czwartek, 20 czerwca 2019

100 lat! czyli nasze setne, wspólne urodziny


Znajdź różnice na powyższych zdjęciach. Kilka jest. Torcik na dole jest śliczny i różowy a ten górny trochę krzywy (dobra, bardzo krzywy, ale w ten upał i tak dobrze się trzymał), słodki, ale nie za bardzo, własnoręcznie zrobiony i ... zjedzony z przyjaciółmi z okazji naszych 100 lat. I trochę o tym dzisiaj. Wczoraj jak wiadomo skończyliśmy razem 100 lat. Zauważyła ten fakt jakiś czas temu nasza Nieoceniona Synowa - "O rany, to macie w tym roku razem 100 lat! Ale numer! " - tak to jest, jak się studiuje matematykę.
Jak już się okazało, policzyliśmy dokładnie i tak. To było wczoraj. Taka okazja nie może się przecież zmarnować! Zaprosiliśmy więc najbliższych (też w sensie geograficznym) przyjaciół i zrobiliśmy imprezę. Była bardzo udana i jesteśmy naprawdę wdzięczni Im wszystkim. Przyjaźń jest wspaniała.
Są w niej różne chwile, ale są i takie jak wczorajszy wieczór, kiedy świętowaliśmy razem fajną, choć nieoczywistą rocznicę.
Taka rocznica może i nie jest oczywista, ale w oczywisty sposób zachęca do refleksji nad przemijaniem i wspólnym życiem. Jeśli pozostać przy dodawaniu lat, to spędziliśmy razem już 64, z czego 58 jako małżeństwo, a to już poważne wyniki :)
I tak sobie myśleliśmy, że jedną z najlepszych rzeczy, które towarzyszą wiekowi już nie najmłodszemu jest "posiadanie" perspektywy lat. takiej perspektywy "do tyłu". Możemy z tej właśnie perspektywy zobaczyć, że to, co było trudne, wydawało się wręcz niemożliwe, jednak się wydarzało.
Możemy przypominać sobie wspaniałe, cudowne chwile, które zapierały cech w piersiach i sprawiały, że na nowo się w sobie zakochiwaliśmy i te gorsze, te, przez które to ponowne zakochiwanie w ogóle było potrzebne, bo coś gdzieś nam umknęło, coś zaniedbaliśmy, o czymś przestaliśmy pamiętać. A bywało i tak, że zastanawialiśmy się jak my w ogóle przetrwamy. I okazuje się, że dajemy radę. Że dopiero ze szczytu (tak, to szczyt pośredni, długa droga jeszcze przed nami), widać dlaczego musieliśmy iść drogą, która prowadziła nas przez ciemne doliny. Nie zawsze bywało różowo. A i kiedy było, rzadko wyglądało jak na obrazku. Chyba że tym górnym. Pozostaje jeszcze sprawa tego, kto robi zdjęcie i na co zwraca uwagę.
Podobnie jak na powyższym obrazku i tortach, w całym życiu łatwo jest dać się nabrać. Chyba zwłaszcza w dzisiejszym świecie. Jest przecież bardzo prawdopodobne, że pobrany za free, stockowy obrazek przedstawia tort zrobiony z gipsu i pomalowany jakimś chińskim lakierem, który bynajmniej nie służy do jedzenia. Ten u góry wygląda zdecydowanie mniej... no pod każdym względem mniej. :)
Może i nie ma czym się chwalić na Fb czy innych społecznościowych stronach. A jednak był (bo już go nie ma) PRAWDZIWY i pyszny. I porównując tego rodzaju obrazki widać dość wyraźnie, że to jak chcemy by było i to co często pokazujemy na zewnątrz, czasem mocno się różni od tego, jak się sprawy mają.
Żyjemy w świecie, w którym doskonałość (czasem prawdziwa, częściej nie) dosłownie nas atakuje. Wczoraj na przykład dominowały w wirtualnym świecie świadectwa z czerwonym paskiem, achy i ochy oraz wpisy typu "nie miałam nigdy świadectwa z czerwonym paskiem, ale za to teraz jestem najlepsza" - a ja ani nigdy nie miałam takiego świadectwa, ani i teraz nie jestem najlepsza. I co?
I jak wygląda mój urodzinowy torcik na (teraz dopiero na zdjęciu widzę) nieco przygniecionym obrusiku w kwiatki?
No więc z okazji naszych 100 wspólnych wspaniałych lat chciałam napisać żebyśmy nie dali się zwariować. Pamiętacie bajkę o Małym Księciu? "Dobrze widzi się tylko sercem. Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu" - to jest prawda i w dzisiejszym ciągle-patrzącym-i-porównującym świecie.


