czwartek, 14 września 2017

Ratunku, mój Syn się żeni!!! - okiem ojca


Kilka dni temu, jadąc samochodem, jak zwykle słuchałem radia, a że było to w okolicy 1 września, co chwilę powtarzał się w dłuższych lub krótszych reportażach temat pierwszoklasistów i rozpoczęcia nowego roku szkolnego. Wypowiadali się dziennikarze, psycholodzy, a także sami rodzice. O dziwo! nikt nie pytał o zdanie samych uczniów. W jednym z dłuższych reportaży starano się odpowiedzieć na poważny problem - jak przygotować dziecko, a i rodzica do nowej sytuacji, roli ucznia i oczywiście roli rodzica ucznia. Ważną różnicą, którą podkreślił jeden z psychologów jest inne podejście mam i ojców. Jeden z redaktorów zażartował w studiu, że ojcom jest łatwiej bo mniej przeżywają takie rozstanie z dzieckiem. Przytoczył przy tym przykład ze swojego własnego życia: sam był uczestnikiem spotkania rodziców w przyszłej szkole swojego dziecka. Nauczycielka zaproponowała, że najlepiej by na rozpoczęcie roku szkolnego przyprowadził dziecko zamiast mamy ktoś mniej związany z nim uczuciowo, na przykład ojciec. Niby śmieszne, prawda? A jednak taki stereotyp rzeczywiście krąży wokół relacji ojciec – dzieci. Czy jednak tak jest naprawdę? Jako ojciec uważam że nie, ja sam, a i wielu innych ojców, jest związanych ze swoimi dziećmi bardzo mocno. Inaczej niż ich matki, oczywiście, ale inaczej nie znaczy mniej! Są ojcami, a nie matkami i dlatego w inny sposób przeżywają takie chwile; zazwyczaj dają dzieciom nieco większy kredyt zaufania, trochę więcej wolności, puszczając ich w wir szkolnych czy jakichkolwiek innych obowiązków. Ojcowie częściej przyglądają się, kibicują, dając więcej niż matki swobody a interweniują dopiero wtedy kiedy jest to konieczne. Patrząc z zewnątrz czasami rzeczywiście można mieć wrażenie, że ojcowie są emocjonalnie mniej związani niż mocno przeżywające mamy. Ale rodzaj emocjonalności, sposób przeżywania niekoniecznie przekłada się na siłę uczucia. 
Ta różnica naprawdę nie oznacza, że Ojcowie są bez uczuć i nie przejmują się tym co dzieje się z ich dziećmi. Myślę, że to inne podejście dobrze obrazują filmiki udostępniane na portalach społecznościowych,  na których możemy zobaczyć  w jaki sposób spędzają czas wolny dzieci z matkami lub ojcami.

