czwartek, 16 maja 2019

Pomiędzy "tylko nie mów nikomu" a "powiedz wszystkim" jest bardzo dużo przestrzeni


Zasadniczo nie komentujemy bieżących wydarzeń ale tym razem, ze względu na temat czujemy się w pewien sposób do tego wezwani. Nie widzieliśmy filmu "Tylko nie mów nikomu". Bardzo dobrze, że taki film powstał. I wielu, bardzo wielu powinno go zobaczyć. W chwili, w której to piszę film ma  17 087 849 wyświetleń. To dobrze. Może coś się zmieni, może to początek końca bezkarności. Oby.
A jednak sami nie chcemy oglądać tego filmu. Mnie osobiście po prostu nie stać na to emocjonalnie. Nie dlatego, że problem bagatelizuję, raczej dlatego, że go znam. Przeraża mnie i paraliżuje samo jego istnienie. Bo wiem, że istnieje. Po prostu nie potrafię.
Kiedy myślę o całej sytuacji, to dominującą emocją jest smutek i właśnie przerażenie.
Przeraża mnie, że taki film jest w ogóle potrzebny, że dopiero kiedy powstał i jest masowo oglądany zaczęła się jakakolwiek rozmowa o problemie.
Przeraża mnie atmosfera wokół filmu. Powtarzam - to, co się za jego sprawą dzieje jest potrzebne. Ale to trochę jak z operacją rozległego nowotworu - może zabić. Z jednej strony oczywiście to dobrze, jeśli fałszywy autorytet upada. Zdecydowanie dobrze, ale gdzie upadnie i co przygniecie? I co powstanie w zamian? Umarł król - niech żyje król! Jakoś nie widać w historii społeczeństw, które żadnego autorytetu nie miały. I można prowadzić długie dyskusje na temat wolności i mądrości społeczeństwa, które zbuduje nowy, wspaniały świat, ale...
I nie mniej przeraża mnie moja własna obawa, że kolejny raz po wielkiej awanturze, głosach oburzenia z jednej, a triumfu z drugiej - nic się nie zmieni. Minie jakiś dłuższy lub krótszy czas i pozostanie poczucie, że coś nieprzyjemnego się wydarzyło, ale w sumie przecież... było, minęło, to nie mój problem. To "oni" powinni coś z tym zrobić.
Przerażają  mnie reakcje - tych od "nie mam czasu na głupoty", ale równie mocno boję się i tych, którzy wieszczą "nareszcie się dostanie klechom" (i to jest wersja znacznie ułagodzona). Po tych pierwszych w zasadzie można się było podobnych reakcji spodziewać, ale i druga reakcja jest niebezpieczna. Ilość jadu, nienawiści, złości i... satysfakcji jest jak dla mnie niewiarygodna. I o ile oczywistym jest konieczność rozliczenia sprawców, konieczność egzekwowania prawa, które przecież mamy niezależnie od tego czy ktoś jest księdzem, nauczycielem czy murarzem, to mam wrażenie, że wielu naprawdę bezdusznie wykorzystuje tragedie i traumy innych do swoich małych celów. Choć wypisanych wielkimi literami. Nie dostrzegam współczucia dla ofiar wśród najgłośniej krzyczących.
To chyba najbardziej napawa mnie smutkiem i poczuciem bezradności. Bo za tym filmem stoją bardzo konkretni ludzie i ich bardzo konkretne tragedie. Nie bohaterzy filmu - konkretni ludzie i i ich bliscy, którzy zmagają się z tym jak dalej żyć z tak bolesną przeszłością. Jak kogokolwiek pokochać, zaufać? 
I jeszcze gdzieś za tym wszystkim, za filmem, reakcjami na niego i Tymi, którzy odważnie zmierzyli się z własną traumą i postanowili o niej opowiedzieć, są inni. Tacy, którzy z bardzo różnych powodów się na to nie zdecydowali. Którzy nadal nic nie mówią nikomu. 
Myślę, że między "tylko nie mów nikomu" a "powiedz głośno wszystkim" jest bardzo dużo przestrzeni. Źle jest nie powiedzieć nikomu, nie móc, bać się, wstydzić nie swojej winy. Oczywiście, że tak, ale trzeba przyznać, że czasem również źle jest głośno o niej krzyczeć, szukać zemsty, odwetu. Powracające przecież wspomnienie doznanej krzywdy boli i niszczy przez długie lata. Czasem na zawsze. Ale zemsta ma działanie nie mniej niszczące, a jej wspomnienie, jakkolwiek może dostarczać satysfakcji, raczej wiąże jeszcze mocniej niż uwalnia.

Kiedyś czytałam książkę Szymona Wiesenthala "Słonecznik" - dręczony poczuciem winy umierający esesman prosi więźnia - Żyda o przebaczenie masakry żydowskiego miasteczka. Ten osłupiały, wychodzi bez słowa i ... wiele jeszcze lat rozważa temat przebaczenia.
I ten temat, ta historia dość natrętnie wiąże mi się ze współczesnymi wydarzeniami. To niezaprzeczalny fakt, że tylko przebaczenie ma moc uzdrowienia i uwolnienia ofiary od oprawcy. No bo jeśli mielibyśmy wymierzyć s p r a w i e d l i w o ś ć, to co trzeba byłoby zrobić zwyrodnialcowi? I kim mieliby być kaci?
Tylko... jak przebaczyć?
I nie pomylić przebaczenia z lekceważeniem, z udawaniem, że nic się nie stało, kiedy stało się tak wiele złego.

I to wszystko sprawa, że przeraża mnie film, którego nawet nie widziałam.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz