poniedziałek, 20 stycznia 2020

Blue Monday

Podobno dziś mamy najgorszy dzień w roku. Składa się na to wiele różnych czynników takich jak odległość do Świąt Bożego Narodzenia, wysokość zarobków, długość dnia, oraz coraz większa świadomość faktu, że raczej już się nam nie uda wypełnić wszystkich noworocznych postanowień wymieszana z poczuciem winy i brakiem motywacji oraz konieczności "zabrania się" za siebie. I podobno wszystko jest totalną bzdurą, ale jakoś się ludziom spodobało i mamy dzisiaj Blue Monday.
Dostałam już dzisiaj SMSa z zaleceniem nie poddawania się mimo wszystko, a w ostatnim tygodniu atakowało mnie z siłą wartą większej sprawy całe mnóstwo reklam i postów sponsorowanych o tym jak jednak jeszcze mogę stać się najlepszą wersją siebie, jak rozpisać grafik czytania żeby jednak wyrobić się z przeczytaniem 52 książek w 2020 roku, nawet jeśli jestem już 3 "w plecy" no i oczywiście drugie tyle diet i cudownych sposobów na zdrowie. Nawet mój kot może stać się "kotem jutra" już dziś dzięki super nowoczesnej bieżni dla kotów. Wczorajsze koty muszą w ogóle zmienić się w koty jutra. Serio. No sama bym tego nie wymyśliła.
Bądź wydajniejsza, lepiej wykorzystuj czas, lepiej gospodaruj energią, doskonale zarządzaj domem, zrób wreszcie porządek z papierami, wyglądaj jeszcze piękniej, regularnie wygładzaj zmarszczki naszym serum, dbaj o zdrowie i planetę, segreguj śmieci w szesnastu różnych pojemnikach, sama produkuj kompost, schudnij 10 kg w dwa tygodnie i popraw swoją sprawność fizyczną, naucz się jednej nowej rzeczy w każdym miesiącu, pamiętaj o suplementach, dbaj o skórę, włosy i paznokcie, no i te książki. 52 koniecznie. No i bądź doskonałą mama, żoną i pracownikiem roku.
No to ja się dziwię, że Blue Monday nie wypada co tydzień...
To zadziwiające jak w świecie, w którym mamy tyle ułatwień w postaci pralek, zmywarek, suszarek, samochodów, supermarketów, medycyny, i tak dalej,  zamiast z tego korzystać i ułatwiać sobie i innym życie w zasadzie ciągle zwiększamy presję na siebie i innych. Muszę to zrobić, muszę to mieć, muszę to osiągnąć. No nie muszę. Fajnie by było, ale naprawdę nie muszę.
I to nie jest wcale taki znowu nowy problem. W VIII wieku p n.e. pewien prorok pisał "biada tym, którzy przyłączają dom do domu i dołączają pole do pola tak, że nie ma już miejsca (...) nic nie rozumieją"*. No cóż, ludzie zawsze chcieli więcej i więcej, i zwykle są z tego same kłopoty.
Absolutnie nie chodzi o to by nie mieć celów, nie planować i się nie rozwijać. Jedynie o to, żeby nie zapomnieć, że realizowanie kolejnych celów i bycie nawet nie wiem jak bardzo produktywnym to jednak za mało na cel życia. Warto korzystając z najgorszego dnia w roku zatrzymać się na chwilę i bardzo poważnie zastanowić się nad tym czy to, do czego dążę naprawdę jest tym czego chcę? I czy przypadkiem cena jaką przyjdzie mi zapłacić nie jest zbyt wysoka. Mamy coraz więcej i coraz mniej nas to cieszy. To w sumie słabo, prawda?
Pamiętam jak kilka lat temu pojechaliśmy na wycieczkę życia do Włoch. Po zwiedzeniu Wenecji, Werony, Padwy, Pizy, Arezzo i kilku mniejszych miasteczek znaleźliśmy się w Sienie. Włoskie klimaty, sztuka dosłownie już nas przenikały. A tutaj  kolejne muzea - pamiętam jak po chwili bicia się z myślami postanowiliśmy dać sobie spokój. Nie zobaczyliśmy wtedy nieukończonej z powodu dżumy nowej nawy katedry z pięknymi posadzkami, marmurowej ambony Pisaniego, rzeźb Donatella, Querciego i wielu innych pięknych rzeczy, o których istnieniu może nawet nie wiemy. łaziliśmy po sieneńskich uliczkach wokół Piazza del Campo całe popołudnie, znaleźliśmy niemal pusty dziedziniec miejskiego zamku Palazzo Chigi-Saracini i przesiedzieliśmy tam co najmniej godzinę słuchając muzyki, trochę się pogubiliśmy i wyszliśmy inną bramą, więc mieliśmy okazję podziwiać miejskie mury. Cudowny dzień, piękne wspomnienia. Chciałabym wrócić tam jeszcze kiedyś. Zrozumiałam wtedy co to znaczy, że czasem mniej znaczy więcej, a pewien niedosyt, rodzaj pragnienia, które pozostało mi po dniu w Sienie jest całkiem dobrym poczuciem. W zasadzie nawet przyjemnym.
"nasz " dziedziniec Palazzo Chigi -Saracini

Z okazji Blue Monday życzę nam wszystkim właśnie tego zatrzymania, zwolnienia i zastanowienia się ca czym pędzimy i czy na pewno warto. Może szczególnie dziś warto sobie odpuścić i spędzić przyjemnie wieczór.




piątek, 18 października 2019

Złoty Potok

Dziś będzie wycieczkowo. Nie wszyscy i nie zawsze mogą mieć wyprawy i wycieczki w różne niezwykłe miejsca i my właśnie takimi "niewszystkimi" jesteśmy. Nie udało się nam w tym roku zrealizować wrześniowych planów i pojechać w góry, ale ponieważ twierdzimy, że nie ma co się załamywać, nie załamujemy się i my, tym bardziej, że jesień jest w tym roku bajecznie kolorowa i słoneczna. Było już paskudnie a tu - niespodzianka. Prawdziwa złota, polska jesień jak z najlepszych obrazków. 
Ale do rzeczy. Zwykle nasze weekendy są najbardziej zajętymi dniami w tygodniu, staramy się więc od czasu do czasu wykroić jakiś dzień z kalendarza i mieć go na odpoczynek. Taki tylko dla nas. Ostatnio padło na środę. Przygotowaliśmy herbatkę w termosie, prowianty (dokładnie tak jak kiedyś Krzyś i Kubuś Puchatek, tylko jesteśmy już za starzy na odkrywanie Bieguna Północnego. Wiemy niestety, że jest już odkryty i że jest dość daleko. Poza tym jest tam okropnie zimno. Nasza wyprawa była więc mniej odkrywcza, ale jednak) i wyruszyliśmy.
Tym razem Jura i okolice Złotego Potoka. Dojechaliśmy na miejsce cudowną jesienną drogą. Wiał wiatr i jechaliśmy w deszczu złotych liści. Już było pięknie. A to jeszcze nawet nie był prawdziwy początek :)
Sam Złoty Potok, który wybraliśmy na początek i koniec naszej wycieczki to niewielka miejscowość o długiej historii. Mieszkał tutaj Zygmunt Krasiński (Irydion, Nie-boska komedia i makabryczne opowieści gotyckie - nie mamy pojęcia co napisał w Złotym Potoku, ale przy dworku jest niewielki staw Irydion, więc chociaż pomysł dramatu narodził się podobno w Petersburgu, jakiś związek można dostrzec); dziś w jego dworku mieści się muzeum regionalne. Tym razem je minęliśmy i czerwonym szlakiem, w zasadzie przy samym dworku skręciliśmy do lasu. Piękną starą drogą, wśród kolorowych jesiennych drzew Alei Klonowej szliśmy sobie spokojnym krokiem. Minęła nas grupa na koniach - wcześniej to my minęliśmy stajnie. Okazało się przy tym, że tempo "człowiek stępa" i "koń stępa" nie różni się od siebie aż tak bardzo. Konie popatrzyły na nas z podziwem, że umiemy chodzić na własnych nogach, a nie każemy się nosić innym, i kierowane przez jeźdźców zeszły w boczną dróżkę. My, podziwiając cudowne widoki i zbierając przy ścieżce grzyby, szliśmy sobie dalej. 
W Pabianicach (nie, nie doszliśmy pod Łódź, to jurajskie Pabianice) odbiliśmy na szlak niebieski i asfaltem (bez sensu jest prowadzenie szlaków asfaltem, brrrr...) doszliśmy do Siedlca. Już tu kiedyś byliśmy więc wiedzieliśmy o sklepiku na skrzyżowaniu i kolejny raz zrobiliśmy sobie tutaj przerwę. Można usiąść na ławeczce przy wiejskim sklepie, zjeść batonika, napić się czegoś i podsumować rzeczywistość, co też uczyniliśmy. Ze względu na niską procentowość naszych napoi, refleksje nie były ani głębokie, ani odkrywcze - nie ma o czym pisać. Dalej mijając schronisko młodzieżowe i agroturystykę można iść w stronę Pustyni Siedleckiej (fajne miejsce, malutkie, ale warto; byliśmy tu już wcześniej) i Jaskini na Dupce (to nie my ją tak nazwaliśmy), albo skręcić w lewo. My zrobiliśmy to drugie. Po chwili znaleźliśmy się w rozjechanym, lekko księżycowym  krajobrazie Kamieniołomu Warszawskiego. Kolejne maleńkie, ale ciekawe miejsce. Dalej zielonym szlakiem do Bramy Twardowskiego. Tak. Chodzi o tego Twardowskiego. Podobno jest to dokładnie to miejsce, z którego Mistrz wyskoczył na kogucie prosto na Księżyc. Czy to prawda? Hmmm... Miejsce w każdym razie jest wyjątkowo urocze, okno skalne jest uznane za jedno z ciekawszych miejsc Północnej Jury. Uznaliśmy, że słusznie i to tutaj spożyliśmy nasze Prowianty :). 
Dalej żółtym szlakiem minęliśmy wywierzyskowe źródła Elżbiety i Zygmunta (to imiona dzieci Zygmunta Krasińskiego), które rozpoczynają Szlak Zjawisk Krasowych w Dolinie Wiercicy. Wiercica jest rzeczką, która nazwę dostała chyba od swojego charakteru - wije się, pojawia i znika - wierci się jak rzadko która rzeczka. Podobno to charakterystyczne dla krasów. Poszliśmy przez Rezerwat Parkowy do Zielonego Stawu, którego inna, bardziej romantyczna nazwa to Sen Nocy Letniej. Stawek rzeczywiście przeuroczy, opodal Źródło Spełnionych Marzeń - kolejne wywierzysko dające początek rzeczce Młynówka; o nim właśnie mówi legenda:
"W sercu źródła prośbę zamień
na zielony, szklisty kamień.
Kiedy rzucisz go za siebie,
spełni prośba się dla Ciebie". Ciekawostką jest to, że chodzi tu (zielony kamień) o żużel powstający przy pobliskim wytopie żelaza. I romantyzm prysł. 
Nie próbowaliśmy, więc nie wiemy czy legenda - wierszyk jest prawdziwa, wiemy natomiast, że mieszka w tym źródełku dziwny stworek - kiełż zdrojowy, który jest reliktem przeszłości i kuzynem krewetki. Da się go wypatrzyć, choć jest bardzo mały. Kawałek dalej jest przedziwny, niczemu nie służący amfiteatr w środku lasu, Grota Niedźwiedzia (znaleziono tutaj szczątki mamutów, nosorożca włochatego, i oczywiście niedźwiedzia; wygląda na to, że dawno, dawno temu było to miejsce schronienia myśliwych). Jaskinię można zwiedzać samemu, ale trzeba mieć latarkę a my nie mieliśmy. Szliśmy jeszcze kawałek wzdłuż jednych z najstarszych w Europie stawów hodowli pstrąga i doszliśmy do Złotego Potoku. I to był koniec naszej super wycieczki. Polecamy.
Aleja Klonowa w Złotym Potoku



Sklepik z ławeczką w Siedlcu :) 

Kamieniołom Warszawski

Staw Zielony - Sen Nocy Letniej

Źrodelko Spełnionych Marzeń







piątek, 11 października 2019

O czym przypominają nam kasztany

32 lata temu zbieraliśmy razem kasztany. Długo by pisać, ale od tych właśnie kasztanów zaczęło się nasze wspólne życie. Swoją drogą to bardzo ciekawe ile ton kasztanów już razem nazbieraliśmy. I co się z nimi stało???
Zauważyliście, że co roku wielu z nas zbiera kasztany, a one potem gdzieś znikają :)
W każdym razie niecałe trzy lata po tych pierwszych wspólnych kasztanach wzięliśmy ślub i kawał czasu już minął. Minęło też wiele różnych innych spraw, w tym dwudziestopięcioletnia przygoda pod tytułem "Nasze dzieci". To znaczy dzieci nadal mamy, nawet jedno więcej (pozdrawiamy naszą Synową), ale dynamika tej przygody bardzo się zmieniła. To prawda, że dzieci wychowujemy dla świata, a nie dla siebie. Nasze są już o wiele bardziej w świecie niż z nami. Taka kolej rzeczy.
A my... świętujemy drugą młodość :) I szczerze mówiąc nie wiem czy to jeszcze resztki tej pierwszej młodości, czy rzeczywiście już druga, ale na pewno nie czuję się staro.
Kolejny raz zauważamy, rozmawiamy i piszemy o tym, że warto.
Warto znaleźć kogoś z kim idzie się przez życie, uczy, rozwija, potyka i wstaje, i idzie dalej. Ktoś, kto czasem i podłoży nogę, ale przecież niechcący, i przecież pomaga wstać.
Warto razem podróżować, zwiedzać nowe miejsca i odwiedzać stare, ale warto i siedzieć w domu, zżymać się na pogodę, brak kasy i urlopu, choroby i w ogóle wszystkie przeszkody. Abo chodzić na spacery w okolicy.
Warto siedzieć w domu i troszczyć się o tego, kto akurat jest chory i nie może się z domu ruszyć, warto czasem zrezygnować ze swoich planów i po prostu być razem.
Warto pić wspólne herbatki i kawki, jeść ciasteczka, obiady, śniadania i kolacje, przynajmniej te, na które czas uda się wydrzeć reszcie świata i obowiązkom. Warto siedzieć w kuchni, przygotowywać te wszystkie rzeczy a potem po nich sprzątać i przygotowywać kolejne.
Warto kłócić się do żywego o ważne sprawy i warto odpuszczać w nieważnych. Warto pamiętać, że przegrywamy i wygrywamy tylko razem.
Warto przebaczać, nie chować urazy, i warto czasem wyjść na durnia.
Warto razem śmiać się do łez, wygłupiać się jak dzieci, i warto razem płakać, trwać w rozpaczy i z niej wychodzić.
Warto przyjmować przebaczenie i pomoc, warto przyznać, że zależymy od siebie nawzajem. Warto przyznać, że nie wszystko jest na mojej głowie.
Warto chodzić za rękę, przytulać się, siedzieć razem na kanapie i oglądać filmy, dyskutować o decyzjach bohaterów i denerwować się, że koniec odcinka jest w najciekawszym momencie.
Wszystko to warto.
Wtedy człowiek patrzy na kasztany i myśli sobie o tym jak dobrze było je zbierać razem w październiku trzydzieści dwa lata temu. I lubi jesień, bo ona niesie ze sobą dobre wspomnienia.

czwartek, 19 września 2019

Źle to robisz!