Nasze dzieci dawno już zakończyły edukację. Po ostatniej wywiadówce, ciesząc się że ten etap jest już za nami, zrobiliśmy z żoną małą imprezę. Kolejne etapy życia a w nich różny rodzaj relacji z dzieckiem. Nie tak dawno temu nasze dzieci się rodziły, były maleńkie. Do dziś pamiętam te cudowne chwile i związanie z nimi radości i troski. To było kilka lat totalnego kształtowania tych małych istot. Wtedy byłem dla nich największym autorytetem. Któregoś dnia, kiedy Babcia powiedziała, że jest starsza niż Tata, Marek, może wówczas czteroletni, mocno oburzony powiedział, że "Tata jest największy, najmądrzejszy, najsilniejszy i najstarszy a nie Ty, Babciu!!!" Trwało to mniej więcej do czasu, kiedy dzieci poszły do przedszkola. Wtedy trzeba się było przyzwyczaić do tego, że przez kilka godzin dziennie ktoś inny będzie miał wpływ na nasze dzieci. Pamiętam do dziś jak bardzo byłem dumny, że tak dobrze radzą sobie w tej nowej sytuacji. Efektem ubocznym było to, że dzieci zauważały powoli, że Tata nie wie jednak wszystkiego i są dziedziny, w których ktoś, a konkretnie Pani, wie więcej.  W końcu przyszedł i czas, w którym syn przyniósł plastikowy dokument i powiedział, że od dziś może głosować w wyborach. Wiedziałem wtedy, że moja rola zaczyna się zmieniać. On naprawdę wszedł już w etap, w którym może, i nawet powinien, podejmować swoje dorosłe wybory. Moja rola w jego życiu przez te lata bardzo się zmieniła. Przeszedłem w jego oczach drogę od wszechwiedzącego Ojca do kogoś czyja opinia się liczy, należy brać ją pod uwagę, ale nie jest już jedynym autorytetem.
Pierwszą poważną decyzją było zdobycie, już za własne zarobione pieniądze kolejnego plastikowego dokumentu - prawa jazdy, i wkrótce kupno pierwszego samochodu. I jazda pociągiem do Koszalina, i samodzielny powrót "nowym autem" do domu. Z jednej strony byłem dumny a z drugiej strony towarzyszył mi przeogromny strach - czy da sobie radę w tym nowym, dorosłym życiu?
Dziękuję Bogu, że kiedyś kiedy jeszcze byłem ojcem małych dzieci uczestniczyłem w pewnych wykładach na temat wychowywania dzieci. Pamiętam jakby to było dziś. Wykładowca mówił, że dzieci są własnością Boga daną nam jako dar, po to abyśmy je przygotowali do dorosłego, samodzielnego życia.  Naszą odpowiedzialnością jest abyśmy przygotowali je do tego dobrze. 
Kiedy wróciłem z tych wykładów do domu, usiadłem do wspólnej kolacji, patrzyłem na te dwie małe istoty i zastanawiałem się jak to będzie, czy dam radę, czy uda mi się być dobrym ojcem. Na szczęście na wykładach otrzymałem jeszcze jedną drogocenną radę - ciesz się i dbaj o relację z dziećmi każdego dnia, bo one kiedyś wyjdą z domu. I to będzie szybko.
Pewnie robiłem to lepiej lub gorzej, ale zawsze starałem się dawać dzieciom z jednej strony dobrą opiekę ale z drugiej przestrzeń do samodzielnych decyzji. I rzeczywiście starałem się cieszyć każdą dobrą chwilą od wspólnego jedzenia, poprzez fajne spędzanie czasu w domu, zabawy, spacery, po wakacyjne wyjazdy.
Z tą wiedzą i z dużym już rodzicielskim doświadczeniem w miarę spokojnie zamykałem drzwi  kiedy dzieci opuszczały nasz dom na stałe. Oczywiście zawsze mają tu swoje miejsce, ale stale mieszkają już gdzie indziej. Znowu trzeba było znaleźć się w nowej roli. Patrzeć już naprawdę z daleka i liczyć na to, że dadzą sobie radę, a jak trzeba będzie - przyjdą po radę, czy pomoc.
Dziś na tydzień przed ślubem Kasi i Marka, ich nowego etapu w życiu, kolejny raz mierzę się  ze zmianą roli w moim życiu. Jak to będzie? Jestem dumny z dorosłości syna i z jego dobrych wyborów. Przed nimi całe wspaniałe życie. Wierzę i ufam na przykładzie tego co mogłem obserwować w jego życiu, że Marek dobrze znajdzie się w nowej roli męża a mam nadzieję, że później i ojca.

A ja... cóż, nowa rola, nowe wyzwania. Będę teściem.

piątek, 8 września 2017

Ratunku - mój Syn się żeni!!! 3

No to zostały jeszcze dwa tygodnie. Niecałe. Możliwe, że jest to u mnie jakiś rodzaj obsesji, ale niby o czym ma myśleć mama dwa tygodnie przed ślubem syna. No o czym?
No więc myślę o tym ślubie, wyzwaniach jakie czekają tuż za rogiem, o mojej nowej roli, o zmianie w naszym - rodziców życiu, o samej imprezie - jak poustalać wszystko w możliwie mądry sposób, tak aby wszyscy byli zadowoleni, o miejscu, gdzie Młodzi będą mieszkać, o dalszych studiach, o pracy, o różnicach między nimi, o... nawet o tym czy krawcowa zdąży z sukienką. No głowa mała!
Ale gdzieś w tym wszystkim jest też dużo wspomnień, myśli o tym co było i dobrych, spokojnych myśli o tym, co będzie. I przypomniały mi się chwile kiedy mój Syn był naprawdę maleńką, zależną od nas istotą. Jak wiele wydarzyło się od tamtego czasu. Tak wiele, że zajęło bez mała 25 lat. Wiele musiał się nauczyć, i zrobił to. Ale też my, jako rodzice nauczyliśmy się bardzo wiele. Przede wszystkim chyba tego, że nasze dziecko jest nam tylko niejako wypożyczone. A raczej powierzone. Ktoś zaufał nam w tej sprawie. 
Jasne, że oczekujemy ze strony naszych dzieci miłości, szacunku, ale już taki czas, w którym oczekujemy posłuszeństwa minął bezpowrotnie.

Chyba najlepszą radą, jakiej ktoś kiedykolwiek udzielił nam w tej sprawie była ta właśnie rada - pamiętaj, że dziecko nie jest i nie powinno być twoją własnością. Jest ci powierzone i masz przygotować je do samodzielnego życia. Tak. Samodzielnego. To oznacza, że kiedy odniesiesz sukces, Twoje dziecko od Ciebie odejdzie. Jego pozostanie oznacza twoją porażkę. Nie odejdzie w sensie, że nigdy go więcej nie zobaczysz, choć w historii i tak bywało, ale w takim sensie, że masz nauczyć je żyć swoim własnym życiem. Na swoich własnych warunkach. Będzie podejmowało swoje własne, samodzielne decyzje, na które nie będziesz mieć wpływu. To znaczy, że możesz mu doradzić, jak zapyta, ale nie będziesz już tych decyzji podejmować. Ani wprost, ani, tym bardziej "naokoło"...
Pamiętam obraz, a raczej kilka śmiesznych, schematycznych obrazków, na których wiele, wiele lat temu ktoś mi to tłumaczył i widzę dzisiaj, że dokładnie tak właśnie było. 
Kiedy dziecko jest małe przenosimy je przez ulicę, przewozimy je w wózku albo dosłownie przenosimy. Nikt nie wpada na to, żeby oczekiwać od niemowlaka samodzielnego przemieszczania się. Jesteśmy mu do tego, i do wielu innych rzeczy niezbędnie potrzebni. Ale przychodzi czas, że nasze dziecko przechodzi przez ulicę samo. Na początek na własnych nogach, czy może raczej nóżkach, trzymane za rączkę. I jesteśmy dumni, że przechodzimy z naszym własnym dzieckiem przez ulicę. A nasze dziecko opowiada o tym babci. Mija kilka miesięcy, może lat, i uczymy je przechodzić samo. To niebezpieczny moment. Uważaj! Przechodź tylko na pasach! I na zielonym świetle! Patrz uważnie czy nie jedzie samochód! Każdy rodzic modli się i drży, kiedy dziecko zaczyna chodzić samo. Sprawdzamy czy na pewno doszło. Chcielibyśmy zapewnić mu stuprocentowe bezpieczeństwo, ale musi nauczyć się chodzić samo. No musi, bo jak inaczej? Więc drżąc uczymy, tłumaczymy. I modlimy się gorąco, aby Dobry Bóg zadbał o nie tam, gdzie my już nie możemy, żeby "miał na nie oko", kiedy naszego spojrzenia już nie wystarcza. 
Niedługo później przychodzi czas na "chcę jeździć do szkoły na rowerze". 
COOOOO????
Ponad 8 kilometrów przez centrum Wrocławia?????!!!!!!!!!
Długie rozmowy mamy z tatą, długie rozmowy z nieletnim fascynatem rowerowych sportów. W końcu decyzja: - OK, możesz, ale tylko w kasku i prostą drogą.
- Co? Jak to w kasku?! Nikt nie jeździ w kasku! Jestem już duży! To jest szantaż!!!
- Hmmm... Tak. To jest szantaż. Albo w kasku, albo tramwajem.
I pojechał. W kasku. I jeździł. I, mimo wielkich obaw, nic się nie stało. No... niezupełnie...
Raczej nie da się zapomnieć telefonu z policji, że dziecko miało wypadek, że jest wszystko w porządku, ale zostało przewiezione na obserwację do szpitala i trzeba odebrać rower...
Kask raczej się przydał.
Tutaj zdania są podzielone do tej pory, chociaż minęło wiele lat od tego czasu. Syn nadal twierdzi, że przecież nic się nie stało. Rower jest super!
A my... mamy kilka siwych włosów więcej. I wspominamy jak usiłowaliśmy go nauczyć jeżdżenia na małym, trzykołowym rowerku i raczej średnio nam szło.
Aby nie opowiadać tutaj dwudziestu pięciu lat życia, wspomnę tylko, że teraz Nasz Syn jest całkiem odpowiedzialnym kierowcą, który wozi innych ludzi samochodem, jeździ motorem, bierze udział zawodach kurierów rowerowych. Sam podejmuje decyzje. Nie pyta czy może teraz przejść, przejechać. Nawet tego nie widzimy. Jest samodzielny. Dorosły. A my uczymy się mu ufać i ...dalej się modlimy :).
I podobnie jest w życiu. Za chwilę podejmie chyba najważniejszą decyzję, jaką w swoim życiu człowiek podejmuje - weźmie ślub z kimś, kogo wybrał i pokochał. I zacznie zupełnie nowy etap swojego życia. Będzie podejmował zupełnie nowe decyzje, odpowiedzialności. I będzie nas pytał o radę, lub nie. A my musimy dać Mu, i Jego Żonie też, przestrzeń do Ich własnego życia, do Ich własnych rozwiązań, ale też porażek i błędów. Czy to nie jest niebezpieczne? Przecież Oni są młodzi, nie wiedzą, nie rozumieją, nie mają doświadczenia! Ależ oczywiście, że jest niebezpieczne. Śmiertelnie! Jak całe życie. Ale Oni, tak jak my, musza przeżyć je osobiście. Nie możemy ich przez nie przenieść. I nawet nie powinniśmy. Więc drżąc, przyglądamy się, radzimy, kiedy o rady pytają, milczymy, kiedy robią coś tak jak my byśmy nie postąpili. Kiedy naprawdę wydaje się nam, że błądzą, staramy się mądrze i delikatnie zwracać uwagę, pamiętając, że błądzić też muszą. I modlimy się gorąco, aby Dobry Bóg zadbał o Nich tam, gdzie my już nie możemy, żeby "miał na nich oko", kiedy naszego spojrzenia już nie wystarcza. 

