mam fajne małżeństwo i w ogóle. Ale Rachel bardzo szczerze opowiada o tym, co stało się, gdy zrezygnowała ze swojego; o tym, że minęły trzy lata, a ona nadal nie ma żadnego nowego życia po rozwodzie. Podobno jest nadal to, które jest. I zwykle teraz wcale nie jest lepsze niż kiedyś. 
To całkiem tak jak z ogrodem...

Fragment wywiadu:
Żałowała pani tego, że się rozwiodła?
Tak, oczywiście.
A ja miałam wrażenie, że bardziej niż utratę miłości opłakuje pani utratę poczucia bezpieczeństwa, struktury,
kierunku.
Utratę poczucia rzeczywistości w ogóle. Tłumaczyłam to komuś niedawno. Noszę soczewki i wciąż mnie zadziwia to, jak dużo zależy od tego małego, przezroczystego przedmiotu. Jeśli odrobinę się on przesunie, obraz staje się zamazany. Właśnie tak się czuję - przemieszczona. I nie umiem się z powrotem wpasować, ponieważ wierzyłam w tak wiele rzeczy, które okazały się nieprawdziwe, że dzisiaj nie wiem w sumie, w co mam wierzyć. A jeśli zdecyduję się w coś wierzyć, to co z tego wyniknie? 

To zawsze jest nasz wybór i nasza praca. Czasem jest jej więcej, czasem mniej, czasem jest przyjemnie - siedzimy na tarasie, wąchamy kwiatki, robimy sobie imprezę na świeżym powietrzu, a czasem trzeba grzebać w ziemi, wyrywać chwasty i dużo czasu spędzić na kolanach. 

Jest wiosna. Może warto zabrać się do roboty?


czwartek, 23 marca 2017

Pozdrowienia z Exit Tour


Jesteśmy dzisiaj, podobnie jak podczas całego tygodnia poza domem. Właśnie mamy chwilę przerwy (nie aż taką małą chwilę - prawie 4 godziny) między wykładami w szkołach a spotkaniem wieczornym. Siedzimy w pokoju hotelowym, chwilę temu ja miałam małą drzemkę, teraz chrapie Szanowny Małżonek. Exit Tour, w którym uczestniczymy jest dość wymagający. Wczesne wstawanie, wykłady w szkołach, popołudniowe, a raczej wieczorne spotkania są super, ale te kilka godzin wytchnienia po obiedzie dosłownie ratuje nam życie. Nie te lata....
O co chodzi? 
Od kilku lat uczestniczymy jako jedni z wykładowców w programie profilaktycznym Exit Tour w szkołach. Jedno miasto, cztery dni i cztery szkoły. W zamierzchłej przeszłości, czyli kilka lat temu Janusz organizował tę imprezę z jeszcze jedną osobą, a jakiś już czas temu przekazał to w młode, acz godne ręce. 
Dlaczego o tym piszę?
Dlatego, że akurat tu jesteśmy :) i dlatego, że oprócz dość ciężkiej w sumie pracy (zwłaszcza w porównaniu z siedzeniem przed telewizorem i nic-nie-robieniem, na które być może zasłużyliśmy wychowaniem własnej dwójki dzieci), naprawdę świetnie się tutaj bawimy. Kilka osób ostatnio się nas pytało jak u nas z syndromem opuszczonego gniazda. Bo w sumie dzieci się wyprowadziły i zostaliśmy sami. Prawda, ale nie zdążyliśmy się jeszcze ciągle zorientować o co z tym syndromem chodzi, bo... nie mamy czasu. 
Słyszałam też ostatnio, że: "bo wy jesteście takim barwnym małżeństwem..." - w sumie sama tak uważam. Nasze wspólne życie na serio jest najczęściej sporą frajdą. Tak, przyznaję, że je lubię. Ale to nie jest tak, że na jednych spadają ciekawe rzeczy a inni są skazani na nudę. Zwykle robimy to sobie sami. W naszym życiu też dostrzegamy taką prawidłowość - jeśli skupiasz się na własnej wygodzie, budowaniu komfortu i świętym spokoju - czeka cię ogromne rozczarowanie, jeśli uda się to wszystko osiągnąć i ciągła frustracja zanim to się stanie. Za każdym razem jak próbowaliśmy, dokładnie tak było. Postanowiliśmy z tym zerwać. 
Wstawanie z młodzieżówką o 5:30, jeżdżenie po szkołach, rozstawianie sprzętu (to Janusz), gadanie o trudnościach z młodzieżą, chodzenie spać po północy, to nie są rzeczy, które nam łatwo przychodzą. Od początku roku nie mieliśmy ani jednego w 100% wolnego weekendu. Staramy się mieć przynajmniej 2 - 3 dni w każdym miesiącu, które są tylko dla nas i zwykle, choć nie zawsze nam się to udaje. To jednak sprawia, że nasze wspólne życie nadal jest ciekawe i daje satysfakcję. Wcale nie dlatego, że nie potrafimy usiedzieć na miejscu. Umiemy to, i lubimy, ale widzieliśmy już, że to na dłuższą metę jest potwornie nudne. Seriale w TV są w zasadzie wszystkie o tym samym, sporty, diety i zdrowy tryb życia (polecamy rozsądek) i tak nie uratują nas przed starością ani śmiercią. Uznaliśmy więc, że musimy coś z tym zrobić. Mamy mnóstwo rzeczy, których przez te nasze prawie 30 wspólnych lat, się nauczyliśmy, które zdobyliśmy; doświadczenie, jakaś tam mądrość, i teraz jest czas, w którym możemy dzielić się tym wszystkim z innymi. Nam się udało - niech Im też się uda:). Można zrobić swoje i dalej się rozwijać, dawać swój czas, kawałki swojego życia innym, zdobywać przyjaciół i choć czasem to oznacza niewyspanie, niekoniecznie idealnie zbilansowany posiłek, zmęczenie, chrypę i ogólnie jest średnio wygodne, jest warte swojej ceny.

