czwartek, 5 lipca 2018

Pakujemy się


W najbliższych dniach czeka nas sporo pakowania. Musimy spakować się naraz na Festiwal (Was też zapraszamy na Slot Art Festival, gdzie możecie się z nami spotkać :), na którym mamy wykłady i śpimy w namiocie, i na obóz dziecięco-młodzieżowy "Nieustraszeni", na który jedziemy prosto z Festiwalu, i który odbywa się w lesie nad morzem. Musimy więc zabrać potrzebne tu i tu rzeczy, oraz te które będą przydatne tylko w jednym z miejsc i stosowną torbę na nie. Potem czekają nas dwa standardowe pakowania - na obóz młodzieżowy i wczasy dla rodzin. I tu i tu mamy wykłady i spotkania, ale bierzemy też udział po prostu w programie. A na koniec bomba. Pakowanie na dziewiętnastodniowy wyjazd z namiotem i plecakami, podczas którego wszystko co mamy będziemy po prostu nosić na własnych plecach. I o ile miejsce w samochodzie jest w oczywisty sposób ograniczone, w tym ostatnim przypadku będziemy o tę ograniczoność dbali ze szczególną troską. Wystarczą dwie koszulki, czy jednak wziąć trzy? Który polar, jaką kurtkę, ile par skarpetek - każde 10 deko robi różnicę. 
Naprawdę lubię się pakować. Samo pakowanie nie jest oczywiście jakąś szczególnie fajną czynnością, ale zwiastuje podróż, a tę lubię bardzo. Nie jestem jakimś wielkim podróżnikiem, ani nawet średnim, ale trochę jednak się przemieszczam. I zawsze trzeba się spakować. Jest w tym coś niezwykłego dla mnie. Żadne wielkie przeżycia, ale ta konieczność wybrania kilku czy kilkunastu potrzebnych rzeczy, spokojne przemyślenie okoliczności, na które mogę natrafić i tych, które jednak raczej się nie wydarzą, ma w sobie coś porządkującego więcej niż tę jedną walizkę czy plecak. Na mnie działa uspokajająco. Mam swoje własne sposoby na spakowanie (i nie zapomnienie) ważnych rzeczy, odpowiednią listę na różne okazje, która mi pomaga i... Męża, który czasem mi doradzi. Albo tylko cierpliwie wytrzyma moje bieganie po całym domu :).
Bardzo lubię poukładane rzeczy, stan, w którym wszystko ma swój cel, swoje przeznaczenie i miejsce. Świeżo spakowana walizka jest idealnym tego przykładem. Niestety, albo może właśnie na szczęście ogólnie w życiu raczej nie często z tym stanem się spotykam. Ale i w dość szalonej codzienności trzeba wybierać. Co biorę a czego nie, o czym myślę, a czemu pozwalam odpłynąć, na czym się skupiam, a co odpuszczam, z kim rozmawiam, czego pragnę. Świat, w którym żyjemy to świat nadmiaru i konieczności wielu wyborów. Czasem są to wybory trywialne jak kolor sukienki, a czasem ważne jak cała reszta życia. Ale możliwości jest ogrom. I wybrać w końcu zawsze trzeba. No... w sumie można zostać z otwartą wciąż przekopywaną szafą i walizką w przedpokoju, ale to chyba wybór najgorszy z możliwych. 
Pakowanie się na kolejny wyjazd to takie trochę ćwiczenie - co jest dla mnie ważne, z czego mogę zrezygnować a z czego jednak nie, a co chcę mieć przy sobie bo po prosu lubię? 

Udanego pakowania :)

czwartek, 28 czerwca 2018

Na szlaku

Jak wiadomo... w sumie to niekoniecznie wiadomo wszystkim, ale my wiemy, a jak wszyscy myślimy o świecie przez swój własny pryzmat :)... No więc jak wiadomo, na przełomie sierpnia i wrześnie wybieramy się na wielką wyprawę. Wyprawa jest wielka dla nas, bo oczywiście ludzie wybierają się na o wiele większe, ale dla nas będzie to wydarzenie. Jedziemy do Portugalii i szlakiem świętego Jakuba przejdziemy na piechotę jakieś 300 km. Aby (w naszym wieku ;P) przeżyć taką wyprawę, należy się przygotować i dlatego właśnie dużo chodzimy, a ostatnie kilka dni spędziliśmy na wycieczce na Jurze. Właśnie wróciliśmy, chociaż wycieczka była planowana na jeszcze jeden dzień. Pogoda jaka jest - każdy widzi, a są to chyba najzimniejsze i najbardziej deszczowe dni od początku kwietnia. No ale akurat teraz udało się mieć 4 dni wolnego... Zawsze coś. Zamiast się złościć i zostać w domu, co było (nie ukrywam) bardzo kuszące, spakowaliśmy plecaki i ruszyliśmy na Jurę. Pociągiem. Miejsce wybraliśmy nieprzypadkowo - w razie czego tanie bilety i łatwo wrócić, jeśli polegniemy. 
Jesteśmy przyzwyczajeni do podróżowania samochodem, więc już na etapie pakowania czekało nas wyzwanie - wszystko zabrać, ale pamiętać, że każde 100g będziemy nieść na własnych plecach. Udało się! Jedyna zmiana, jakiej byśmy dokonali i zrobimy to na naszą wyprawę życia, to zamiana koszulek do spania z krótkiego na długi rękaw. Okazuje się, że pewnych rzeczy się nie zapomina i pławimy się teraz w poczuciu sukcesu. 7 i 10 kg w dwóch plecakach załatwiło sprawę. 
Wprawdzie nie było apartamentu z łazienką, części restauracyjnej z menu dla wybrednych, ale... zachód słońca wśród różowej trawy (serio, była różowa), wieczorny śpiew ptaków (tak, przed czwartą rano też śpiewały:), kiełbasa z ogniska, woda ze studni, setki motyli grzejących się nad ranem, kilogramy jagód i malin, cudowne widoki, a nawet padający całą noc deszcz są nie do zapomnienia. No i daliśmy radę! A to ważne jeśli chodzi o nasze przygotowania. W sumie gdyby była super pogoda, byłoby fajnie, ale nie sprawdzilibyśmy czy nie będzie nam za zimno, czy namiot nie przecieka ani czy warto brać peleryny.
Przy okazji upadł jeden z moich osobistych stereotypów na temat wędrówek. Zawsze wiedziałam w jakich butach należy wędrować. Najpierw były to harcerskie traperki, potem porządne górskie buty. Wiadomo. Ostatnio, jakiś już czas temu przekonałam się, że mogą to być równie porządne "niskie" buty. No bo przecież nie mówimy o wędrówce po Tatrach. Ostatnio nastąpił przełom. 
Przyjaciółka namówiła mnie na kupno sandałów trekkingowych. Najpierw pomysł wyśmiałam. Rok temu.
Potem zobaczyłam jak ona ich używa i stwierdziłam, że może na jakieś spacerki to nawet fajny pomysł. Nabyłam drogą kupna i ... okazuje się, że jest to rewelacja. Przynajmniej dla mnie. Obawiałam się o wygodę, ale jeśli po przejściu ponad 30 km jednego dnia człowiek ubiera je dnia następnego z przyjemnością, to chyba coś znaczy. Jasne, ale w lesie, po piasku... - ciągle będę je wytrzepywać; niespodzianka - skubane są tak wyprofilowane, że ani razu nie wpadł mi do nich żaden kamyk ani patyk. Na próbę wzięłam je tym razem na 3 dni na Jurę. Okazuje się, że pomimo naprawdę paskudnej pogody sprawdziły się do tego stopnia, że pojadą ze mną do Portugalii.  
Pozostając wierna wielu zapewne stereotypom, które porządkują moje życie, z tego akurat bez żalu rezygnuję. 
I polecam wycieczki nawet jeśli pogoda nie sprzyja. Wtedy właśnie powstają nasze najfajniejsze wspólne wspomnienia :). 

trawa naprawdę była różowa :)

piątek, 15 czerwca 2018

Gdzie by tu pojechać?


W dużym pokoju na podłodze leży walizka. Powoli pakuję do niej kolejne rzeczy. Tym razem na spokojnie - wyjeżdżam dopiero w poniedziałek wczesnym rankiem. Przy okazji myślenia nad kolejnymi, przydatnymi częściami garderoby, które a) muszą się zmieścić, b) nie mogą być zbyt ciężkie, c) powinny być przydatne :), myślę sobie o wyjeżdżaniu w ogóle. O podróżach, które w całkiem inny niż codzienność sposób, zapisują się w naszej pamięci. Codzienność jest ważna, jasne, że tak. To ona jest... codziennością właśnie i naprawdę ma sens pracować nad tym, aby nas zbliżała, abyśmy właśnie w niej po prostu dobrze się czuli. Ale jakkolwiek dobra by nie była, warto czasem oderwać się od niej, spojrzeć z innej perspektywy, przeżyć przygodę, czy nawet Przygodę, a potem do tej swojej codzienności wrócić. I na nowo ją odkrywać i cieszyć się nią. 
Co trzeba mieć by przeżyć przygodę? Chyba tylko gotowość na nią. 
Zbyt łatwo się poddajemy, zbyt chętnie wierzymy, że gdyby tylko... 
Bo przecież absolutnie nie chodzi o dalekie, egzotyczne wyjazdy, na które trzeba wydać równowartość dziesięciu lat codziennego życia (ani nawet dwóch lat). Jak kogoś stać - super, gratuluję, dobrze wykorzystuj swoją kasę, ale i Ty uważaj na niespełnione marzenia. Bo przecież można jeździć po całym świecie, można jeździć do najodleglejszych nawet hoteli, które na całym świecie różnią się jedynie kolorem kafelek w łazienkach, korzystać (na wszelki wypadek) tylko z europejskiego menu i... nigdzie nie być. Nie przeżyć nawet połowy tego zachwytu, który zyskać można w rezerwacie buków odległym  od domu o 8 przystanków miejskim autobusem. Trzeba tylko wyjść, przełamać swoje codzienne przyzwyczajenia, wygodę, zrezygnować ze świętego spokoju, który nam się przecież należy. I zasłużyliśmy na niego ciężką pracą. No niby tak, ale święty spokój i wygoda, jakkolwiek bardzo kuszące, dają człowiekowi bardzo słabą satysfakcję. Raczej pragnienie bardziej świętego i bardziej s p o k o j u, i jeszcze wygodniejszej wygody. I żal za przygodami, które przeżywają inni. 
Szkoda życia. 
Warto zatrzymać się w pędzącym świecie i iść na wycieczkę, wyjść na długi spacer, pojechać na rower, albo na kajaki. Pośmiać się, porozmawiać, spróbować czegoś, czego nigdy do tej pory nie robiliśmy, odwiedzić miejsce, do którego jakoś nigdy nie trafiliśmy, a to przecież w sumie blisko. To rzeczy, które jak nic innego budują nasze wspomnienia; sytuacje, obrazy, zapachy, dźwięki pozostają z nami na zawsze. Poznajemy się w niecodziennych sytuacjach, rozmawiamy o rzeczach, które nie wychodzą na światło codziennych spraw, poznajemy innych ludzi, inne miejsca, stajemy się bogatsi. 

Wyszły z tego wakacyjne życzenia dla Was i dla nas  :) 

sobota, 9 czerwca 2018

Jak gadać, żeby się dogadać - rada czwarta



Kolejny odcinek. Chyba ostatni. Ale kto wie? Dzisiaj o tym jak rozmawiać kiedy nie chodzi o grzanki, o sposób smarowania chleba masłem, grubość naleśników, sposób parkowania ani ścielenie (lub nie) łóżka. Jakkolwiek nasza codzienność składa się w ogromnym stopniu z takich właśnie -nomen omen - codziennych spraw, to jednak zdarzają się w naszych związkach sprawy o wiele poważniejsze. Prawdą jest, że czasem spory, kłótnie i przeróżne frustracje związane z tymi właśnie drobiazgami wcale nie stanowią sedna problemu, a wskazują właśnie na jakieś głębsze, nierozwiązane sprawy. Nie zawsze tak jest. Czasem, a nawet dość często jesteśmy po prostu przyzwyczajeni, że "tak się robi" i jak ktoś robi inaczej, to zwyczajnie nas irytuje, wytrąca z dobrze znanego poczucia pewności, rutyny, i okazuje się, że rzeczy nad którymi nawet się nie zastanawiamy, "bo przecież oczywistym jest, że...", przemyśleć jednak trzeba. To bywa niewygodne, bywa frustrujące i kiedy spotykamy Drugiego, a ten jak wiadomo jest Inny - trzeba być na tego rodzaju zmagania gotowym i naprawdę niekoniecznie za każdym razem chodzi o coś głębszego. Nie doszukujmy się głębi, nie badajmy naszych najdrobniejszych emocjonalnych niuansów, bo zamęczymy siebie i Drugiego. Być może warto przeprowadzić rozmowę, podczas której ustalimy, że jest miedzy nami szczerość i zdecydujemy, że wierzymy sobie nawzajem w głupotach. To, że sobie wierzymy, jest między nami szczerość to oczywiście jasne i dawno ustalone, ale kiedy jedno z nas mówi, że nic innego nie miało na myśli, że naprawdę po prostu lubi te grzanki bardziej przypieczone i to nie znaczy, że uważa tak naprawdę, że wszystko robisz źle, że nie kochasz i że ci nie zależy - czasem sami się nakręcimy i... wierzyć w tę szczerość bywa trudno. Podobnie bywa kiedy jedno z nas burczy, warczy, i ogólnie mówiąc jest zmierzłe. Ale nie na ciebie tylko na świat w ogóle, na szefa w pracy, na deszczowy poranek, albo na słoneczny ale dziś a nie wczoraj. Bywa, że i tak emocje podpowiadają nam wielowarstwowe scenariusze których sednem jest (w dużym i krzywdzącym uproszczeniu): "jestem jej zupełnie niepotrzebny, nie kocha mnie, uważa że jestem do niczego, że na nią nie zasługuję" albo "żałuje, że jest ze mną, nie zauważa jak się staram, nie kocha mnie, uważa, ze jestem brzydka/gruba/nie umiem gotować, wolałby być z kimś innym". I w zależności od osobistych preferencji w tym temacie pogrążamy się w otchłani rozpaczy, lęku, rozżalenia lub złości.
No więc warto ustalić odgórnie, że dajemy sobie prawo do powiedzenia "nie nie chodzi o Ciebie, tylko o stopień przyrumienienia grzanki/mam dziś zły dzień/deszcz pada i rozwalił mi plany na dziś/nie lubię zielonego koloru/brakuje mi magnezu*
I wierzymy, gdy Drugi coś takiego mówi.
"Kochanie, tak, wszystko mnie irytuje, obiad mi nie smakuje, najlepiej wyjdź z pokoju ale nie chodzi o Ciebie. Jestem zmęczony, niewyspany i muszę posiedzieć sam. Kocham Cię i dam znać jak mi przejdzie"
"Kochanie, wkurza mnie jak to robisz, w ogóle wszystko mnie dziś wkurza. Bardzo Cię kocham, ale dzisiaj to nie jest mój dzień. Jakoś ze mną wytrzymaj. (łzy)"
Nie jest to całkiem łatwe i wychodzi zwykle dość nienaturalnie, nawet bardzo nienaturalnie, bo kiedy powstrzymując emocje mówimy coś takiego, czujemy się jak aktorzy, ale fantastycznie działa. Można opanować swoje emocje, powiedzieć o nich i znaleźć strategię przetrwania. I można nabywać w tym wprawy.
Żeby było jasne - nie chodzi o to żeby się oszukiwać. Czasem z różnych powodów to co Drugi robi wkurza nas do granic, ale oprócz emocji mamy też wolę i jeśli mówimy, że miłość to wybór a nie emocje to właśnie tak się tego wyboru dokonuje. Wybieram Ciebie. Kropka.

Ale czasem jednak nie chodzi o te nieszczęsne grzanki, tylko w naszym związku pojawia się prawdziwy problem, albo odkrywamy ten, który jest z nami już dość długo. Albo nawet zawsze był.
Co wtedy?
Rozmawiaj, rozmawiaj i za wszelką cenę rozmawiaj.
Czasem to wcale nie jest łatwe, ale naprawdę nie ma innego sposobu na to, by dowiedzieć się o co chodzi. Jasne, trzeba uważać, żeby nie przegadać sprawy, bo bywa i tak, że dla niektórych rozmawianie o problemach staje się alternatywą ich rozwiązywania. Ale bez rozmowy po prostu się nie da.
To nie jest umiejętność, z którą się rodzimy, ale możemy się tego nauczyć. Oczywiście chodzi o słuchanie i mówienie :). Jest mnóstwo poradników efektywnego słuchania i mówienia tak, aby rozmówca usłyszał, ale niestety (a może właśnie na szczęście?) one z definicji nie działają. Owszem, można się z nich dowiedzieć wielu ciekawych i słusznych rzeczy, ale kluczowe są w całym procesie rozmawiania dwie rzeczy. Po pierwsze - o wiele ważniejsze od wszystkich technik wziętych razem i z osobna jest serce i rozum. Chodzi w dużym skrócie o to, że jeśli nie jesteśmy prawdziwie, głęboko zatroskani, to żadne techniki i skuteczne sposoby najprawdopodobniej nie zadziałają. Z samym sercem lub z samym rozumem rozmawiać się po prostu nie da. Wychodzi albo histeria lub sentymentalizm, albo bezduszność i wyrachowanie. A trzeba znaleźć rozsądek i współczucie. Mądrą miłość. Z tym zastrzeżeniem warto jednak o kilku zasadach pamiętać (i czytać mądre książki). Bo nawet największą miłość, troskę i chęć pomocy jakoś jednak wyrazić trzeba. I wracamy do tego, ze jesteśmy skazani na komunikację :).
Podkreślę raz jeszcze - szczerość. Mamy wszyscy jakąś tajemną moc do wykrywania fałszu i kiedy okazuje się, że intencje naszego rozmówcy nie są do końca czyste, chce coś ugrać, całe godziny dobrych rozmów mogą w ułamku chwili wziąć w łeb. Zanim więc zabierzesz się za rozmowę w związku, zbadaj swoje serce i bądź uczciwy/uczciwa. Mów to o co ci naprawdę chodzi. Jasny, jednoznaczny komunikat zawsze jest lepszy niż kombinowany, zawoalowany przekaz, którego przynajmniej części (której?) trzeba się domyślać. Powszechnie panująca wiara w to, że osoba, która kocha powinna się sama domyślić to jakaś potworna bzdura! Niby jak się ma domyślić? Miłość to miłość, a dar jasnowidzenia to dar jasnowidzenia. Nie mają ze sobą żadnego związku! Może raczej jak kochasz, to powiedz!
Weź głęboki oddech, upewnij się, że masz serce i rozum we właściwych miejscach, przygotuj się i rozmawiaj. Tylko jak się przygotować? A może w ogóle nie warto? Moim zdaniem warto. Jeden temat to przemyślenie sprawy aby w ogóle mogło być jasno i jednoznacznie. No bo jak przekazać zrozumiale coś, czego sama nie rozumiem, z czym się szarpię? Na przykład - jeśli mam problem z zaufaniem z powodu moich życiowych doświadczeń, to różnica miedzy komunikatem A ("Na pewno mnie zdradzasz! Wszyscy faceci/wszystkie kobiety są takie same!, Nic więcej nie mogę się po tobie spodziewać!" Aaaaaa!) a komunikatem B (Mam straszny bałagan w głowie. Bardzo chcę ci ufać i okazywać to zaufanie, ale ciągle czuję coś zupełnie innego. Potrzebuję czasu, żeby sobie to poukładać) jest kolosalna, a tymczasem komunikat ten może wyrażać dokładnie to samo.
Znajdź czas i miejsce. To zadziwiające jak okoliczności zupełnie zewnętrzne wpływają na nasze rozmowy. Niekoniecznie rozmawiajmy więc na ważne tematy między obiadem a drugim daniem, rano podczas śniadania, gdy wszyscy się spieszą, w tramwaju, gdzie każdy może usłyszeć i tak dalej, i tak dalej. Rozumiemy, ale i tak zaczynamy... Warto wtedy przełożyć rozmowę na później (i do niej wrócić rzeczywiście).
Łatwo napisać... Mówienie o trudnych sprawach jest ...trudne. Ale trud ten warto podjąć.
Z życia wzięte:
Dawno, dawno temu, w odległej galaktyce... No przesadziłam. Galaktyka była ta sama. Ale dawno było. Jakieś dwie epoki temu, kiedy byliśmy młodziutkim małżeństwem, mieliśmy do załatwienia ogromne mnóstwo ważnych i nieważnych spraw. Ale nie umieliśmy jeszcze odróżnić jednych od drugich, więc rozmawialiśmy o wszystkich. Dużo, długo i czasem bardzo niezgrabnie. Czasem siedzieliśmy oparci o siebie plecami, bo łatwiej nam było na siebie nie patrzeć, czasem piliśmy herbatę, czasem nie potrafiliśmy jej przełknąć. Bywały łzy. Po obu stronach. Bywały przegadane noce, po których jedno z nas przebierało się i szło do pracy na ranną zmianę a drugie brało sześć chłodnych pryszniców w ciągu przedpołudnia (nie mogło pić kawy, bo karmiło) i opiekowało się wyspanym niemowlęciem. Czy byliśmy wyspani? - oj, nie! Czy było łatwo? - nie zawsze.  Ale w końcu zawsze się dogadywaliśmy. Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że to jedna z najważniejszych tajemnic naszego sukcesu :) Porozumienie się buduje, wykuwa a nie dostaje.


*tu coś o czym już pisałam - czasem, a nawet często podstawowym źródłem naszych problemów jest brak wystarczającej ilości snu, odwodnienie, za dużo cukru/kawy/, za mało magnezu etc. Jeśli jesteś człowiekiem permanentnie niezadowolonym, zirytowanym, zdołowanym i wszystko cię rozżala albo wkurza, a nie jesteś w ciąży, to może warto iść do lekarza. Jak jesteś w ciąży, to pewnie chodzisz.


środa, 30 maja 2018

Jak gadać żeby się dogadać - rada trzecia


Gdzieś ostatnio poczyniłam obietnicę, że od trzeciego odcinka zaczną się porady praktyczne, bo do tej pory skupiałam się raczej na teorii i ideach :). A więc do dzieła! 
W jednym z ostatnich komentarzy ukazała się rada: - przygotowujesz coś mega dobrego do jedzenia, a potem walisz prosto z mostu. Najedzony mężczyzna na wszystko przystanie. :):):)
Hahaha!
Ale jest coś na rzeczy. A nawet dwa "cosie" - dwie chrupiące grzanki. Albo tosty jak ktoś woli. Dla potrzeb naszych rozważań nad komunikacją w związku, na nich właśnie się skupimy. Fakt, że są w naszym życiu większe sprawy - ocieplenie klimatu, kryzys demokracji i im podobne, ale jednak o grzanki kłócimy się częściej. I często to one przesłaniają nam resztę świata i czasem robi się z nich poważna rozmowa. 
Po pierwsze rzeczywiście warto zadbać o to KIEDY zabieramy się za ważną rozmowę. Zdecydowanie łatwiej rozmawia się kiedy jesteśmy (oboje!) w miarę wypoczęci, najedzeni, spokojni etc. Czasem za nasze wielkie, dramatyczne kłótnie najbardziej odpowiedzialne są poziom glukozy, ilość godzin snu, nawodnienie organizmu czy poziom magnezu we krwi. Serio, serio. Dobrze wiadomo, że niewyspane czy głodne dzieci nie są specjalnie chętne do współpracy. Kiedy chodzi o dorosłych ta wiedza gdzieś się ulatnia i dość chętnie stwierdzamy "tak, rozumiem, ale przecież mógłby/mogłaby się chociaż postarać". 
Różnie z tą mocą bywa... Może warto z niektórymi sprawami po prostu poczekać i omówić je w sprzyjających okolicznościach przyrody. Kiedy biologia nie daje o sobie znać najnormalniej w świecie łatwiej jest się nam skupić. Obojgu. Kiedy właśnie zjedliśmy coś dobrego, jest fajnie, miło łatwiej nam przełknąć nieporozumienia i trudności. 
Oczywiście można tę zasadę sprowadzić do absurdu i wrzodów żołądka, kiedy Ukochanemu/Ukochanej już na sam widok ulubionego deseru czy steku cierpnie skóra na plecach, bo wiadomo, że czeka nas ciężka przeprawa. Zdrowy rozsądek jest i w tym przypadku nie do przecenienia. W pewnym sensie wracamy do cierpliwości i wrażliwości na Drugiego, o których pisałam w dwóch poprzednich odcinkach :)
Super, tylko że nie wszystkie sprawy mogą zaczekać. Podobnie jak nie czekamy na sprzyjające okoliczności, żeby dziecku wytłumaczyć, że nie należy tego słodkiego paluszka jednak wkładać do kontaktu. Są sprawy, które trzeba załatwić TERAZ.
Przede wszystkim warto na spokojnie zastanowić się nad tym jakie to są. Bo dość sporą część z nich jednak odłożyć w czasie możemy. Ale to wkurza mnie teraz!  - no właśnie. Najlepiej poczekaj, aż będzie cię wkurzało mniej i porozmawiaj wtedy (jest też jeszcze jeden pomysł, ale o nim nieco później). Na spokojnie. Będzie ci o wiele łatwiej wytłumaczyć, dlaczego tost z obrazka jest za mało/ za mocno wypieczony kiedy nie będziesz musiał/musiała powstrzymywać się przed wypowiedzeniem słów-których-nie-da-się-zapomnieć. 
Tutaj mamy całą grupę osób, które "już taki/taka jestem i co na sercu to od razu na języku" (koniec cytatu). Część z nich jest nawet z tego dumna. Hmmm... Nie pochwalam. Panowanie nad sobą być może rzeczywiście jednym przychodzi łatwiej, innym trudniej, tym niemniej jest jedną z najdawniej uznanych i najpotrzebniejszych w życiu cnót. I często okazuje się, że potrafimy się opanować w pracy, w szkole, wśród znajomych a we własnym domu... 
"a oto życie i śmierć są w mocy języka..." - warto o tym pamiętać.
I jeśli w tej sprawie niedomagasz - jest dobra wiadomość: można to zmienić! (tutaj więcej o tym piszę).
Na dodatek jeśli większość spraw będziemy załatwiali na spokojnie, to te, które czekać nie mogą Drugi łatwiej uzna za ważne. Bo wie, że nie czepiam się o wszystko, co tylko znajdzie się w polu rażenia tylko biorę i jego/jej potrzeby pod uwagę. No same plusy po prostu!

