sobota, 9 czerwca 2018

Jak gadać, żeby się dogadać - rada czwarta



Kolejny odcinek. Chyba ostatni. Ale kto wie? Dzisiaj o tym jak rozmawiać kiedy nie chodzi o grzanki, o sposób smarowania chleba masłem, grubość naleśników, sposób parkowania ani ścielenie (lub nie) łóżka. Jakkolwiek nasza codzienność składa się w ogromnym stopniu z takich właśnie -nomen omen - codziennych spraw, to jednak zdarzają się w naszych związkach sprawy o wiele poważniejsze. Prawdą jest, że czasem spory, kłótnie i przeróżne frustracje związane z tymi właśnie drobiazgami wcale nie stanowią sedna problemu, a wskazują właśnie na jakieś głębsze, nierozwiązane sprawy. Nie zawsze tak jest. Czasem, a nawet dość często jesteśmy po prostu przyzwyczajeni, że "tak się robi" i jak ktoś robi inaczej, to zwyczajnie nas irytuje, wytrąca z dobrze znanego poczucia pewności, rutyny, i okazuje się, że rzeczy nad którymi nawet się nie zastanawiamy, "bo przecież oczywistym jest, że...", przemyśleć jednak trzeba. To bywa niewygodne, bywa frustrujące i kiedy spotykamy Drugiego, a ten jak wiadomo jest Inny - trzeba być na tego rodzaju zmagania gotowym i naprawdę niekoniecznie za każdym razem chodzi o coś głębszego. Nie doszukujmy się głębi, nie badajmy naszych najdrobniejszych emocjonalnych niuansów, bo zamęczymy siebie i Drugiego. Być może warto przeprowadzić rozmowę, podczas której ustalimy, że jest miedzy nami szczerość i zdecydujemy, że wierzymy sobie nawzajem w głupotach. To, że sobie wierzymy, jest między nami szczerość to oczywiście jasne i dawno ustalone, ale kiedy jedno z nas mówi, że nic innego nie miało na myśli, że naprawdę po prostu lubi te grzanki bardziej przypieczone i to nie znaczy, że uważa tak naprawdę, że wszystko robisz źle, że nie kochasz i że ci nie zależy - czasem sami się nakręcimy i... wierzyć w tę szczerość bywa trudno. Podobnie bywa kiedy jedno z nas burczy, warczy, i ogólnie mówiąc jest zmierzłe. Ale nie na ciebie tylko na świat w ogóle, na szefa w pracy, na deszczowy poranek, albo na słoneczny ale dziś a nie wczoraj. Bywa, że i tak emocje podpowiadają nam wielowarstwowe scenariusze których sednem jest (w dużym i krzywdzącym uproszczeniu): "jestem jej zupełnie niepotrzebny, nie kocha mnie, uważa że jestem do niczego, że na nią nie zasługuję" albo "żałuje, że jest ze mną, nie zauważa jak się staram, nie kocha mnie, uważa, ze jestem brzydka/gruba/nie umiem gotować, wolałby być z kimś innym". I w zależności od osobistych preferencji w tym temacie pogrążamy się w otchłani rozpaczy, lęku, rozżalenia lub złości.
No więc warto ustalić odgórnie, że dajemy sobie prawo do powiedzenia "nie nie chodzi o Ciebie, tylko o stopień przyrumienienia grzanki/mam dziś zły dzień/deszcz pada i rozwalił mi plany na dziś/nie lubię zielonego koloru/brakuje mi magnezu*
I wierzymy, gdy Drugi coś takiego mówi.
"Kochanie, tak, wszystko mnie irytuje, obiad mi nie smakuje, najlepiej wyjdź z pokoju ale nie chodzi o Ciebie. Jestem zmęczony, niewyspany i muszę posiedzieć sam. Kocham Cię i dam znać jak mi przejdzie"
"Kochanie, wkurza mnie jak to robisz, w ogóle wszystko mnie dziś wkurza. Bardzo Cię kocham, ale dzisiaj to nie jest mój dzień. Jakoś ze mną wytrzymaj. (łzy)"
Nie jest to całkiem łatwe i wychodzi zwykle dość nienaturalnie, nawet bardzo nienaturalnie, bo kiedy powstrzymując emocje mówimy coś takiego, czujemy się jak aktorzy, ale fantastycznie działa. Można opanować swoje emocje, powiedzieć o nich i znaleźć strategię przetrwania. I można nabywać w tym wprawy.
Żeby było jasne - nie chodzi o to żeby się oszukiwać. Czasem z różnych powodów to co Drugi robi wkurza nas do granic, ale oprócz emocji mamy też wolę i jeśli mówimy, że miłość to wybór a nie emocje to właśnie tak się tego wyboru dokonuje. Wybieram Ciebie. Kropka.