Poniżej są dwa linki do filmików, które bardzo mnie w tym temacie inspirują :)



piątek, 1 września 2017

Nigdy się nie poddawaj :)

Jak niektórym wiadomo - u nas remont. Tak przy okazji przygotowań do ślubu Syna i początku nowego roku szkolno-wykładowego. I boreliozy. I w ogóle.
Czas i relacje, jak to podczas remontu, dość napięte. I kiedy już wydaje się, że wychodzimy na prostą, że ogarnęliśmy większość spraw i zostało jeszcze tylko trochę posprzątać, odebrać przesyłkę i wyszlifować wykład na jutro (o 6:00 rano startujemy do Żyrardowa:), okazuje się, że przesyłkę może odebrać tylko konkretnie ta osoba, do której jest wysłana. Tak, odbiór w kiosku "Ruch" jest określony takimi właśnie przepisami, ale to okazało się dopiero jak już tam byłam. Dobra. Udało się. Janusz poszedł i załatwił. To dobrze, bo inaczej przesyłka czekałaby do poniedziałku a były tam moje żywe roślinki do akwarium (tak, mam akwarium - tu można przeczytać jak do tego doszło). Dalej było wyzwanie pt. "kup pietruszkę" - w sklepie nie było. A! Jednak jest. Czyli sukces.
Obiad wyszedł trochę przesolony i tej pietruszki było jednak trochę za dużo. Ale trudno. Najlepsze przed nami. Trzeba pozmywać po obiedzie i zabrać się za porządki. Wyciąganie z szafy poszło gładko, ale teraz trzeba to powkładać z sensem, bo nie będę przecież za dwa tygodnie robiła znów porządków. No więc myję naczynia a tu nagle trzask, bum!!! Łup!!!
Otóż spadła nasza szafka na talerze. Na szczęście nie całkiem, bo oparła się na półce niżej, ale... Trochę się rozleciała, trochę ukruszyła i... nic więcej. Za to powyjmowanie wszystkiego, zdjęcie szafki do końca, zaklejenie dziury zajęło nam...popołudnie. I wiemy już co będziemy robić w poniedziałek.
Żeby nie było - szafka wisiała porządnie, na czterech śrubach rozporowych. Od poniedziałku będzie to podwieszenie pancerne.
Nadal się nie poddajemy :)



czwartek, 24 sierpnia 2017

Zawsze chciałam mieć w kuchni drzewo...