Ciekawego życia nie dostaje się w prezencie. Trzeba je sobie zrobić samemu...


poniedziałek, 20 marca 2017

Prawie 30 lat razem czyli Dobrze nam Razem w TVN :)

"Dzień dobry TVN" podjęło temat wieloletnich związków. Pokazali, że nie tylko my uważamy, że "Dobrze nam Razem". Serdecznie pozdrawiamy pary, które oprócz nas wzięły udział w nagraniu :)
Trudno uwierzyć, że to już prawie 30 lat Dobrze nam Razem.
"My" zaczynamy się w 1:23 minucie :)

video

czwartek, 16 marca 2017

Bywają takie dni...

Tak...
Bywają takie dni, w których wszystko idzie jakoś nie tak. Jakoś idzie, ale nie do końca udaje się nad tym zapanować i okazuje się, że poszło w zupełnie innym niż oczekiwany kierunku. Bywa. A nawet jest i to właśnie dzisiaj. Nieoczekiwane szaleństwo zaczęło się rano. Zaspałam. Tak zupełnie po prostu nie obudził mnie dzwonek telefonu. Niektórzy złośliwcy mogą twierdzić, że sama go wyłączyłam, ale dementuję te złośliwe pomówienia. Nie obudził mnie ten dzwonek. W efekcie żeby zdążyć tam gdzie miałam zdążyć musiałam się nieźle spinać. W tym czasie mój syn wyjeżdżał. Tak. Nie pożegnałam się z Nim, bo nie miałam jak i kiedy... Mam nadzieję, że mi wybaczy i jeszcze przyjedzie :).
Po drodze dostałam zadyszki, ale zdążyłam. Tak z grubsza.
Potem kolejne rzeczy, sprawy, spotkania, raczej średnio dobre wiadomości. i ... właśnie się okazało, że jest czwartek i wypadałoby coś wrzucić na bloga. Ups.
W głowie pusto, czasu mało, roboty jeszcze trochę przed jutrem...
No i nie mogę długo siedzieć przed komputerem. Przeżyte lata dodają mądrości (na to liczę), ale za zdobywanie doświadczenia trzeba płacić. Między innymi zepsutym kręgosłupem.
Okazuje się jednak, że i takie dzikie dni można przeżyć i jeszcze na koniec być całkiem zadowolonym. Kolejny raz przekonuję się, że nie jestem perfekcyjną panią domu, perfekcyjną żoną, przyjaciółką, ani nawet doskonałą matką. Ech...
Jestem za to ogromnie wdzięczna tym wszystkim, którzy jednak lubią spędzać ze mną czas. Przychodzą i ani słowem nie komentują stosu prasowania odłożonego na później ani innych niedopatrzeń. Spotykają się ze MNĄ.
Dla Was aż chce się nadal żyć.
Chociaż może nieperfekcyjnie ;)