Ale czasem jednak nie chodzi o te nieszczęsne grzanki, tylko w naszym związku pojawia się prawdziwy problem, albo odkrywamy ten, który jest z nami już dość długo. Albo nawet zawsze był.
Co wtedy?
Rozmawiaj, rozmawiaj i za wszelką cenę rozmawiaj.
Czasem to wcale nie jest łatwe, ale naprawdę nie ma innego sposobu na to, by dowiedzieć się o co chodzi. Jasne, trzeba uważać, żeby nie przegadać sprawy, bo bywa i tak, że dla niektórych rozmawianie o problemach staje się alternatywą ich rozwiązywania. Ale bez rozmowy po prostu się nie da.
To nie jest umiejętność, z którą się rodzimy, ale możemy się tego nauczyć. Oczywiście chodzi o słuchanie i mówienie :). Jest mnóstwo poradników efektywnego słuchania i mówienia tak, aby rozmówca usłyszał, ale niestety (a może właśnie na szczęście?) one z definicji nie działają. Owszem, można się z nich dowiedzieć wielu ciekawych i słusznych rzeczy, ale kluczowe są w całym procesie rozmawiania dwie rzeczy. Po pierwsze - o wiele ważniejsze od wszystkich technik wziętych razem i z osobna jest serce i rozum. Chodzi w dużym skrócie o to, że jeśli nie jesteśmy prawdziwie, głęboko zatroskani, to żadne techniki i skuteczne sposoby najprawdopodobniej nie zadziałają. Z samym sercem lub z samym rozumem rozmawiać się po prostu nie da. Wychodzi albo histeria lub sentymentalizm, albo bezduszność i wyrachowanie. A trzeba znaleźć rozsądek i współczucie. Mądrą miłość. Z tym zastrzeżeniem warto jednak o kilku zasadach pamiętać (i czytać mądre książki). Bo nawet największą miłość, troskę i chęć pomocy jakoś jednak wyrazić trzeba. I wracamy do tego, ze jesteśmy skazani na komunikację :).
Podkreślę raz jeszcze - szczerość. Mamy wszyscy jakąś tajemną moc do wykrywania fałszu i kiedy okazuje się, że intencje naszego rozmówcy nie są do końca czyste, chce coś ugrać, całe godziny dobrych rozmów mogą w ułamku chwili wziąć w łeb. Zanim więc zabierzesz się za rozmowę w związku, zbadaj swoje serce i bądź uczciwy/uczciwa. Mów to o co ci naprawdę chodzi. Jasny, jednoznaczny komunikat zawsze jest lepszy niż kombinowany, zawoalowany przekaz, którego przynajmniej części (której?) trzeba się domyślać. Powszechnie panująca wiara w to, że osoba, która kocha powinna się sama domyślić to jakaś potworna bzdura! Niby jak się ma domyślić? Miłość to miłość, a dar jasnowidzenia to dar jasnowidzenia. Nie mają ze sobą żadnego związku! Może raczej jak kochasz, to powiedz!
Weź głęboki oddech, upewnij się, że masz serce i rozum we właściwych miejscach, przygotuj się i rozmawiaj. Tylko jak się przygotować? A może w ogóle nie warto? Moim zdaniem warto. Jeden temat to przemyślenie sprawy aby w ogóle mogło być jasno i jednoznacznie. No bo jak przekazać zrozumiale coś, czego sama nie rozumiem, z czym się szarpię? Na przykład - jeśli mam problem z zaufaniem z powodu moich życiowych doświadczeń, to różnica miedzy komunikatem A ("Na pewno mnie zdradzasz! Wszyscy faceci/wszystkie kobiety są takie same!, Nic więcej nie mogę się po tobie spodziewać!" Aaaaaa!) a komunikatem B (Mam straszny bałagan w głowie. Bardzo chcę ci ufać i okazywać to zaufanie, ale ciągle czuję coś zupełnie innego. Potrzebuję czasu, żeby sobie to poukładać) jest kolosalna, a tymczasem komunikat ten może wyrażać dokładnie to samo.
Znajdź czas i miejsce. To zadziwiające jak okoliczności zupełnie zewnętrzne wpływają na nasze rozmowy. Niekoniecznie rozmawiajmy więc na ważne tematy między obiadem a drugim daniem, rano podczas śniadania, gdy wszyscy się spieszą, w tramwaju, gdzie każdy może usłyszeć i tak dalej, i tak dalej. Rozumiemy, ale i tak zaczynamy... Warto wtedy przełożyć rozmowę na później (i do niej wrócić rzeczywiście).
Łatwo napisać... Mówienie o trudnych sprawach jest ...trudne. Ale trud ten warto podjąć.
Z życia wzięte:
Dawno, dawno temu, w odległej galaktyce... No przesadziłam. Galaktyka była ta sama. Ale dawno było. Jakieś dwie epoki temu, kiedy byliśmy młodziutkim małżeństwem, mieliśmy do załatwienia ogromne mnóstwo ważnych i nieważnych spraw. Ale nie umieliśmy jeszcze odróżnić jednych od drugich, więc rozmawialiśmy o wszystkich. Dużo, długo i czasem bardzo niezgrabnie. Czasem siedzieliśmy oparci o siebie plecami, bo łatwiej nam było na siebie nie patrzeć, czasem piliśmy herbatę, czasem nie potrafiliśmy jej przełknąć. Bywały łzy. Po obu stronach. Bywały przegadane noce, po których jedno z nas przebierało się i szło do pracy na ranną zmianę a drugie brało sześć chłodnych pryszniców w ciągu przedpołudnia (nie mogło pić kawy, bo karmiło) i opiekowało się wyspanym niemowlęciem. Czy byliśmy wyspani? - oj, nie! Czy było łatwo? - nie zawsze.  Ale w końcu zawsze się dogadywaliśmy. Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że to jedna z najważniejszych tajemnic naszego sukcesu :) Porozumienie się buduje, wykuwa a nie dostaje.


*tu coś o czym już pisałam - czasem, a nawet często podstawowym źródłem naszych problemów jest brak wystarczającej ilości snu, odwodnienie, za dużo cukru/kawy/, za mało magnezu etc. Jeśli jesteś człowiekiem permanentnie niezadowolonym, zirytowanym, zdołowanym i wszystko cię rozżala albo wkurza, a nie jesteś w ciąży, to może warto iść do lekarza. Jak jesteś w ciąży, to pewnie chodzisz.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz