czwartek, 25 maja 2017

Dokąd biegniesz?


To pytanie towarzyszy mi dzisiaj od czasu porannego kontaktu z bieżnią. Przeszłam w dość dobrym tempie 2 kilometry nie ruszając się z miejsca. Zawiedzionych moim "wynikiem" informuję, że to była rehabilitacja a nie trening :), ale do rzeczy - szłam sobie we wspomnianym już dobrym tempie, pilnowałam postawy i... miałam trochę czasu na myślenie. No i myślałam o celu właśnie. Dokąd idę? Ok, ćwiczyłam i cel w przestrzeni, oczywiście nie jest istotą treningu na bieżni, ale... 
Jak często biegniemy, spieszymy się, zdobywamy kolejne punkty, szczyty i pokonujemy trasy kompletnie nie zastanawiając się po co? Świat, w którym żyjemy trochę nas do tego skłania, ale na prawdę nie wszystko, co robimy i co dzieje się wokół jest winą tegoż świata! To my sami wybieramy mniej lub bardziej świadomie nasze cele. Generalnie nikt nas nie zmusza. To my sami gonimy za różnymi rzeczami, i jeśli źle wybierzemy, nasze cele mogą rozpłynąć się we mgle jakby nigdy nie istniały. 
Pytania po co, dokąd, dlaczego i dla kogo może nie zawsze są wygodne, ale warto je sobie postawić. 
Co jest moim celem? 
Dlaczego w ogóle gdzieś zmierzam?

czwartek, 11 maja 2017

Druga strona medalu

Jak wiadomo medale, i nie tylko one, mają dwie strony. Często o tych medalach mówimy, gdy dostrzegamy, że coś jest z jednej strony fajne i się nam podoba, ale z drugiej strony już takie fajne nie jest. Czasem mówimy po prosu o dwóch aspektach jakiejś sprawy ale częściej wygląda to tak, że o ile obie strony medalu - na przykład złotego, są złote, o tyle ta druga strona wydarzenia, czy sytuacji o której mówimy już taka złota nie jest. Zresztą po bliższym przyjrzeniu się i ta pierwsza też bywa tylko złotego koloru, albo jest nawet całkiem szara, ale tak jakoś zaświeciło słońce...
No i tym razem właśnie o tym. Kilka już razy pisaliśmy, że relacje kosztują, że trzeba nad nimi pracować, i że bez poświęcenia nic z tego nie będzie (na przykład tutaj i tutaj). Przyszedł czas na tę "drugą stronę". Wolelibyśmy pewnie wszyscy (my na pewno) żyć w świecie, w którym ten post byłby zupełnie niepotrzebny, ale taki świat jest niestety wyłącznie w filmach Disneya i kilku innych wytwórni.
W prawdziwym życiu, niestety, to o czym piszemy czasem nie działa. Istnieją na nim ludzie, którzy nie tylko nie docenią twojego poświęcenia, twojej miłości i zaangażowania, ale cynicznie je wykorzystają i jeszcze w tobie zbudują poczucie winy, kiedy tylko spróbujesz się od nich uwolnić. Nie będę się upierać, że to źli do szpiku kości ludzie i należy takich odizolować. Nie wiem. Czasem rzeczywiście sami też są ofiarami różnych historii, wydarzeń, czy po prostu poprzednich ofiar czegoś czy kogoś. I to prawda, że czasem sami potrzebują pomocy. Ale takie, najtrudniejsze nawet historie, a czasem wcale nie o nie chodzi, nie dają nikomu prawa do wykorzystywania drugiego człowieka. I nie wolno się na to godzić. Nigdy. 
Kilka razy spotykaliśmy się ostatnio z młodymi ludźmi. Rozmawiamy o życiu, o relacjach, o przyjaźni i miłości. I prawie zawsze pada pytanie - to jak mam wybrać? czym kierować się przy podejmowaniu decyzji o wspólnym życiu?
Odpowiedź jest dość prosta, choć czasem niełatwa. 
Kieruj się SERCEM I ROZUMEM!
Dzisiejszy świat trochę zwodzi nas swoim nastawieniem na emocje. Jeśli się zakochasz - nic nie da się z tym zrobić, musisz iść za głosem serca. I delikatne, wrażliwe osoby z tego właśnie powodu lądują czasem w bardzo nieprzyjemnych miejscach. Dlaczego? Bo ja go/ją tak bardzo kocham... Bo na pewno w końcu się zmieni... Bo jak ona/on poradzi sobie beze mnie? I jakieś dwa miliony podobnych przekonań łączących w sobie beznadzieję, strach, przekonanie o własnej małości z pewną nutką szlachetności, bo przecież "tylko ja potrafię tak kochać, nikt inny by z nim/ z nią nie wytrzymał". I mijają kolejne lata rozpaczy, samotności, żalu, rozczarowania, beznadziei, strachu i przekonania o własnej małości, a jednak z nutką szlachetności... już było? tak, bo to zaklęty krąg, z którego strasznie trudno się wyplątać. Na dodatek z czasem człowiek przyzwyczaja się do zimy, śniegu, deszczu i szarości, i z niedowierzaniem wita każdy promień słońca. Jak wilk w ZOO wydeptuje sobie ścieżkę, z której nie potrafi już zejść nawet kiedy krat dawno już nie ma. 
Tak więc wspomagaj się sercem, pewnie, że tak, uczucia są dość ważne w naszym życiu. Ale rozumu nie zastąpią. I jeśli serce podpowiada ci źle - nie idź za nim. Z całym szacunkiem do serca własnego i do każdego z Waszych serc - one naprawdę bywają zwodnicze. Przykra sprawa. Nasze własne serce potrafi nas oszukać i dlatego niestety nie jest dobrym doradcą. Nie chodzi przy tym o to, by serce z życia wyrzucić, ale o to, by nie pozwolić mu kierować. 
Jeśli kierujemy się tylko rozumem, to też nie najlepiej, oczywiście. Sami stajemy się trochę bezduszni, łatwo ranimy innych. Równowaga przydaje się i w tę stronę. 
Tak więc kiedy podejmujemy w naszym życiu decyzje, które nie tylko nas dotyczą, kierujmy się i sercem i rozumem. 