czwartek, 9 marca 2017

Azure Window, stare drzewo i niezależność

Jak czytelnikom bloga wiadomo, mieszkamy w centrum miasta. To oznacza kilka rzeczy, między innymi to, że aby mieć jakikolwiek kontakt z czymś zbliżonym do natury oraz dbać o zdrowie chodzimy na spacery. Miejsce zamieszkania wymusza również trasy spacerowe. Z dużym uproszczeniem można powiedzieć, ze mamy jedną, którą modyfikujemy w zależności od pogody i czasu, jakim akurat dysponujemy. Po tym nieco przydługim wstępie przechodzimy do sedna. Wzdłuż naszej podstawowej trasy spacerowej rosną drzewa. To już w zasadzie park i drzewa tworzą coś w rodzaju zagajnika. Mniej więcej od początku stycznia, kiedy tylko idziemy wspomnianą drogą jedno z drzew skrzypi niemiłosiernie. Trzaski są coraz większe i widzimy, że stare drzewo chwieje się coraz bardziej. Ile jeszcze wytrzyma?

Na Malcie w nocy z minionego wtorku na środę pękły i runęły do wody skały tworzące do tej pory Azure Window, czyli Lazurowe Okno - dla niewtajemniczonych - podziwialiśmy te skały na wielu zdjęciach reklamujących uroki wyspy. Formacja skalna powstała wieki, a w zasadzie nawet tysiące lat temu. Wapienna skała była wypłukiwana przez wodę kolejne dni, miesiące, lata, wieki i w końcu tysiąclecia. Pięć lat temu oderwał się od niej spory kawał, odpadł, powiększył prześwit i zdecydowano o zakazie wchodzenia na skały. Stała dalej. Kolejne sztormy, wiatry i deszcze "dawały jej w kość", aż w końcu, 8 marca 2017 Lazurowe Okno nie wytrzymało naporu morskiej wody, wiatru i deszczu i... runęło do wody. Nie wytrzymało. Jeśli zrobimy sobie przy nim zdjęcie to już tylko w photoshopie...

Staramy się być samodzielni, samowystarczalni i niezależni. Wszyscy nas do tego zachęcają; uważa się, że samodzielność, niezależność jest oznaką dojrzałości. No i niby prawda. Nikt nie chce, a w każdym razie taka jest teoria, być zależny i wspomagany przez innych. Już dwulatek z jakiegoś tajemniczego powodu upiera się, że "ja sam!". No i dobrze. Powinniśmy być niezależnymi i samodzielnymi osobami. Ale to nie powinien być koniec naszego rozwoju. Jest kolejny, niełatwy krok. Podejmujemy go, kiedy, jako samodzielne i niezależne, dojrzałe osoby, decydujemy się prosić o pomoc. I okazuje się, że dla bardzo wielu z nas wcale nie jest to łatwe.
Jest nam głupio, nie chcemy nikogo angażować w nasze sprawy; inni mają przecież tyle na głowie... Panuje przekonanie, że "poradzę sobie sama... przecież muszę...", za nic w świecie nie chcemy też okazać słabości, niewiedzy, zmęczenia czy niemocy. W zasadzie nawet nie możemy tego pokazać. Jesteśmy przecież tymi, którzy dają rady. No i boimy się "kroku w tył" - tego, że coś będziemy zawdzięczać komuś, a nie tylko sobie, tego, że być może przyjdzie nam to przyznać. Obawiamy się długów wdzięczności, zobowiązań i tego wszystkiego, co proszenie o pomoc, a tym bardziej jej otrzymywanie z sobą niesie. 
W tym samym czasie dziwimy się, że ludzie stali się bezduszni, że nie ma współczucia i troski w otaczającym nas świecie, gościnności, poczucia wspólnoty między ludźmi. Świat bardzo się zmienił...

Kiedy tak siedzimy już całkiem niezależni i dumni z siebie świętujemy osiągnięcie samodzielności, okazuje się, że świętujemy sami. Sami wszystko potrafimy i ze wszystkim sobie doskonale radzimy. Sami zaspokajamy swoje wszystkie potrzeby i zachcianki, sami określamy nasze wartości i priorytety, sami decydujemy o sobie. Nikt i nic nie decyduje za nas. Jest powód do dumy i samo-zadowolenia.
Tylko czy na pewno właśnie tego pragnęliśmy najbardziej?
Czy spodziewaliśmy się, że ceną jaką przyjdzie nam za to zapłacić, będzie samotność?
No bo komu jest potrzebny taki stuprocentowo niezależny i samodzielny człowiek? Czy można z nim zbudować przyjaźń?
Tak sobie myślę, że częścią bycia człowiekiem jest to, że potrzebujemy drugiego człowieka. Tylko razem z Drugim może być nam naprawdę dobrze :). To ryzykowne, tak, bywa bolesne, owszem. Ale dopiero kiedy w dojrzały sposób uświadamiamy sobie, że jednak bardzo, bardzo niewiele zawdzięczamy wyłącznie sobie samemu i kiedy zaczynamy zdawać sobie sprawę jak bardzo zależymy od tych, których kochamy, dopiero wtedy zaczynamy budować prawdziwe, głębokie więzi. Niezależność jest bardzo przereklamowana, a samotne skały wcześniej czy później upadają pod naporem codzienności.

