wtorek, 10 października 2017

Randka sprzed 30 lat


Kalendarz nie kłamie. Jakby nie liczyć od 10 października 1987 roku minęło dziś równo 30 lat. A tym samym, te same 30 lat minęło od Naszej Pierwszej Randki!!! Ogrom czasu, nie?
A było to tak:
Od jakiegoś już czasu znaliśmy się "na cześć", mieliśmy trochę wspólnych znajomych, spotykaliśmy się przypadkiem w tramwaju, pociągu czy gdzieś na ulicy, bo mieszkaliśmy, dość blisko siebie. Byliśmy już oboje mądrymi i dorosłymi osobami (w wieku lat 17 i 19), ale jednak z niezbyt sprecyzowanymi planami na przyszłość. Oboje w stanie wolnym. Poważna sprawa. 
Niektóre szczegóły tej historii utonęły w otchłani niepamięci, ale to akurat nie przeszkadzało jej wtedy w niczym. Właśnie się rodziła!
Właśnie nie do końca jasne jest jak do tego doszło - pewien Przystojniak mnie zaprosił, ale nikt nie pamięta kiedy i w jakich okolicznościach, w każdym razie pojechaliśmy z grupą przyjaciół do Warszawy (tak, stolica odegrała w historii niebagatelną rolę!). Być może nie bez znaczenia dla tej historii pozostaje fakt, że Przystojniak kilka dosłownie dni wcześniej zmienił status z "jakiś koleś" na "Przystojniak" :P. Coś się już kroiło, ale nikt jeszcze nie wiedział co. Pojechaliśmy jako paczka kumpli a wróciliśmy wcześniejszym pociągiem jako para. Może jeszcze nie do końca określona, zdeklarowana i w ogóle, bo oboje chyba trochę obawialiśmy się wielkich słów, ale na tyle "para", że poszliśmy jeszcze razem do kina  (leciała Misja, więc było jeszcze o czym gadać długo po filmie; a historię ojca Gabriela i Rodrigo Mendozy pamiętamy chyba do dziś) i... umówiliśmy się na kolejne spotkanie. W międzyczasie jeszcze była ławka przy pomniku Chopina, zbieranie całego prawie plecaka kasztanów, huśtawka, kolorowe liście, bułka i śmietana z pobliskiego spożywczaka  na śniadanie, a to wszystko dlatego, że jedyny pociąg, który mógł wtedy zawieść nas do Warszawy zrobił to, ale o trzeciej nad ranem. Impreza zaczynała się koło 9.00, więc poszliśmy na poranny spacer. Reszta ekipy została na dworcu, bo im się nie chciało iść. Jak dobrze, że nam się chciało!
Do dzisiaj widok strącanych przez wiatr, spadających i odbijających się jak piłeczki kasztanów kojarzy mi się nieodmiennie z tamtym dniem. 
Nie ma najmniejszych szans na to, by opisać co wydarzyło się przez te 30 lat. Nie zmieściłoby się w internetach :), ale... umówiliśmy się jeszcze kilka razy, potem jeszcze kilka, i znów, nauczyliśmy się rozmawiać i nie bać słów; ani wielkich, ani małych, podjęliśmy decyzję i zostaliśmy małżeństwem, urodziły się nasze dzieci (jedno nawet dokładnie 10 października), dorosły, wyprowadziły się, jedno nawet się ożeniło... 
Siedzimy sobie dzisiaj jeszcze chwilę, bo przecież MUSIMY iść zaraz do kina :), i dziękujemy Bogu za tamtą jesień, tamtą huśtawkę, tamte kasztany, za październik. Było ich jeszcze bardzo wiele w naszym życiu, ale to właśnie wtedy rozpoczęła się Nasza Historia.



sobota, 30 września 2017

Znów na trasie, tym razem z mapą :)

Takie widoki były dziś na Jurze :)
Dokładnie tydzień temu ożenił się nasz Syn. Pisaliśmy o tym dość dużo, może jeszcze do tematu wrócimy, ale On się ożenił, i to tydzień temu, a życie toczy się dalej. Jedną z rad, którą dajemy innym rodzicom w podobnej życiowej sytuacji jest zająć się sobą :), więc sami z niej skorzystaliśmy i jak tylko okazało się, że A) mamy wolny dzień i B) jest ładna pogoda, postanowiliśmy pojechać na małą wycieczkę. Jak postanowiliśmy, tak zrobiliśmy i ... już w południe byliśmy na szlaku. Od jakiegoś czasu odkrywamy na nowo Jurę Krakowsko-Częstochowską. Piękne miejsce, ale kiedyś, kilka lat już temu strasznie się tu gdzieś pogubiliśmy. Staramy się zawsze wędrować z mapą, bo nigdy nic nie wiadomo i z oznaczeniami szlaków bywa różnie, ale przecież co to dla nas taka sobie Jura. No i... pogubiliśmy się. Ostatecznie się znaleźliśmy i dzięki temu możemy o tym opowiadać, ale staramy się już brać mapę, albo chociaż jakąś małą mapkę ze sobą. Taaaak... Staramy się. Bardzo się staramy... Ale kilka razy jednak nie wzięliśmy i chociaż kilka z tych kilku obyło się kompletnie bez przygód, to inne kilka jednak zapamiętamy. Jeden raz to błądzenie po Padwie.Tak, bez mapy... A inny to całkiem niedawno w... Ustroniu. Oj, no zapomnieliśmy mapy. Ale kto się kiedykolwiek zgubił w Ustroniu??? Da się w ogóle? 
Tu gdzieś był ten szlak. Pamiętam, jakoś tak po prawej. Dobra, idziemy... Ty, jakoś tak dziwnie zarosło tu. To chyba dalej gdzieś było. O rany, to za tą drugą górką! 
Ostatecznie również wszystko dobrze się skończyło, bo rzeczywiście raczej trudno zgubić się w Ustroniu, kiedy idzie się na Równicę, ale jednak nadrobiliśmy sporo drogi i zamiast lasem dość długi kawałek szliśmy ulicą mijani przez kolejnych zmotoryzowanych zdobywców gór. Jednej góry. Równicy, ale jednak.
No więc wniosek jest taki, że chociaż te wszystkie motywujące memy typu: 
W życiu ważna jest sama droga. Cel jest jedynie aby mieć motywację, albo 
Nieważne jaki jest cel twojej podróży, ważne czego się w niej nauczysz
są naprawdę fajne i aż miło się robi, kiedy je czytamy, to jednak jeszcze fajniej jest jednak iść GDZIEŚ. 
I mieć mapę. Najlepiej dobrą.
I do tego celu trafić. 
A to cel, do którego udało się nam dotrzeć w Ustroniu :)
Warto było!