piątek, 5 maja 2017

Drogocenne rzeczy dużo kosztują

Drogocenne rzeczy dużo kosztują.
Oczywista sprawa. Jeśli chcemy mieć coś cennego - musimy za to zapłacić. Za najdroższe rzeczy - najwięcej. Proste? Niby tak. Jeśli chodzi o samochody, domy i mieszkania czy biżuterię, to sprawa jest posta i oczywista. Ale zupełnie inaczej sprawy się mają, kiedy przychodzi do codziennego życia. A tutaj to jeszcze ważniejsza sprawa. Za cenne rzeczy trzeba zapłacić. I o ile można czasem trafić jakieś cudo na wyprzedaży czy promocji, to w naszych relacjach nie ma drogi na skróty. Zaufanie, wierność, miłość, przyjaźń - je się zdobywa. I trzeba za nie zapłacić. Przyjaźń czy miłość z wyprzedaży??? Nie, dziękuję.
Drogocenne rzeczy dużo kosztują. Potrzebują Twojego zaangażowania, uwagi, czasu, poświęcenia, codziennej pracy, o której już ( tu ) pisałam. I o tym oczywiście też trzeba pamiętać, ale już na samym początku - miej świadomość tego, że jeśli chcesz mieć coś cennego - musisz ponieść koszt. Dostajesz za darmo - ale jeśli przyjmujesz, Twoje życie się zmienia.
Coraz częściej słychać z każdej strony o utrzymaniu swojej niezależności, nie ponoszeniu kosztów, dbaniu o siebie. Nie chodzi o to żeby zaniedbać swoje sprawy, i o tym tez już pisaliśmy, ale bez poświęcenia siebie i swoich spraw nie da się  zbudować żadnej relacji. 
Znajomi dostali małego pieska. I niby za darmo. Ale od czasu jak go mają - ich życie mocno się zmieniło. Z pieskiem trzeba wychodzić na spacery nawet w taką paskudną pogodę, jaką mamy tej wiosny, piesek potrzebuje jedzenia i picia, swojego miejsca w domu, wyrozumiałości gdy coś nabroi. No i zmienia się w psa. 

Śledząc Facebook'a, czy inne media, można zauważyć, że to wydaje się ludziom znacznie bardziej oczywiste niż dbanie o relacje na przykład z żoną, czy mężem. Albo pracownikiem. Potem pytamy "dlaczego" i ogólnie jesteśmy rozczarowani, rozżaleni i nieszczęśliwi... No i tego chyba nie rozumiem.
Jeśli płacisz za szkiełko - nie oczekuj, że dostaniesz diament. 

sobota, 29 kwietnia 2017

Jak przetrwać długi weekend?


Tak, wiem, że dziś jest sobota, a nie czwartek, i w zasadzie nie jest to czas na kolejnego posta, ale... właśnie zaczął się długi weekend. U nas całodniowym deszczem, wiatrem i temperaturą nieprzekraczającą 4°C... I tak nieźle, bo wczoraj padał śnieg. 
Swoją drogą, jeśli dobrze pamiętam4°C to dość specyficzna temperatura dla wody, bo w właśnie w takiej ma ona największą gęstość i najmniejszą objętość. Szłam dziś w deszczu i z tą gęstością to chyba prawda... Naprawdę nie wiem, co byłoby gdyby miała większą objętość, bo więcej deszczu chyba po prostu się już nie zmieści. Gdyby było tylko trochę cieplej, a zatem wody byłoby objętościowo więcej, mielibyśmy chyba prawdziwy potop...
No ale wcale nie jestem pewna czy jest to dobre pocieszenie na właśnie rozpoczynający się długi weekend. 
Sklepowe półki z napisem "sezon grillowania rozpoczęty" i podobnymi uginają się pod własnym ciężarem, ci z nas, którym udało się wykręcić z zimowo-weekendowego wyjazdu siedzą zmierzli w domu, ci, którym się nie udało już pojechali albo właśnie kończą się pakować...
Co robić w taką pogodę???
No i właśnie o tym dziś piszę. No bo coś robić trzeba i chyba warto nie zmarnować tych kilku wolnych dni. Pogoda zdecydowanie nie jest tym razem naszym sprzymierzeńcem, ale podobno wszystko ma swoje plusy. Jakie? Nie chciałabym jakoś szczególnie truć, ale taka pogoda naprawdę nie musi oznaczać jedynie siedzenia w domu przed ekranem telewizora czy innym monitorem i kompulsywnego zażerania się paluszkami ani nawet bezglutenowymi czipsami z brokułów. Można przecież coś z tym zrobić i zapamiętać ten wybitnie mokry i beznadziejnie się zapowiadający weekend jako jeden z fajniejszych. 
Chcieć to móc, a taka pogoda jak ta za oknem może być najlepszym wstępem do kreatywności. Po prostu nas do niej zmusi... Mimo wszystko, jeśli się trochę postaramy może przecież być fajnie.
Sami kilka tego rodzaju weekendów już przeżyliśmy, więc kilka podpowiedzi:
- Mimo wszystko można iść na spacer lub małą wycieczkę. Tak, zmokniemy i zmarzniemy, ale jak potem smakuje gorące kakao czy zupa. No i można przecież ubrać gumowce, ciepłą kurtkę i tak dalej. We mnie samej też aż coś się burzy przeciwko wyciąganiu zimowych ciuchów, które zdążyłam już schować, ale...
- Oglądanie całej Trylogii Tolkiena To znaczy tak naprawdę Petera Jacksona, ale co tam. Można zrobić jakieś fajne hobbitowe jedzenie i siedzieć przy filmie. Jak ktoś lubi inny film, to też można, ale dla nas Władca zawsze działa
- Zrobić dodatkowe zakupy i upiec, ugotować coś niezwykłego - albo coś czego dawno nie robiliśmy, albo coś, czego nie robiliśmy jeszcze nigdy. Im bardziej pracochłonne tym... lepiej. W końcu kiedy jak nie w taki długi weekend?
- To może być naprawdę niezła okazja na dobrą imprezę. Można kogoś zaprosić, albo kogoś odwiedzić. Nawet jeśli jesteśmy "wyjechani", można pojechać do kogoś kto jest niedaleko.
- Można cały dzień grać w państwa-miasta albo rysować głupie obrazki czy komiksy. Ale bez papieru i czegoś do pisania trudno.
- można też zrobić porządek w szafie, albo na półce z książkami czy w biurku, ale ten pomysł jakoś blado wygląda przy pozostałych  :)
Generalnie chodzi o to żeby nie dać się nudzie i złości z powodu tego, że nie jest tak, jak zaplanowaliśmy. I nie tyle ten weekend przetrwać, co dobrze go wykorzystać.
POWODZENIA!



czwartek, 27 kwietnia 2017

Życie i śmierć jest w mocy języka...

Życie i śmierć w mocy języka? Czy to nie przesada? 


Kilka dni temu słuchałam historii niesłusznie oskarżonego i skazanego człowieka. Odsiedział kilka lat, bo ktoś coś powiedział.
Wczoraj słyszałam rozmowę kilkuletniego dziecka z tatą. Mały coś przeskrobał i rozmawiali. Nie wiem co zrobił i w sumie nie wiem jak potoczyła się rozmowa, ale mały był przejęty. Poruszyło mnie pytanie młodego mężczyzny - "no, ale powiedziałeś o tym mamie?", a w zasadzie poruszająca była odpowiedź chłopca: - "nie, nie powiedziałem, bo się boję". 

Jakieś mnóstwo lat temu pewien przystojny facet zapytał czy zostanę jego żoną. Odpowiedziałam, że tak. 

Kocham Cię
Jesteś cudowna.
Wyjdź.
Odchodzę.
Oj, słowa mają moc. Ogromną.
Pewnie, że powinny (za tymi dobrymi) iść czyny, ale same słowa też mogą bardzo wiele. I nawet całkiem dobre czyny można złymi słowami kompletnie zepsuć...
W zasadzie to właśnie nasze słowa budują między nami atmosferę i albo jest to zaufanie i pokój, albo wręcz przeciwnie. To słowami podtrzymujemy na duchu, dodajemy odwagi, pocieszamy. I słowami potrafimy niszczyć, podcinać skrzydła, odbierać nadzieję. To słowami opisujemy naszą dumę ale też nimi wyrażamy pychę, a to całkiem co innego...
Używamy też słów, by pisać bloga :)
Podobno to trochę jak w statku - w sumie bardzo niewielki ster, a jednak to on kieruje nim całym; i tak ten, kto potrafi panować nad swoim językiem jest bliski doskonałości i zwykle w ogóle potrafi panować nad całą resztą siebie. 
I chodzi w tym nie tyle o ilość słów, chociaż i to ma znaczenie, co raczej o to jakie to są słowa. Po co i jak ich używamy. Coś w tym jest prawda?
Dotyczy to przecież wszystkich relacji w jakich żyjemy. I tych najbliższych - w dużej mierze to słowa tę bliskość przecież utrzymują, i tych dalszych, które też są tak bardzo zależne od tego "kiedy się do mnie wreszcie odezwiesz". 
Ciekawa sprawa - czasem wcale nie największy i najsilniejszy posiada rzeczywistą siłę, ale właśnie ten, kto panuje nad językiem. To nim wydaje on przecież rozkazy.
Nawet w tak błahej w sumie sprawie jak pogoda za oknem - ileż można usłyszeć. I zaraz widać, a raczej słychać, jak z tym panowaniem nad językiem u mijanych osób jest. 
"Tak mi się wyrwało"... Jasne...
Tymi samymi ustami wyznajemy miłość i nienawiść, klepiemy bez sensu i dajemy dobre, pełne miłości rady, straszymy, grozimy i zapewniamy o naszej lojalności i chęci pomocy. Coś tu chyba czasem jest nie tak, prawda? Może warto się postarać i dawać jednoznaczne komunikaty?
Tak, żeby nikt z naszych bliskich nie bał się przyznać do tego, co przeskrobał.
Tak, żeby można było ufać naszym słowom, i aby przynosiły one pokój, radość, bezpieczeństwo i ciepło, chociaż pogoda... taka sobie.
Warto zacząć już teraz.

czwartek, 20 kwietnia 2017

Wierzę w wiosnę!


  Ostatnie dni zaskoczyły mnie pogodą. Zaskoczyły w sensie negatywnym. Kwiecień-plecień, ale bez przesady. A miało być już tylko lepiej. Słoneczko, rozsądna temperatura, spacery i w ogóle, wiosną wszystko jest przecież lepsze. Przeczekałam zimę, starałam się nie narzekać. I teraz miało być wreszcie cudownie. Czekałam na to od kilku miesięcy. Już, już. I rzeczywiście - temperatura trochę się podniosła, zaczęło się robić zielono. Kilka dni było naprawdę cudownych i... kiedy już opuściłam gardę, przestałam się stroszyć, schowałam głęboko (żeby ich nie widzieć przez pół roku) zimowe kurtki, płaszcze, czapki, buty i szaliki zima zaatakowała. Bezlitośnie. Wiatrem, zimnem i deszczem, a zaraz potem mrozem i śniegiem. Brrrr!
To zabolało! Naprawdę zabolało. I boli nadal, ale...
I tutaj następuje osobista deklaracja:
- wierzę w wiosnę! 
- wierzę, że w końcu pokona mróz, że kwiaty nie skisną od niego, tylko wykorzystają soki, które zaczęły już krążyć i wybiją na nowo jak tylko będzie okazja, zakwitną a potem, gdy przyjdzie ich czas, wydadzą owoce,
- wierzę, że wiosna może przyjść nawet po bardzo długiej i ponurej zimie,
- wierzę, że może ożywić nawet naprawdę źle wyglądające badyle,
- wierzę, że da rady zazielenić nawet najbardziej zamarzniętą ziemię,
- wierzę, że może przyjść i rozgrzać wszystko to, co zmarznięte 
- wierzę, że może rozświetlić ponurość i wlać kolory w zimową biel i czerń.
Wierzę, że to wszystko stanie się już niedługo. 
Wierzę, że znów to zobaczę.
Jestem pewna, tego, czego się spodziewam.
Widziałam to już wiele razy.

czwartek, 13 kwietnia 2017

Świąteczne tradycje

Spędziliśmy dzisiaj naprawdę dobry dzień. Jedną z atrakcji był pyszny obiad, który został zrobiony według starego przepisu, który zdobyliśmy od kogoś dawno, dawno temu, gdzieś na początku naszego małżeństwa. Zawsze było to jedno z naszych ulubionych dań i ostatnio przypomniał nam o nim nasz syn, który przed świętami zjechał do domu. Przepis przez wiele miesięcy leżał odłogiem gdzieś tam w zapomnianym zeszycie i wszyscy niemal zapomnieliśmy jak dobre danie z niego wychodzi. No po prostu pychota. 
Gdy tylko potrawa znalazła się na stole i po pokoju rozszedł się smakowity zapach przypomniał mi co najmniej kilka wspaniałych chwil sprzed wielu lat. Mógłbym wymienić imiona osób, z którymi jedliśmy to wspaniałe danie. Smak, zapach i wygląd przeniósł mnie wręcz w magiczny sposób do przeszłości. Niemal poczułem tamte chwile. 

Myślę, że podobnie będzie gdy w Wielkanocną niedzielę zasiądziemy do świątecznego śniadania. Siądziemy razem przy stole. Będą rozmowy, bliskość ważnych dla nas osób. Już się na to cieszę. Mnóstwo drobnostek, które się na ten dzień składają. Naszą tradycją, która wywodzi się z mojego rodzinnego domu jest jedzenie grubego plastra szynki wraz z kromkami chałki. Nasze dzieci, chociaż już dorosłe, wręcz czekają na ten moment i zawsze przed świętami pytają czy na pewno szynka jest już przygotowana. Jest.
Potrawy, zapachy, przedmioty itp. potrafią nam przypominać przeszłość, a nawet w jakiś sposób przenosić w czasie. Możemy na chwilę poczuć się znowu małym dzieckiem czekającym w świąteczny niedzielny poranek na kawał szynki, który tak długo czekaliśmy. 
Ale sednem tego Święta jest coś daleko większego. Świętowanie dla samego święta jest trochę bez sensu. Świętowanie szynki, zajączka czy jajka - też raczej słabo. 
Świętujemy Wielkanoc. I nie chodzi, jak myślał kiedyś mały synek naszej koleżanki o jakąś bardzo wielką noc, która jest trochę przerażająca, ale o noc Wielką. 
Noc Zmartwychwstania.