A teraz drugi "coś" opisany jako "walisz prosto z mostu". To naprawdę warto wziąć sobie do serca i komunikować swoje potrzeby w jasny, przejrzysty i jednoznaczny sposób. I teraz jest czas na to "nieco później" - jeśli na przykład akurat robicie te tosty czy inne grzanki wcale niekoniecznie trzeba czekać na jakieś specjalnie wybrane okoliczności. Wiele spraw można załatwić od razu, w zasadzie bez załatwiania, jeśli tylko nauczymy się rozmawiać. 
Wracając do grzanek (czy tostów) - jeśli On/Ona robi je zupełnie, ale to zupełnie źle, masz kilka możliwości:
1. Czekasz cierpliwie aż On/Ona zrobi te beznadziejne grzanki po swojemu i: 
a) wzdychasz znacząco z nadzieją, że się domyśli, że twoja mamusia robiła inne i właśnie na te inne masz teraz ochotę. Oczywiście się nie domyśla i po kilkunastu tego rodzaju śniadaniach utwierdzasz się w przekonaniu, że nawet nie ma o czym z Nim/Nią rozmawiać.
b) cierpisz w milczeniu i wysnuwasz podobne do powyższych wnioski.
c) nagromadziło się już tyle "tostów" w waszym życiu, że wybuchasz krzykiem/płaczem i złością 
d) wychodzisz, nie będziesz jeść czegoś takiego. Idziesz na maca.
2. Sam/Sama wszystko robisz, bo ten Drugi przecież się do tego nie nadaje, nie umie, nie wie jak, zepsuje toster. Po kilku (kilkunastu w niektórych przypadkach) latach zastanawiasz się jak to się mogło stać, że ten drugi (tym razem specjalnie z małej litery, a co!) zmarnował ci życie, wykorzystywał cię zawsze itd. Uznajesz, że ma agresywny typ osobowości i znajdujesz kogoś innego.
3. Mówisz - "dla mnie mniej wypieczone proszę" z uśmiechem, spokojnie, w trakcie przygotowań do procesu obróbki cieplnej.
   --> uwaga! Niestety, prawda o życiu jest taka, że może się okazać, że On/Ona nie umie innych, nie rozumie o co ci chodzi, bo przecież takie jak robi są lepsze, nigdy ci nie przeszkadzały etc, etc. Wbrew pozorom nawet wtedy da się nadal spokojnie rozmawiać i dojść do jakiegoś kompromisu. Ale ważne aby rozmawiać o grzankach czy tostach a nie o tym jaki/jaka jesteś, o tym co ty zawsze albo właśnie nigdy, o tym, że zawsze wiedziałam/wiedziałem, ani o tym co twoja mama. Jasno, klarownie i o grzankach. Znaczy tostach. Jeśli temat okazuje się jednak poważniejszy niż na to wyglądało wracasz do rad opisanych jako "po pierwsze".

Dodatek. Sposób 4.
Bardzo polecamy poczucie humoru. Dużym argumentem dla zwolenników miękkich, delikatnych tostów jest niezaprzeczalny fakt, że "mniej bolą", kiedy rzucamy się nimi w kuchni. 
Żarty żartami, ale poczucie humoru to poważna sprawa. Czasem warto się powygłupiać żeby rozładować napięcie. Tost z ketchupowym serduszkiem może czasem zdziałać cuda :)


Życzymy smacznych, właściwie wypieczonych grzanek (znaczy tostów), dobrej komunikacji i zapraszamy za tydzień na odcinek czwarty :)



czwartek, 24 maja 2018

Jak gadać, żeby się dogadać? - rada druga



Miał być odcinek drugi - więc jest. (jeśli jeszcze nie czytałeś/czytałaś części pierwszej, to link jest TUTAJ) Pod ostatnim odcinkiem pojawił się komentarz dotyczący tego, że kiedy jesteśmy zranieni, mamy jakieś trudne przeżycia, czasem stajemy się jedną wielką reakcją obronną. To prawda. Ale prawdą również jest to, że możemy sobie z tym poradzić. Inna rzecz, że niekoniecznie musimy doszukiwać się wielkich traum w swoim życiu żeby zrozumieć dlaczego tak a nie inaczej się zachowujemy wobec najbliższych. Niestety nie ma na tym świecie sposobu na to, żebyśmy nigdy ale to nigdy się nie zranili. Miejsce, w którym póki co żyjemy, jest miejscem, w którym coś poszło nie tak. To trochę tak, jak w bajce o Królowej Śniegu, w której oko i serce Kaja zostały przeszyte odłamkami diabelskiego zwierciadła. Chłopiec we wszystkim, co dobre i piękne widzi zło i brzydotę. Gesty miłości, przyjaźni i troski odbiera jako zagrożenie i w końcu ucieka przed nimi w objęcia prawdziwego wroga... To jest bajka o nas. Każdy z nas ma taki okruch w sercu i każdy, niestety, czasem tak właśnie patrzy na świat. I z jednej strony to nie jest nasza wina, a z drugiej - możemy pozbyć się tego okrucha. I czasem bardzo, ale to bardzo potrzebujemy Gerdy, która przejdzie całą śmiertelnie trudną drogę i nas uratuje. Pamiętacie?
 Gerda weszła do olbrzymiej sali, pustej, białej i cichej. Nagle zobaczyła Kaja. Poznała go natychmiast. Z okrzykiem radości pobiegła ku niemu, obie ręce zarzuciła mu na szyję i mocno przyciskając go do serca, wołała uradowana
- Kaju! Kochany Kaju! Znalazłam cię!
Lecz Kaj siedział cichy, sztywny, nieruchomy — a taki zimny! Gerda wybuchnęła płaczem. Jej łzy gorące padały mu na piersi, przenikały do jego serca, roztopiły lodową bryłę i spłukały z niej okruszynę czarodziejskiego zwierciadła, które było przyczyną całego nieszczęścia. I nagle serce zabiło mu mocniej, zimny dreszcz przebiegł ciało, zdumiony podniósł oczy na Gerdę, a ona zaczęła śpiewać:
Co ja kocham na tym świecie?
Złote słonko, jasne kwiecie!
Boże ptaszki śpiewające…
A kiedy wymówiła słowa: „Wszystko kocham serca biciem, a przestanę chyba z życiem!” — Kaj przypomniał sobie nagle krzaczek róży, dom, rodziców, babkę, Gerdę i wszystko, co się stało i zrobiło mu się tak smutno, tak smutno w tej wielkiej, białej, pustej, strasznej sali, że wybuchnął ogromnym płaczem, a ze łzami spłynął natychmiast i drugi okruch czarodziejskiego szkła, który mu tkwił w oku.
Wówczas dopiero poznał naprawdę Gerdę i wydawała mu się tak piękną jak dawniej i uczuł, że ją kocha tak mocno jak dawniej i aż krzyknął z radości i objął ją także rękami. I ściskali się serdecznie oboje, płacząc i śmiejąc się razem ze szczęścia.

Jak rozmawiać, zwracać uwagę, dawać feedback? Tak jak Gerda. Wytrwale i cierpliwie, okazując miłość, wierząc, że cała ta droga ma sens i dostrzegając oczyma kochającego serca, że w tym zimnym, niewrażliwym, zranionym Drugim tli się miłość i życie, które tylko czeka. Być może na to, by roztopić je łzami. 

Tutaj jednak uwaga. To nie jest tak, że mogę powiedzieć: No tak, gdyby On/Ona była taka jak Gerda to by mi pomogła. Muszę znaleźć kogoś, kto mi pomoże i mnie "naprawi".  Nie można ode mnie wiele oczekiwać, bo mam zły okruch w sercu. Prawda jest taka, że ma go każdy z nas. I o wiele ważniejsze niż czy "moja Gerda" jest wystarczająco dobra, jest pytanie o to kim ja sam/ sama jestem dla najbliższej mi osoby. Gdzieś w końcu jest to pytanie o miłość. Czy dbam o swoje własne emocje, ciepełko w okolicy serca i miłe uczucie bycia dla kogoś ważnym, czy ,czasem nawet wbrew swoim uczuciom, dbam o Drugiego, o Jego życie, Jego Rozwój; buduję naszą miłość i nasz związek, choć niekoniecznie jest to lekkie, łatwe i przyjemne.



czwartek, 17 maja 2018

Jak gadać, żeby się dogadać? - rada pierwsza


Dzisiaj będzie post na zamówienie. Dokładniej rzecz ujmując, będzie to pierwszy post  z dłuższego cyklu, bo i temat ważki. Dla jasności - nie chodzi o "artykuł sponsorowany", tylko o odpowiedź na ostatnio kilka razy zadawane nam pytanie. Jakie? Otóż chodzi o to jak ze sobą rozmawiać; a jeszcze konkretniej - jak zwracać uwagę, prosić o zmianę w jakiejś dziedzinie lub dawać feedback:
  • a) Jemu, w taki sposób, aby nie poczuł się nieszanowany i pozbawiany autorytetu
  • b) Jej, w taki sposób, aby nie poczuła się dotknięta i niekochana
Zestawiając te dwa pytania razem już udzielam pewnej odpowiedzi, a w każdym razie mam takie wrażenie. Jakoś jest tak z nami wszystkimi, że bardzo trudno nam pozbyć się reakcji obronnych nawet wobec osób, do których mamy uzasadnione zaufanie. I w zasadzie wiemy, że troszczą się o nas i chcą dla nas dobrze. W efekcie nasze rozmowy zamiast przypominać pełen miłości i zrozumienia prawdziwy, głęboki dialog, są podobne raczej do walki dwojga gladiatorów. Nierzadko na śmierć i życie. A nie tak przecież miało być. Co przedziwne i niezrozumiałe - często jest na dodatek tak, że o poważnych, trudnych tematach jeszcze jakoś potrafimy rozmawiać, ale kiedy nadchodzi codzienność wraz z nie-tak-umytym kubkiem, nie-tak-powieszonym czy złożonym praniem, nie-tak-posmarowaną kromką chleba i jakimś miliardem różnych innych nie-tak, zaczynamy się czasem zastanawiać czy w ogóle jest jeszcze jakaś miłość między nami.
I zawsze, a przynajmniej do takich wniosków prowadzi mnie obserwacja małżeństwa własnego i wielu innych, a nawet więzi między rodzeństwem czy po prostu przyjaźni, zawsze ta druga osoba nie dość, że sama się czepia, to jeszcze nie potrafi przyjąć jakiejkolwiek uwagi na własny temat. No i jesteśmy w kropce, a dokładniej to w dwóch kropkach. 
Jak rozmawiać z Nim i jak rozmawiać z Nią?
Po tym przydługim wstępie muszę Was, i siebie niestety też, bardzo rozczarować - nie ma jednego jasnego sposobu. No bo jakby to miało działać? 
1. Wchodzisz do dużego pokoju a tam na stole dwa flakoniki lakieru do paznokci, zmywacz, jakieś patyczki, watki i naprawdę nie masz pojęcia co jeszcze. Używasz jakiegoś specjalnego tonu głosu albo gestu i Twoja Żona zamiast przypominać ci co i ile razy to ty zostawiłeś w zeszłym tygodniu, uśmiecha się, zabiera swoje rzeczy i pyta czy zrobić ci herbatę. I naprawdę nie jest jej przykro ani nic takiego. 
2. Patrzysz na to jak Twój Mąż ubrał się do pracy, używasz wzorem Harrego Pottera zaklęcia "Imperio" i już tylko przyglądasz się jak Twój Ukochany przygląda się w lustrze swojej ulubionej koszulce, którą zakupił w ostatniej klasie podstawówki i postanawia na dobre się jej pozbyć. Przebiera się dokładnie tak jak sobie wymarzyłaś, uśmiecha się do ciebie i wychodzi do pracy żegnając cię słodkim całusem. 
3.  Jedziecie samochodem - jedno z Was robi coś kardynalnie głupiego, drugie mówi "Abrakadabra" i to, co akurat ciśnie mu/ lub jej się na usta. Wtedy to pierwsze natychmiast koryguje to, co akurat robi i mówi na przykład "Ojej, przepraszam. Dziękuję, że dbasz o to jak jeżdżę. Kocham Cię".  Poboczem przechodzi lekkim kłusem stadko jednorożców.
No więc tak to nie działa. Niestety.

Pierwszą moją radą w tym temacie będzie więc pogodzenie się z rzeczywistością. 
Warto pamiętać, że sami nawet w najbliższej relacji wcale aż tak chętnie nie spuszczamy gardy i bronimy się dość zaciekle kiedy tylko dostrzegamy cień braku szacunku, poważnego traktowania, akceptacji i bezwarunkowej miłości. 
Często tym ostrzej atakujemy, im bardziej widzimy, że ten Drugi ma rację... Inna sprawa, że czasem nawet nie wie jak boleśnie zostaliśmy dotknięci. Nie ma pojęcia, że dotyka rany, która jeszcze ciągle krwawi, albo łapie nas na kolejnej nieudanej próbie i nie dostrzega, że w ogóle próbujemy. A to boli prawdziwie. Więc się bronimy. 
Warto pamiętać, że Drugi robi dokładnie to samo. Bywa naprawdę dotknięty, niezrozumiany, nieakceptowany, niekochany, a w każdym razie tak własnie naprawdę się czuje. I nie burczy, obraża się, podnosi głos czy zamyka w sobie, bo lubi, a tylko dlatego, że jest zraniony i czuje się mniej więcej tak, jak ty się czujesz, kiedy to On zrani ciebie.
I to nie oznacza ani tego, że się prawdziwie nie kochamy, ani tego, że jedno z nas jest niewrażliwe i nieczułe. Musimy po prostu jeszcze wiele się nauczyć a to jest praca na całe życie. Krok po kroku zdobywamy nawzajem swoje zaufanie i uczymy się rozmawiać z miłością. Póki co, jesteśmy w podróży.