czwartek, 14 września 2017

Ratunku, mój Syn się żeni!!! - okiem ojca


Kilka dni temu, jadąc samochodem, jak zwykle słuchałem radia, a że było to w okolicy 1 września, co chwilę powtarzał się w dłuższych lub krótszych reportażach temat pierwszoklasistów i rozpoczęcia nowego roku szkolnego. Wypowiadali się dziennikarze, psycholodzy, a także sami rodzice. O dziwo! nikt nie pytał o zdanie samych uczniów. W jednym z dłuższych reportaży starano się odpowiedzieć na poważny problem - jak przygotować dziecko, a i rodzica do nowej sytuacji, roli ucznia i oczywiście roli rodzica ucznia. Ważną różnicą, którą podkreślił jeden z psychologów jest inne podejście mam i ojców. Jeden z redaktorów zażartował w studiu, że ojcom jest łatwiej bo mniej przeżywają takie rozstanie z dzieckiem. Przytoczył przy tym przykład ze swojego własnego życia: sam był uczestnikiem spotkania rodziców w przyszłej szkole swojego dziecka. Nauczycielka zaproponowała, że najlepiej by na rozpoczęcie roku szkolnego przyprowadził dziecko zamiast mamy ktoś mniej związany z nim uczuciowo, na przykład ojciec. Niby śmieszne, prawda? A jednak taki stereotyp rzeczywiście krąży wokół relacji ojciec – dzieci. Czy jednak tak jest naprawdę? Jako ojciec uważam że nie, ja sam, a i wielu innych ojców, jest związanych ze swoimi dziećmi bardzo mocno. Inaczej niż ich matki, oczywiście, ale inaczej nie znaczy mniej! Są ojcami, a nie matkami i dlatego w inny sposób przeżywają takie chwile; zazwyczaj dają dzieciom nieco większy kredyt zaufania, trochę więcej wolności, puszczając ich w wir szkolnych czy jakichkolwiek innych obowiązków. Ojcowie częściej przyglądają się, kibicują, dając więcej niż matki swobody a interweniują dopiero wtedy kiedy jest to konieczne. Patrząc z zewnątrz czasami rzeczywiście można mieć wrażenie, że ojcowie są emocjonalnie mniej związani niż mocno przeżywające mamy. Ale rodzaj emocjonalności, sposób przeżywania niekoniecznie przekłada się na siłę uczucia. 
Ta różnica naprawdę nie oznacza, że Ojcowie są bez uczuć i nie przejmują się tym co dzieje się z ich dziećmi. Myślę, że to inne podejście dobrze obrazują filmiki udostępniane na portalach społecznościowych,  na których możemy zobaczyć  w jaki sposób spędzają czas wolny dzieci z matkami lub ojcami.