środa, 12 czerwca 2019

Powrót z wakacji

No i wróciliśmy. Jeszcze nie wszystko rozpakowane, dwa razy "poszła pralka", pierwsze zakupy do pustej lodówki zrobione, kwiatki podlewane przez dzieci pod naszą nieobecność przeżyły z niewielkimi jedynie stratami. Dość zabawne, że dopiero po powrocie z Włoch oświadczamy upałów; w ogóle dość dziwne, że wróciliśmy, a tu całe lato dopiero przed nami. Do tej pory zwykle, jeśli gdzieś jechaliśmy, to na koniec sierpnia i początek września. Podobno zmiany pomagają się nie starzeć. To się nie starzejemy i już.
Po trzech "odcinkach" Naszych Włoskich Wakacji na blogu, przestaliśmy pisać relację. Strasznie dużo się działo każdego dnia i po prostu byliśmy zbyt zmęczeni wypoczywaniem w naszym dość szalonym stylu :)
Jak wiadomo nie jest to blog turystyczny, podróżniczy, czy nawet osobisty a blog o relacjach, więc tym bardziej sobie odpuściliśmy i zajęliśmy się właśnie budowaniem relacji. Pomogła nam w tym nieco pewna profetyczna kafelka na podłodze w kościele w Genui :)
Opanowaliśmy już wiele rzeczy niemal do perfekcji, ale male słówko "niemal" czasem dawało się we znaki i chociaż codzienne znalezienie miejsca na nocleg i przepakowywanie auta odbywało się w zasadzie zupełnie bezkonfliktowo, to jednak kilka drobnych nieporozumień i jedno nieco większe zaliczyliśmy. 
Przy okazji kolejny raz okazało się, że przynajmniej z nami często jest tak, że największy problem jest wtedy, kiedy chcemy "za dobrze". A było tak.
Wieczór, daleko od domu, ale już kierunek Polska. Na Nizinie Padańskiej, którą musieliśmy przejechać raczej trudno o nocleg, robiło się coraz później i później, byliśmy już oboje zmęczeni a przed nami perspektywa długiej jazdy do domu. Znalazłam na apce z parkingami fajne miejsce i postanowiliśmy tam pojechać. Było jakieś 25 km od naszej trasy, ale kierunek nie był najgorszy. Już dojeżdżając do Colli Euganei, przejrzałam jeszcze raz mapę i... miałam już swój pomysł. GPS prowadził nas jednak inaczej. Poprosiłam więc, żebyśmy zjechali tu, zaraz przy tym zakręcie, i tu, i tu... i w rezultacie zaczęliśmy trochę krążyć. No ale przecież szkoda jechać 25 km, gdy można tylko 10, nie? No to przejechaliśmy trochę ponad 30... Fakt, było przepięknie - chyba nie natknęliśmy się na tutejsze wulkaniczne wzgórza ani Arqua Petrarca (tak, ten Petrarka) w żadnym przewodniku, a szkoda. Z drugiej strony we Włoszech gdzie się nie rozejrzeć jest pięknie. No dobra..., czasem dopiero za rogiem. Może kiedyś tu jeszcze wrócimy, zwłaszcza, że Arqua Petrarca to podobno jedno z najpiękniejszych średniowiecznych miast Włoch. No i Petrarka...
Wracając do naszej przydługiej wycieczki - u nas działa to dość często w ten sam sposób. Jedno z nas (albo oboje) chce "za dobrze" i tak poprawiamy to, co jest zupełnie w porządku, że aż sami prosimy się o kłopoty. Na szczęście tym razem kłopoty okazały się zupełni niegroźne i w sumie urocze, ale...

Noc udało się przespać w bardzo fajnym miejscu w Teolo według pierwotnego planu, kolejny dzień rozpoczęliśmy od włoskiej kawy i wróciliśmy do domu.
Jak ja uwielbiam wracać! 
Kilka osób, którym meldowaliśmy już o naszym powrocie pisało oj, współczuję, przykro mi bardzo, itd. I nie wiem jak zareagować bo ja serio lubię wracać z wakacji do domu. Pewnie ma to jakiś związek ze sposobem wypoczywania - po dwóch tygodniach w samochodzie powrót do spania w łóżku, do własnej łazienki, kuchni, możliwości posiedzenia w fotelu jest czasem doceniania tego, co mamy i nawet powrót do obowiązków tego nie zaćmiewa. No i mamy kolejny plus intensywnych wakacji :)




poniedziałek, 3 czerwca 2019

Nasze włoskie wakacje 3


Minęła połowa naszych wakacji. Jutro Portofino. Głowy pełne wrażeń a nogi kilometrów. W ostatnich dniach zwiedziliśmy Mantuę - to tutaj udał się wygnany z Werony Romeo, nie dotarła do niego wiadomość i wszystko się skomplikowalo. 
Miasto zupełnie od Werony inne, imponujące, fantastyczne kościoły, zamek i migdałowe ciasto. Trochę się pogubiliśmy i spędziliśmy w Mantui nieco więcej czasu niż było w planach, ale co tam plany. Warto było.
Kolejne przygody to już Liguria. San Stefano d'Aveto i góry. Absolutnie fantastyczny szlak. Prawda jest taka, że trochę podjechaliśmy kolejką ale przecież są wakacje 🙂. Monte Bue i Monte Maggiorasca z fantastyczną panoramą z morzem na horyzoncie - to lubimy.
Kolejna była Genua - ależ miasto! Z okazji Święta Republiki otwarte były genueńskie pałace. Zawrót głowy to mało powiedziane. Jeszcze jednak większe wrażenie zrobiły na nas genueńskie kościoły. Już duomo w Mantui było niesamowitym przeżyciem, ale tutaj... Nie da się opowiedzieć słowami ogromu, rozmachu, bogactwa i piękna tych budynków. A jednak wzbudziły w nas raczej mieszane uczucia. Bez wątpienia człowiek wchodzący do takiej świątyni mógł poczuć wielkość i majestat Boga. Bez wątpienia to Bóg właśnie obdarzył niezwykłym talentem architektów, rzeźbiarzy, malarzy i zbudowanie takiego kościoła jest jakąś formą oddania Bogu chwały. Ufundowanie go, czyli wydanie na niego naprawdę sporych pieniędzy też wygląda zacnie. A jednak, paradoksalnie, o ileż trudniej "zbudować Bogu" imponującą świątynię z własnego, oddanego Mu życia...
W Genui mieliśmy jeszcze jedną przygodę. Z racji Święta był otwarty dla zwiedzających Palazzo de Gaetani czyli budynek Banco d' Italia. Ponieważ nie umiemy po włosku jeden z przewodników postanowił osobiście odprowadzić nas po... sejfie. Podobało nam się bardzo.
Ostatnia atrakcją dnia były serpentyny prowadzące na wzgórze Parco Muro. Czyste szaleństwo. Do tej pory nic nie wiedziałam o serpentynach.
Dzisiaj miał być trochę luźniejszy dzień. Był cmentarz Sagliani - ogromna galeria posągów, lody i plaża - udało się nam znaleźć kawałek kamienia i zejście do wody w Nervi, które to miasteczko, a raczej dzielnica Genui, okazało się nieco rozczarowujące, choć urocze. Chyba jesteśmy już nieco rozpuszczeni Włochami :) 









piątek, 31 maja 2019

Nasze włoskie wakacje 2 - Wenecja


Dwa dni w pochmurnej i deszczowej Wenecji. To miasto zawsze jest niesamowite. Pewnie trochę inaczej jest wśród tłumów turystów latem, ale teraz było ich jedynie bardzo wielu. Pierwszego dnia snuliśmy się uliczkami w zasadzie cały dzień. Dopiero sporo po południu mogliśmy powiedzieć "o, tutaj byliśmy trzy lata temu". Jedną z rzeczy, które nas zadziwiają w Wenecji jest jej ogrom. Samych mostów jest w niej podobno ponad 400! Uliczki, płace, kościoły, hotele, pałace wszystko to na drewnianych palach wbitych głęboko w piaszczyste wyspy laguny. Niesamowity przyklad tego, co ludzie potrafią. Fantastyczne, bajecznie bogate domy, pałace i kościoły a zaraz obok wąziutkie uliczki i domy z malutkimi oknami wychodzącymi na ścianę sąsiedniego budynku. Historia siły, sukcesu, bogactwa, uporu i ciężkiej pracy, ubóstwa, epidemii, rozpaczy skupiona jak w szle powiększającym w jednym mieście. Milion myśli..
Drugi dzień to  panorama Wenecji z tarasu widokowego Fondaco dei Tedeschi i  vaporetto czyli weneckie łódki-tramwaje i wyspy. Wenecka Laguna to 118 wysp i wysepek, ale byliśmy tylko na kilku z nich. Lido - pierwsza okazała się najbardziej zwykła, chociaż piaszczysta plaża z mnóstwem muszli i krótki jak się potem okazało, przeblysk słońca pozwoliły nam poczuć się jak na letnich wakacjach 🙂.
Burano - przeurocze miejsce pełne kolorowych domków i fantastycznych delikatnych koronek. Znów dość refleksyjnie. Podobno domki były kiedyś tak kolorowe aby marynarze bez problemu trafili do swojego po powrocie z rejsu..
Dzień bardzo szybko się nam zaczął kończyć, więc pojechaliśmy jeszcze na Murano. To tutaj produkują do tej pory szkło z Murano. Fantastyczne, rozjarzone sklepy - galerie, ceglane, ciemne domy i kościoły, spokój, cisza zaraz obok głównego turystycznego traktu.
Na koniec dnia wieczór w Wenecji.
Nie ma wyjścia - trzeba tu jeszcze wrócić.











wtorek, 28 maja 2019

Nasze włoskie wakacje 1


Jedziemy sobie a deszcz monotonnie obija się o dach i szyby auta. Chwilę ulgi przynosi już nawet przejazd przez tunel. Ale co tam i tak dobrze się bawimy. Tym bardziej, że jednak kilka krótkich chwil bez deszczu było. Zwiedziliśmy kolejne miasta, podziwialiśmy widoki i wypiliśmy po dwie kawy. Jedne już we Włoszech ale... te w Austrii były trochę lepsze. Serio. No cóż. Może to z powodu deszczu Włosi się pogubili. Mamy nadzieję, że wielokrotnie to naprawią😁.
Jeszcze w Austrii wczoraj zatrzymaliśmy się w miejscowości Melk - ogromne średniowieczne opactwo benedyktyńskie a u jego stóp niewielkie miasteczko. To wszystko nad pięknym modrym Dunajem, który akurat był raczej bury, ale co tam. Cała droga wzdłuż Dunaju była zresztą absolutnie piękna. Potem Gesause National Park. Wprawdzie mokro i mgliście ale być może jeszcze dodawało to górom majestatu. Spanko i rano śniadanie w deszczu. Dalej przez Alpy serpentynami zapierajacymi chwilami dech w piersiach do Murau. W Murau podobno jest świetny browar, ale wypiliśmy tylko kawę, przeszliśmy się wzdłuż rzeki Mur, weszliśmy drewnianymi schodami na zamek, zeszliśmy na dół i napawalismy się pięknem. Po drodze do auta zakupiliśmy kilka dużych worków na parasole, otrzepalismy je na ile się dało z wody i wpakowaliśmy do auta. Jedziemy dalej. W Villach zatrzymaliśmy się jedynie aby stwierdzić, że w zasadzie nie ma po co i dalej przez góry. Każdy kto jechał tą drogą do Włoch musi przyznać, że robią niezapomniane wrażenie. Znów spowite chmurami, wyłaniały się raz po raz zza zakrętów. Zatrzymaliśmy się w Maggio Udinese bo wydawało się tam ładnie i... było znacznie lepiej niż się zapowiadało. Piękne miejsce z ciekawą historią o co zresztą we Włoszech nietrudno.
Dalej leje, więc nadal się nie spieszymy - zwiedzamy miasteczko Palmanova. Samo miasteczko takie sobie, ale mury! To dopiero są mury. Najlepiej pewnie wyglądałyby z lotu ptaka, ale póki co gwiazdę, która tworzą można zobaczyć na planach miasta albo... w internecie. 😁 Pozwiedzaliśmy korzystając z przerwy w deszczu i jedziemy dalej. Możecie nam życzyć szerokiej drogi.







poniedziałek, 27 maja 2019

Wyrwać się z codzienności

Aż jestem ciekawa czy wszystkim powyższy obrazek kojarzy się z codziennymi obowiązkami i w ogóle z codziennością. Nam bardzo. Dość łatwo dajemy się zapędzić albo i zapędzamy się sami w wir codzienności i bywa naprawdę trudno z niego wyskoczyć. Podobnie jak chomik w kołowrotku. Biegnie zużywając mnóstwo energii i w ogóle nie zmienia swojego położenia. I czasem naprawdę jest mu ciężko wyskoczyć - kołowrotek nabiera prędkości, zwierzątko przebiera łapkami coraz szybciej, więc jeszcze przyspiesza i biegnie, i biegnie, i biegnie. I w pewnym momencie zwolnić jest o wiele trudniej niż biec dalej.
To właśnie ostatnio się nam przydarzyło. Piszę ten post w samochodzie, w drodze na wakacje, bo ostatecznie udało się nam wyrwać z naszego kołowrotka.
Kilka dni temu rozmawiałam z Przyjaciółką właśnie o tym wyrywaniu się. Bo trochę rzeczywiście jest tak, że musimy niemal dosłownie się wyrwać z oplątujących nas jak blusz stary dom codziennych spraw, przyzwyczajeń i obowiązków. One potrafią dość mocno trzymać. I chyba czym jesteśmy starsi, tym mocniej trzymają i więcej wysiłku wymaga to wyrywanie się. No cóż, nikt nie obiecywał wiecznej młodości 😁.

Kilka tygodni temu kąpaliśmy się w morzu. Czego to się nie robi dla Przyjaciół, zwłaszcza takich, którzy akurat mają urodziny? Ponieważ trwał jeszcze sezon na morsowanie nieoficjalnie zostaliśmy morsami.
Dlaczego o tym piszę? Dlatego, że to doświadczenie jest trochę podobne do wyrywania się z codzienności, oktorym pisałam powyżej. W zasadzie wszystko wokół naklania człowieka do pozostania w znanym ciepełku. Polarek, kurteczka, kapturek... jaka woda?!! Mokro, zimno, wiatr! Nigdy w życiu!
Ale kiedy się uda, okazuje się, że warto. Jeszcze jak warto!
O rany, ale wam to się chce - czasem słyszymy. To nie tak. Naprawdę często okropnie się nam nie chce. Przejechaliśmy już jakieś 60 km a w głowach mamy nadal zdecydowanie więcej pozostawionych spraw niż radości z wakacji, ale już się wyrwaliśmy. Jedziemy!
I zaczynamy być coraz bardziej ciekawi jak będzie tym razem.

piątek, 24 maja 2019

Rozmawiajmy


Wraca żona do domu z pracy. Mąż wrócił wcześniej i to on dzisiaj przygotowuje obiad.
Żona wchodzi i odbywa się dialog:
- Dzień dobry, wróciłam!
- Dzień dobry, kochanie - odpowiada mąż.
- Co na obiad? - pyta głodna żona.
- Jesteś głodna i zmęczona po pracy, rozumiem - odpowiada mąż.
- Tak, jeść mi się chce okropnie - mówi żona.
- Rozumiem, że potrzebujesz odpoczynku i jedzenia, oraz masz nadzieję na przyjemną resztę dnia - odpowiada cierpliwie mąż, tonem pełnym zrozumienia i wsparcia.
- Hej, co na obiad pytam i czy w ogóle będzie? - pyta coraz bardziej głodna i nieco wytrącona z równowagi żona.
Ale mąż skończył niedawno kurs rozmawiania z żoną, jest także absolwentem wielu innych kursów i doskonale wie, że żona nie przepracowała problemów z dzieciństwa, i ma skoki hormonalne związane z cyklem, a on jest przecież Absolwentem Kursów, więc rozumie i z chęcią będzie odpowiadał na jej potrzeby.
Przytula żonę ze zrozumieniem, patrzy jej głęboko w oczy i mówi:
- doskonale rozumiem Twoje rozdrażnienie i chętnie pomogę ci się z nim uporać.
Żona wychodzi z domu trzaskając drzwiami, a mąż zjada lekko przypalony obiad i nic nie rozumie.
Kurtyna.

Historia nie jest na szczęście prawdziwa, ale niestety inspirowana doświadczeniem. Dość często pojawiają się tu i ówdzie dość podobne (przynajmniej na początku) dialogi , które dostają mnóstwo "lajków", serduszek i komentarzy "XXYZ - to dla ciebie". Oprócz tego, że też chcielibyśmy dostawać lajki i dużo komentarzy, post ten powstał także dlatego, że wrażliwość na potrzeby innych, zrozumienie i dobra rozmowa, to jednak coś trochę innego. Kursy komunikacji i im podobne są oczywiście potrzebne, wrażliwość na potrzeby innych - jak najbardziej. Ale "komunikacja idealna" nie istnieje. Największą chyba sztuką jest korzystać z wiedzy ale też wiedzieć kiedy odpuścić. Dobra komunikacja, to niekoniecznie wytrenowane w sali najlepsze nawet techniki, czy bardzo dobrze skonstruowane zdania. Pomiędzy zrozumieniem, a powiedzeniem "rozumiem cię" może istnieć ogromna przepaść. I kiedy z zapałem neofitów ćwiczymy tylko co poznaną Wiedzę, bywamy (i czasem słusznie) osądzani o sztuczność a nawet manipulację i...kompletny brak zrozumienia. Nawet zakładając najszczersze i najlepsze chęci, kiedy zakładamy "odświętny garnitur komunikacji" (bardzo spodobało mi się to sformułowanie; używa go Friedmann Schultz von Thun w książce "Sztuka rozmawiania") tracimy autentyczność, a z nią szanse na dobrą komunikację. Podobnie jak w życiu, nie zawsze jest czas i miejsce na odświętny garnitur :).
I najlepiej wychodzi jeśli wiedzę przemyślimy, pożyjemy z nią trochę, pomyślimy, pozwolimy by nas zmieniła i będziemy autentyczni.

Tak sobie myślę, że prawdziwe rozumienie drugiego człowieka zaczyna się od przyznania, że jest inny niż ja i dania mu do tego prawa. Jest inny. Myśli trochę inaczej, jego wyobrażenia ukształtowały inne niż moje historie, przeżył co innego, i nawet kiedy przeżywamy teraz coś razem - przezywa to z innego perspektywy. I to "inaczej" w żadnym wypadku nie oznacza "gorzej". Chociaż nie zawsze rozumiem...

PS. Kiedyś pisaliśmy o rozmawianiu. Poniżej linki do kolejnych postów:
Jak gadać, żeby się dogadać 1
Jak gadać...2
Jak gadać...3
Jak gadać...4