W pewnym sensie znana skała zyskała niezależność od lądu...


czwartek, 2 marca 2017

Sposób na ...

W tym tygodniu, oprócz robienia kilku innych rzeczy, czytam książkę "Inteligencja emocjonalna" Daniela Golemana. Kiedyś już ją przeglądałam, ale teraz, wreszcie, zabrałam się za nią "na poważnie". Czytam sobie o różnych rzeczach, ale nie jest, i nie będzie to recenzja książki.
Zwróciłam uwagę na coś niezwykłego. Zauważyła to dr Dianne Tice, a opisał również Goleman w książce, którą czytam :). Otóż rzecz polega na tym, że kiedy ogarniają nas trudne emocje, staramy się jakoś sobie pomóc. Znane i stosowane są różne sposoby, które nam wszystkim pomagają, kiedy jest nam ciężko, albo nie tak jak powinno być. Okazuje się, że jeden z najskuteczniejszych sposobów jest jednym z ... najrzadziej stosowanych. Jakież to tajemne remedium?
Tajemnica raczej słaba - chodzi o pomoc innym w potrzebie. A to niespodzianka, prawda?


W książce poświęcone jest temu kilka wersetów 128 strony. W sumie, może i rzeczywiście nie ma o czym pisać. Okazuje się, że jeśli źródłem naszych emocjonalnych problemów jest przeżywanie w kółko tych samych myśli i odczuć oraz skupienie na sobie, a uczciwie byłoby przyznać, że często tak bywa, nie ma nic lepszego niż zajęcie się kimś innym, kimś, kto również ma jakieś problemy (a kto ich nie ma... :). Sama załapałam się na tym, że moją pierwszą myślą było "fajnie się babce prowadziło badania, ciekawe co ona wie o życiu...". Tak, bywam złośliwa. Ale naprawdę pomyślałam, że fajnie jest pisać o pomaganiu innym, zauważaniu ich problemów jak człowiek prowadzi badania. Kiedy zmaga się z frustracją, ciągłym niepokojem czy depresją, albo nawet po prostu ma wszystkiego dość, to chyba nie jest to dobra rada. Czy jednak na pewno? Czy zamiast, no właśnie, zmagać się ze s w o j ą frustracją, ze s w o j ą depresją czy w ogóle swoimi problemami, czy czym tam jeszcze, nie byłoby warto skupić się na kimś innym? Rozejrzeć się dookoła, i pomóc komuś, kto tego potrzebuje. Kiedy zostawiamy nasze emocje i zajmujemy się realną pomocą komuś innemu, bywa nam po prostu lżej. Przerywamy zaklęty krąg samodołowania się, zajmujemy się drugim człowiekiem, a na dodatek mamy satysfakcję z tego, że pomimo naszej nienajlepszej kondycji, komuś pomogliśmy. Czasem nawiązujemy w ten sposób fajne relacje. Może kiedyś indziej też ktoś nam pomoże. To może zadziałać, nie? :)
Skupienie się na swoich problemach i rozmyślanie o nich w kółko nie pomaga - to wie każdy, kto tego próbował. Pogrążamy się coraz głębiej i coraz rozpaczliwiej próbujemy jakoś się wydostać. A czym takie próby bardziej przypominają przygody Barona Munchhausena (to ten gość, który kiedy wpadł w bagno, sam się z niego wyciągnął za własne włosy), tym mniej jest nam do śmiechu. Okazuje się, że szamoczemy się coraz bardziej i coraz głębiej w bagnie tkwimy. Baron fantasta raczej nam nie pomaga. 
Nasze problemy, nasze emocje, nasze, mnie, moje, ja. 
A tu taki rewolucyjny pomysł: przestać myśleć o sobie, a zająć się pomocą komuś, kto tego potrzebuje. Tak całkiem zwyczajnie.
Nie zawsze tak pewnie będzie, bo życie to nie matematyka i raczej trudno napisać zawsze działający algorytm na ludzkie emocje, ale warto się zastanowić nad jednym z najlepszych sposobów radzenia sobie ze swoimi emocjami.  I nad tym dlaczego tak rzadko z niego korzystamy.