Nasze dzieci dawno już zakończyły edukację. Po ostatniej wywiadówce, ciesząc się że ten etap jest już za nami, zrobiliśmy z żoną małą imprezę. Kolejne etapy życia a w nich różny rodzaj relacji z dzieckiem. Nie tak dawno temu nasze dzieci się rodziły, były maleńkie. Do dziś pamiętam te cudowne chwile i związanie z nimi radości i troski. To było kilka lat totalnego kształtowania tych małych istot. Wtedy byłem dla nich największym autorytetem. Któregoś dnia, kiedy Babcia powiedziała, że jest starsza niż Tata, Marek, może wówczas czteroletni, mocno oburzony powiedział, że "Tata jest największy, najmądrzejszy, najsilniejszy i najstarszy a nie Ty, Babciu!!!" Trwało to mniej więcej do czasu, kiedy dzieci poszły do przedszkola. Wtedy trzeba się było przyzwyczaić do tego, że przez kilka godzin dziennie ktoś inny będzie miał wpływ na nasze dzieci. Pamiętam do dziś jak bardzo byłem dumny, że tak dobrze radzą sobie w tej nowej sytuacji. Efektem ubocznym było to, że dzieci zauważały powoli, że Tata nie wie jednak wszystkiego i są dziedziny, w których ktoś, a konkretnie Pani, wie więcej.  W końcu przyszedł i czas, w którym syn przyniósł plastikowy dokument i powiedział, że od dziś może głosować w wyborach. Wiedziałem wtedy, że moja rola zaczyna się zmieniać. On naprawdę wszedł już w etap, w którym może, i nawet powinien, podejmować swoje dorosłe wybory. Moja rola w jego życiu przez te lata bardzo się zmieniła. Przeszedłem w jego oczach drogę od wszechwiedzącego Ojca do kogoś czyja opinia się liczy, należy brać ją pod uwagę, ale nie jest już jedynym autorytetem.
Pierwszą poważną decyzją było zdobycie, już za własne zarobione pieniądze kolejnego plastikowego dokumentu - prawa jazdy, i wkrótce kupno pierwszego samochodu. I jazda pociągiem do Koszalina, i samodzielny powrót "nowym autem" do domu. Z jednej strony byłem dumny a z drugiej strony towarzyszył mi przeogromny strach - czy da sobie radę w tym nowym, dorosłym życiu?
Dziękuję Bogu, że kiedyś kiedy jeszcze byłem ojcem małych dzieci uczestniczyłem w pewnych wykładach na temat wychowywania dzieci. Pamiętam jakby to było dziś. Wykładowca mówił, że dzieci są własnością Boga daną nam jako dar, po to abyśmy je przygotowali do dorosłego, samodzielnego życia.  Naszą odpowiedzialnością jest abyśmy przygotowali je do tego dobrze. 
Kiedy wróciłem z tych wykładów do domu, usiadłem do wspólnej kolacji, patrzyłem na te dwie małe istoty i zastanawiałem się jak to będzie, czy dam radę, czy uda mi się być dobrym ojcem. Na szczęście na wykładach otrzymałem jeszcze jedną drogocenną radę - ciesz się i dbaj o relację z dziećmi każdego dnia, bo one kiedyś wyjdą z domu. I to będzie szybko.
Pewnie robiłem to lepiej lub gorzej, ale zawsze starałem się dawać dzieciom z jednej strony dobrą opiekę ale z drugiej przestrzeń do samodzielnych decyzji. I rzeczywiście starałem się cieszyć każdą dobrą chwilą od wspólnego jedzenia, poprzez fajne spędzanie czasu w domu, zabawy, spacery, po wakacyjne wyjazdy.
Z tą wiedzą i z dużym już rodzicielskim doświadczeniem w miarę spokojnie zamykałem drzwi  kiedy dzieci opuszczały nasz dom na stałe. Oczywiście zawsze mają tu swoje miejsce, ale stale mieszkają już gdzie indziej. Znowu trzeba było znaleźć się w nowej roli. Patrzeć już naprawdę z daleka i liczyć na to, że dadzą sobie radę, a jak trzeba będzie - przyjdą po radę, czy pomoc.
Dziś na tydzień przed ślubem Kasi i Marka, ich nowego etapu w życiu, kolejny raz mierzę się  ze zmianą roli w moim życiu. Jak to będzie? Jestem dumny z dorosłości syna i z jego dobrych wyborów. Przed nimi całe wspaniałe życie. Wierzę i ufam na przykładzie tego co mogłem obserwować w jego życiu, że Marek dobrze znajdzie się w nowej roli męża a mam nadzieję, że później i ojca.

A ja... cóż, nowa rola, nowe wyzwania. Będę teściem.

piątek, 8 września 2017

Ratunku - mój Syn się żeni!!! 3

No to zostały jeszcze dwa tygodnie. Niecałe. Możliwe, że jest to u mnie jakiś rodzaj obsesji, ale niby o czym ma myśleć mama dwa tygodnie przed ślubem syna. No o czym?
No więc myślę o tym ślubie, wyzwaniach jakie czekają tuż za rogiem, o mojej nowej roli, o zmianie w naszym - rodziców życiu, o samej imprezie - jak poustalać wszystko w możliwie mądry sposób, tak aby wszyscy byli zadowoleni, o miejscu, gdzie Młodzi będą mieszkać, o dalszych studiach, o pracy, o różnicach między nimi, o... nawet o tym czy krawcowa zdąży z sukienką. No głowa mała!
Ale gdzieś w tym wszystkim jest też dużo wspomnień, myśli o tym co było i dobrych, spokojnych myśli o tym, co będzie. I przypomniały mi się chwile kiedy mój Syn był naprawdę maleńką, zależną od nas istotą. Jak wiele wydarzyło się od tamtego czasu. Tak wiele, że zajęło bez mała 25 lat. Wiele musiał się nauczyć, i zrobił to. Ale też my, jako rodzice nauczyliśmy się bardzo wiele. Przede wszystkim chyba tego, że nasze dziecko jest nam tylko niejako wypożyczone. A raczej powierzone. Ktoś zaufał nam w tej sprawie. 
Jasne, że oczekujemy ze strony naszych dzieci miłości, szacunku, ale już taki czas, w którym oczekujemy posłuszeństwa minął bezpowrotnie.