Planowaliśmy już dość dawno, ale wreszcie stało się i zaczęliśmy remont. Trochę zabawy przy tym jest, ale jest i satysfakcja. No... może raczej będzie. Ale trochę już jest, bo po prawie trzech latach myślenia o tym, planowania i szukania "know how", posadzić w kuchni drzewo. Jest to drzewo gipsowe i raczej płaskie, bo na ścianie, ale jednak. Udało się. I tutaj sedno - kilka osób pytało czy mi się chce w takie rzeczy bawić. No chce mi się. Nie żebym lubiła się męczyć, sama robota jako taka specjalnego szału nie daje, ale robienie czegoś nowego, ciekawego jest po prostu fascynujące. Kosztuje trochę czasu i wysiłku (i kilku godzin spędzonych na Pintereście :P), ale warto.  I tak sobie myślę - żeby tylko nie przestało mi się chcieć!
I to by było na tyle, bo trzeba to drzewo jeszcze pomalować.
Tutaj kilka zdjęć z procesu "sadzenia" drzewa :)




czwartek, 17 sierpnia 2017

Test na synową - czyli Ratunku!!! Mój Syn się żeni /2

Jak już wiadomo, mój Syn się żeni. Można wysnuć z tego dość prosty wniosek - będę teściową. I to niedługo. Generalnie wiedziałam to mniej więcej od czasu, kiedy mój Syn był bardzo, bardzo malutki. Przyznaję, że myślałam czasem przytulając niecałe 3 kilo Malucha jakie będzie jego życie, w tym - kogo wybierze sobie na towarzyszkę życia. I nawet te chwile pamiętam.
A tu nagle (no więc, jak już ustalono, wcale nie tak nagle) teraz. Bum! Trochę ponad 30 dni i stanie się. Zyskam zupełnie nową rolę w życiu, i to rolę, która ma raczej złą prasę. Hmmm....
Najczęściej zadawane mi ostatnio pytanie to "jaka Ona jest?"
Odpowiadam: - jest pogodna, wrażliwa, uprzejma, inteligentna, delikatna, śliczna i zakochana w moim synu po uszy. A czego niby miałam się spodziewać po moim osobistym Synu? Wybrał najlepiej i w tej kwestii mam do niego zaufanie. I to jest odpowiedź na pytanie o test na dobrą synową - zaufaj swojemu Synowi. Inna rzecz, że w tej kwestii zdecydowanie większe konsekwencje wyboru będzie ponosił On sam. I, o ile dobrze pamiętam, sama decydowałam w tej sprawie w moim życiu, podobnie On też musi sam tego wyboru dokonać. Jest dorosłym mężczyzną.
Ale sprawa tak całkiem prosta przecież nie jest. Z jakiegoś powodu mamy miliony kawałów o teściowej i synowej. Sprawa jest dość prosta. Wystarczająco. We dwie kochamy tego samego faceta.... Na dodatek Ona widzi w Nim zdecydowanie bardziej mężczyznę, podczas gdy dla mnie jest w Nim ciągle ten mały chłopiec, któremu opatrywałam kolanka...
I jemu obraz w Jej oczach podoba się bardziej.
I trudno się dziwić.
I to trochę boli - kiedy wybiera Jej zdanie, kiedy wybiera czas z Nią...
Nie powiem, że nie, jak tak.
Definitywnie kończy się etap życia, jaki trwał do tej pory.
Przygodo, przybywaj!!!

czwartek, 10 sierpnia 2017

Ratunku - mój Syn się żeni!!!

Jeszcze nie teraz. Za półtora miesiąca...
Toż to prawie jutro!!!
Aaaaaaa!!!!!! 
(wykonuję teraz chaotyczne ruchy rękami i patrzę gdzieś w dal błądząc nieobecnym wzrokiem).
Naprawdę nie mam pojęcia kiedy to wszystko się stało. Hmmm... No niby jednak mam, w końcu te 25 lat naprawdę minęło i nawet pamiętam kolejne lata, fajnie spędzone wakacje, albo te trochę mniej dla mnie fajne, bo nie dostałam urlopu i dzieci pojechały z Tatą... Więc niby wiem kiedy to minęło, ale tak zaraz ślub? Moje dziecko? Jak to? Pamiętam malutkiego Synka, pamiętam trochę większego. Pamiętam jak sam uznał, że jest już duży i teraz "ja sam". Jasne, że tak. Przedszkole, jedna szkoła, druga, trzecia, różne szkolne historie... Jedne lepsze, inne trochę gorsze. Siedzenie przy łóżeczku, kiedy mój mały, a potem już trochę większy Synek nie umiał zasnąć. Godziny, a nawet chyba dziesiątki godzin wspomnień. Bycie mamą małego urwisa jest pełne wydarzeń, śmiesznych, a czasem i strasznych historii (jak ta o pierwszym samodzielnym spacerze na wczasach, który to spacer został przez wszystkich odebrany jako zgubienie się...). Bycie mamą trochę większego urwisa również obfituje we wspomnienia. I również jest ich mnóstwo. 
I przyszedł kiedyś taki dzień, w którym zadzwonił telefon. 
- Mamo, poznałem cudowną dziewczynę! Módl się chyba.
Minęło kilka tygodni Kolejny telefon od Syna, który właśnie miał przyjechać do domu.
- Hej, to ja. Będę za jakieś 20 minut, a i jestem z Kasią. To się poznacie.
Zawsze nasz dom był również domem naszych dzieci i mieliśmy zasadę, że nie muszą pytać czy wolno im kogoś do domu przyprowadzać. Należało jedynie jasno poinformować resztę domowników kto będzie i kiedy.
Chwilę później wielkie, nieco przestraszone oczy zza długich jasnych włosów powiedziały nam 
- Dzień dobry, jestem Kasia.


I tak to się wszystko zaczęło :).
A tu teraz proszę - tylko trochę ponad miesiąc do ślubu.
I mnóstwo pytań. Co Im radzić? - gdzie powinni zamieszkać, gdzie pojechać na podróż poślubną, jak się ubrać, gdzie pracować, z kim przyjaźnić, co dalej ze studiami, i jak powinni radzić sobie z własnymi konfliktami? To tylko najważniejsze z pytań, które przetaczają się z hukiem po mojej matczynej głowie tam i z powrotem. No i najgorsze w tym jest to, że nawet najlepsze moje odpowiedzi, są moimi odpowiedziami... I... tylko moimi. Młodzi mogą nawet (i byłoby miło) wziąć je pod uwagę, ale odpowiedzi muszą znaleźć sami, bo to oni będą żyli w ich konsekwencjach. A nie ja. Ups.
A jak kiedyś, kilka epok temu, znajomi mówili mi, że "małe dzieci - mały kłopot; duże dzieci - duży kłopot", to myślałam sobie, że chyba już zapomnieli jak to jest mieć małe dzieci i ogarniać cały ich świat. Nie zapomnieli, ale właśnie uczyli się jak przestać ten świat ogarniać, nie umierać z niepokoju i w prezencie dla swoich dzieci żyć z radością własnym życiem. A ogarnianiem świata mojego Syna zajmie się teraz zupełnie inna kobieta. 
I tak chyba powinno być.


czwartek, 3 sierpnia 2017

Czy da się ciekawie spędzić wakacje?

Indiański wigwam bez ścian. Jak nie można, jak można? :)
Zrobił się dziś 3 sierpnia, czyli mamy połowę wakacji. Pogoda jak marzenie (przynajmniej moje) o wakacjach - koło 30 stopni i słońce. Wcześniej było chłodniej i padało, więc nie mam wyrzutów sumienia, że teraz to ja się cieszę. O narzekaniu na pogodę kiedyś już było - nigdy jeszcze nie było tak mokrego/zimnego/wietrznego/gorącego lata jak to, które mamy teraz (niepotrzebne skreślić). Ostatnio usłyszałam, że "gorąco - nie mogę wytrzymać - taki upał" to stan umysłu, bo człowiek generalnie jest przystosowany do radzenia sobie w takich temperaturach. Już, już chciałam radośnie przyklasnąć, kiedy pomyślałam o tym, że jeśli tak, to "zimno - nie mogę wytrzymać - taki mróz" też może jest stanem umysłu... No i rzecz na razie pozostaje nierozstrzygnięta. Tym lepiej, że teraz jednak jest ciepło. 
No ale do rzeczy. Kilka osób w młodym wieku dzieliło się ze mną ostatnio tym, że niby są wakacje, ale jest strasznie nudno. Najpierw - tu rozlega się głęboki dźwięk dudnienia, ponieważ biję się w pierś - pomyślałam sobie, że tak to już jest z tą współczesną młodzieżą. 10 minut offline i się nudzą. Ale zatrzymałam się z wnioskami i poprzyglądałam wakacyjnemu wypoczynkowi i rozmowom o nim. Cóż się okazało?
Otóż mam podejrzenie, że przynajmniej w dużym stopniu ktoś te dzieciaki tego...nauczył!!!
Dlaczego tak straszna myśl zrodziła się w moim umyśle?
Otóż dlatego:
scenka 1
* rodzice w liczbie 2, dziecko w liczbie 1, wiek (dziecka) jakieś 5, może 6 lat
* okoliczności przyrody sprzyjające - słonko, piasek, jezioro z całkiem czystą plażą i wodą, dość płytko przy brzegu.
- Mamo! ja chcę iść do wody! 
- Daj mi spokój!, Poproś tatę, ja się teraz opalam, tyle co się kremem posmarowałam.
- Tato...
- Czekaj, czytam
Mija 30 sekund, może minuta
- Tato!..
- Weź tu masz grę, daj mi chwilę spokoju chociaż.
Kurtyna. 
Oklaski... :(
scenka 2
Dwie panie w sklepie, obie w wieku około 35-40 lat.
- I co, opowiadaj jak było w tej Chorwacji!
- No Chorwacja, jak Chorwacja. Niby fajne plaże, no i jest pogoda, nie to co nad naszym morzem, wiesz. O rany! pamiętasz jak byłyśmy z chłopakami, czekaj jak on się nazywał... Krzysiek, tak!
- No, pamiętam, tak Krzysiek! To był wariat. Zimno jak szlag a on całą ekipę wyciągnął na plażę. Wszyscy się kąpaliśmy a ludzie patrzeli jak na idiotów. 
- No... kiedyś to były wakacje...
Też kurtyna. I też oklaski. 
Coś się z nami dzieje, i nie jest to nic dobrego. Kiedy kąpaliśmy się w zimnym morzu tydzień temu wiele osób pytało czy upadliśmy na głowę, bo tak zimno, a my w wodzie. Wczoraj byliśmy w górach i... pytano nas czy serio chce nam się w taki upał. 18 stopni to nie są mrozy, a 28 nie grozi natychmiastowym udarem. No w zasadzie można było obejrzeć cały sezon ulubionego serialu, tylko po co?
Jeśli się nie wysilimy, nie będziemy mieli fajnych wakacji, nawet jeśli kosztem całorocznej pracy sporo za nie zapłacimy. Może i nawet odpoczniemy w jakiś sposób, ale czy będziemy mieli co wspominać w listopadzie? A za kilka lat? 
W połowie wakacji mam w związku z tym propozycję:
Zróbmy coś naprawdę fajnego. To jest możliwe w każdym miejscu i w każdą pogodę.
Kilkoro z moich znajomych i przyjaciół tak właśnie postanowiło i robi to.
- Główny Szlak Beskidzki w 21 dni. Plecaki i wędrówka. Szacun! Kto z nas nie miał kiedyś tego w planach?
- Kilka krótkich wypadów "tam, gdzie nigdy jeszcze nie byliśmy" po okolicy (w tym roku nie ma urlopu...:( ) w weekendy
- "przechodzimy, ale nigdy nie zwiedziliśmy"- odkryj swoją okolicę
- nastolatek i wakacje w domu - spotkania z przyjaciółmi, deskorolka i "ułożę kostkę Rubika, tym razem mi się uda!"

Jaki jest Twój pomysł?