Chyba najlepszą radą, jakiej ktoś kiedykolwiek udzielił nam w tej sprawie była ta właśnie rada - pamiętaj, że dziecko nie jest i nie powinno być twoją własnością. Jest ci powierzone i masz przygotować je do samodzielnego życia. Tak. Samodzielnego. To oznacza, że kiedy odniesiesz sukces, Twoje dziecko od Ciebie odejdzie. Jego pozostanie oznacza twoją porażkę. Nie odejdzie w sensie, że nigdy go więcej nie zobaczysz, choć w historii i tak bywało, ale w takim sensie, że masz nauczyć je żyć swoim własnym życiem. Na swoich własnych warunkach. Będzie podejmowało swoje własne, samodzielne decyzje, na które nie będziesz mieć wpływu. To znaczy, że możesz mu doradzić, jak zapyta, ale nie będziesz już tych decyzji podejmować. Ani wprost, ani, tym bardziej "naokoło"...
Pamiętam obraz, a raczej kilka śmiesznych, schematycznych obrazków, na których wiele, wiele lat temu ktoś mi to tłumaczył i widzę dzisiaj, że dokładnie tak właśnie było. 
Kiedy dziecko jest małe przenosimy je przez ulicę, przewozimy je w wózku albo dosłownie przenosimy. Nikt nie wpada na to, żeby oczekiwać od niemowlaka samodzielnego przemieszczania się. Jesteśmy mu do tego, i do wielu innych rzeczy niezbędnie potrzebni. Ale przychodzi czas, że nasze dziecko przechodzi przez ulicę samo. Na początek na własnych nogach, czy może raczej nóżkach, trzymane za rączkę. I jesteśmy dumni, że przechodzimy z naszym własnym dzieckiem przez ulicę. A nasze dziecko opowiada o tym babci. Mija kilka miesięcy, może lat, i uczymy je przechodzić samo. To niebezpieczny moment. Uważaj! Przechodź tylko na pasach! I na zielonym świetle! Patrz uważnie czy nie jedzie samochód! Każdy rodzic modli się i drży, kiedy dziecko zaczyna chodzić samo. Sprawdzamy czy na pewno doszło. Chcielibyśmy zapewnić mu stuprocentowe bezpieczeństwo, ale musi nauczyć się chodzić samo. No musi, bo jak inaczej? Więc drżąc uczymy, tłumaczymy. I modlimy się gorąco, aby Dobry Bóg zadbał o nie tam, gdzie my już nie możemy, żeby "miał na nie oko", kiedy naszego spojrzenia już nie wystarcza. 
Niedługo później przychodzi czas na "chcę jeździć do szkoły na rowerze". 
COOOOO????
Ponad 8 kilometrów przez centrum Wrocławia?????!!!!!!!!!
Długie rozmowy mamy z tatą, długie rozmowy z nieletnim fascynatem rowerowych sportów. W końcu decyzja: - OK, możesz, ale tylko w kasku i prostą drogą.
- Co? Jak to w kasku?! Nikt nie jeździ w kasku! Jestem już duży! To jest szantaż!!!
- Hmmm... Tak. To jest szantaż. Albo w kasku, albo tramwajem.
I pojechał. W kasku. I jeździł. I, mimo wielkich obaw, nic się nie stało. No... niezupełnie...
Raczej nie da się zapomnieć telefonu z policji, że dziecko miało wypadek, że jest wszystko w porządku, ale zostało przewiezione na obserwację do szpitala i trzeba odebrać rower...
Kask raczej się przydał.
Tutaj zdania są podzielone do tej pory, chociaż minęło wiele lat od tego czasu. Syn nadal twierdzi, że przecież nic się nie stało. Rower jest super!
A my... mamy kilka siwych włosów więcej. I wspominamy jak usiłowaliśmy go nauczyć jeżdżenia na małym, trzykołowym rowerku i raczej średnio nam szło.
Aby nie opowiadać tutaj dwudziestu pięciu lat życia, wspomnę tylko, że teraz Nasz Syn jest całkiem odpowiedzialnym kierowcą, który wozi innych ludzi samochodem, jeździ motorem, bierze udział zawodach kurierów rowerowych. Sam podejmuje decyzje. Nie pyta czy może teraz przejść, przejechać. Nawet tego nie widzimy. Jest samodzielny. Dorosły. A my uczymy się mu ufać i ...dalej się modlimy :).
I podobnie jest w życiu. Za chwilę podejmie chyba najważniejszą decyzję, jaką w swoim życiu człowiek podejmuje - weźmie ślub z kimś, kogo wybrał i pokochał. I zacznie zupełnie nowy etap swojego życia. Będzie podejmował zupełnie nowe decyzje, odpowiedzialności. I będzie nas pytał o radę, lub nie. A my musimy dać Mu, i Jego Żonie też, przestrzeń do Ich własnego życia, do Ich własnych rozwiązań, ale też porażek i błędów. Czy to nie jest niebezpieczne? Przecież Oni są młodzi, nie wiedzą, nie rozumieją, nie mają doświadczenia! Ależ oczywiście, że jest niebezpieczne. Śmiertelnie! Jak całe życie. Ale Oni, tak jak my, musza przeżyć je osobiście. Nie możemy ich przez nie przenieść. I nawet nie powinniśmy. Więc drżąc, przyglądamy się, radzimy, kiedy o rady pytają, milczymy, kiedy robią coś tak jak my byśmy nie postąpili. Kiedy naprawdę wydaje się nam, że błądzą, staramy się mądrze i delikatnie zwracać uwagę, pamiętając, że błądzić też muszą. I modlimy się gorąco, aby Dobry Bóg zadbał o Nich tam, gdzie my już nie możemy, żeby "miał na nich oko", kiedy naszego spojrzenia już nie wystarcza. 

Poniżej są dwa linki do filmików, które bardzo mnie w tym temacie inspirują :)



piątek, 1 września 2017

Nigdy się nie poddawaj :)

Jak niektórym wiadomo - u nas remont. Tak przy okazji przygotowań do ślubu Syna i początku nowego roku szkolno-wykładowego. I boreliozy. I w ogóle.
Czas i relacje, jak to podczas remontu, dość napięte. I kiedy już wydaje się, że wychodzimy na prostą, że ogarnęliśmy większość spraw i zostało jeszcze tylko trochę posprzątać, odebrać przesyłkę i wyszlifować wykład na jutro (o 6:00 rano startujemy do Żyrardowa:), okazuje się, że przesyłkę może odebrać tylko konkretnie ta osoba, do której jest wysłana. Tak, odbiór w kiosku "Ruch" jest określony takimi właśnie przepisami, ale to okazało się dopiero jak już tam byłam. Dobra. Udało się. Janusz poszedł i załatwił. To dobrze, bo inaczej przesyłka czekałaby do poniedziałku a były tam moje żywe roślinki do akwarium (tak, mam akwarium - tu można przeczytać jak do tego doszło). Dalej było wyzwanie pt. "kup pietruszkę" - w sklepie nie było. A! Jednak jest. Czyli sukces.
Obiad wyszedł trochę przesolony i tej pietruszki było jednak trochę za dużo. Ale trudno. Najlepsze przed nami. Trzeba pozmywać po obiedzie i zabrać się za porządki. Wyciąganie z szafy poszło gładko, ale teraz trzeba to powkładać z sensem, bo nie będę przecież za dwa tygodnie robiła znów porządków. No więc myję naczynia a tu nagle trzask, bum!!! Łup!!!
Otóż spadła nasza szafka na talerze. Na szczęście nie całkiem, bo oparła się na półce niżej, ale... Trochę się rozleciała, trochę ukruszyła i... nic więcej. Za to powyjmowanie wszystkiego, zdjęcie szafki do końca, zaklejenie dziury zajęło nam...popołudnie. I wiemy już co będziemy robić w poniedziałek.
Żeby nie było - szafka wisiała porządnie, na czterech śrubach rozporowych. Od poniedziałku będzie to podwieszenie pancerne.
Nadal się nie poddajemy :)



czwartek, 24 sierpnia 2017

Zawsze chciałam mieć w kuchni drzewo...

Planowaliśmy już dość dawno, ale wreszcie stało się i zaczęliśmy remont. Trochę zabawy przy tym jest, ale jest i satysfakcja. No... może raczej będzie. Ale trochę już jest, bo po prawie trzech latach myślenia o tym, planowania i szukania "know how", posadzić w kuchni drzewo. Jest to drzewo gipsowe i raczej płaskie, bo na ścianie, ale jednak. Udało się. I tutaj sedno - kilka osób pytało czy mi się chce w takie rzeczy bawić. No chce mi się. Nie żebym lubiła się męczyć, sama robota jako taka specjalnego szału nie daje, ale robienie czegoś nowego, ciekawego jest po prostu fascynujące. Kosztuje trochę czasu i wysiłku (i kilku godzin spędzonych na Pintereście :P), ale warto.  I tak sobie myślę - żeby tylko nie przestało mi się chcieć!
I to by było na tyle, bo trzeba to drzewo jeszcze pomalować.
Tutaj kilka zdjęć z procesu "sadzenia" drzewa :)




czwartek, 17 sierpnia 2017

Test na synową - czyli Ratunku!!! Mój Syn się żeni /2

Jak już wiadomo, mój Syn się żeni. Można wysnuć z tego dość prosty wniosek - będę teściową. I to niedługo. Generalnie wiedziałam to mniej więcej od czasu, kiedy mój Syn był bardzo, bardzo malutki. Przyznaję, że myślałam czasem przytulając niecałe 3 kilo Malucha jakie będzie jego życie, w tym - kogo wybierze sobie na towarzyszkę życia. I nawet te chwile pamiętam.
A tu nagle (no więc, jak już ustalono, wcale nie tak nagle) teraz. Bum! Trochę ponad 30 dni i stanie się. Zyskam zupełnie nową rolę w życiu, i to rolę, która ma raczej złą prasę. Hmmm....
Najczęściej zadawane mi ostatnio pytanie to "jaka Ona jest?"
Odpowiadam: - jest pogodna, wrażliwa, uprzejma, inteligentna, delikatna, śliczna i zakochana w moim synu po uszy. A czego niby miałam się spodziewać po moim osobistym Synu? Wybrał najlepiej i w tej kwestii mam do niego zaufanie. I to jest odpowiedź na pytanie o test na dobrą synową - zaufaj swojemu Synowi. Inna rzecz, że w tej kwestii zdecydowanie większe konsekwencje wyboru będzie ponosił On sam. I, o ile dobrze pamiętam, sama decydowałam w tej sprawie w moim życiu, podobnie On też musi sam tego wyboru dokonać. Jest dorosłym mężczyzną.
Ale sprawa tak całkiem prosta przecież nie jest. Z jakiegoś powodu mamy miliony kawałów o teściowej i synowej. Sprawa jest dość prosta. Wystarczająco. We dwie kochamy tego samego faceta.... Na dodatek Ona widzi w Nim zdecydowanie bardziej mężczyznę, podczas gdy dla mnie jest w Nim ciągle ten mały chłopiec, któremu opatrywałam kolanka...
I jemu obraz w Jej oczach podoba się bardziej.
I trudno się dziwić.
I to trochę boli - kiedy wybiera Jej zdanie, kiedy wybiera czas z Nią...
Nie powiem, że nie, jak tak.
Definitywnie kończy się etap życia, jaki trwał do tej pory.
Przygodo, przybywaj!!!