Robię sobie obiad. Dziś tylko sobie, bo jestem w domu sama. Kolejny raz z dość dużą dozą pewności sięgam do szafki po talerz i... kolejny raz okazuje się, że tam, gdzie się go spodziewałam są zupełnie inne talerze niż te, które chcę. No szaleństwo! Przecież tak się nie ustawia talerzy! Kto tak w ogóle robi?! Hmm... No mój Mąż tak robi. Chociaż po 29 latach pod jednym dachem powinien już wiedzieć jak jest dobrze, a jak źle.
No i doszliśmy do sedna sprawy. Ja robię dobrze, a ty robisz źle. Kropka.
Okazuje się, że w niemal każdym związku bywają takie problemy. Nie startujemy razem jako dwie czyste, białe kartki papieru. Mamy swoje osobne historie, nadzieje i... przyzwyczajenia. I o ile nad historiami, doświadczeniami i nadziejami zwykle pracujemy, bo wiadomo przecież, że są ważne, o tyle te zwykłe, codzienne drobnostki zostawiamy własnemu biegowi. Jakoś się ułoży. I jakoś się układa. Tylko czasem, a nawet zwykle, te codzienne sprawy - sposób układania T-shirtów, wieszanie ściereczek (na płasko czy za uszko?), używanie konkretnych noży do konkretnych rzeczy, ścielenie łóżka i tryliard tego rodzaju spraw, potrafią wyprowadzać nas z równowagi, wkurzać, smucić, rozczarowywać i ograbiać z wdzięczności (bo co z tego, że coś dla mnie zrobił/a, jak przecież źle i teraz MUSZĘ poprawiać; wiesz, ty się lepiej za to nawet nie bierz! Foch!).
Kiedy rozmawiamy o tym śmiejąc się w gronie przyjaciół, bywa nawet zabawnie, ale w życiu...
Ileż to razy nasze najgorsze kłótnie tak niewinnie się zaczynają.
Bardzo trudno jest przyznać, że inaczej niekoniecznie jest gorzej. Nadajemy zwykłej różnicy znaczenie, którego mieć nie powinna. Oczywiście, są sprawy które są zwykłe, codzienne i ważne jak mycie rąk, czy zębów. Ale całe mnóstwo takich spraw naprawdę nie ma tak wielkiego znaczenia jakie skłonni jesteśmy im przypisywać. I nie powinny nas aż tak niszczyć.
Tak sie robi! Tak jest dobrze! Zawsze tak się robiło! Nikt normalny nie robi tego w ten sposób! - Znacie to?

Dwa wyzwania na dziś.
Pierwsze: zastanawiamy się czy to, że najbliższy mi człowiek zupełnie źle wiesza pranie, stawia szklanki czy robi jakieś jeszcze inne rzeczy zupełnie źle (tzn. nie tak jak ja) rzeczywiście jest warte mojej złości. Czy może możemy wypracować jakiś wspólny sposób albo nawet zostać przy tym, że robimy coś inaczej?
Drugie - chcemy stworzyć listę takich codziennych drobiazgów, które choć wyglądają niegroźnie, a czasem nawet zabawnie, potrafią obudzić w nas kogoś, kim wcale nie chcemy być.

Oto lista, która udało się nam zrobić do tej pory:

  • Naleśniki muszą być cienkie / grube
  • Pancake to nie naleśnik (jak nie, jak tak) 
  • Talerze głębokie zawsze należy ustawiać na płaskich (lub na odwrót) 
  • Masło w kostce należy trzymać w lodówce i wyciągać tylko jak jest potrzebne i kroić z boków (lub trzymać mniejsze kawałki w maselniczce w kuchni i nabierać miękkie "skrobiąc" od góry) 
  • Naczynia myjemy zawsze twardszą stroną gąbki (ależ nigdy! Ona jest tylko do garnków!) 
  • Gąbką do naczyń można myć również blaty w kuchni (to nie do pomyślenia,do blatów jest osobna ściereczka lub gąbka) 
  • Koszule i w ogóle ubrania prasujemy i wkładamy do szafy (wkładamy do szafy nie prasowane bo przecież i tak trzeba potem poprawiać) 
  • Krochmalimy pościel (Nie!) 
  • Ścierki kuchenne można nazywać ręcznikami (nie można! ścierki i ściereczki są w kuchni a ręczniki w łazience)
  • warzywa należy obierać nad koszem na śmieci (to okropny pomysł, należy obierać nad miską a potem wyrzucić obierki i umyć miskę)





czwartek, 5 września 2019

Na bocznym torze


Właśnie minął drugi tydzień mojego nic-nie-robienia. Miałam ogromną nadzieję, że o tej porze będę już na chodzie, ale wygląda na to, że lekcja cierpliwości potrwa dłużej. Może nawet znacznie dłużej. 
Leżę sobie, ewentualnie dostojnym krokiem (to urocze określenie sposobu w jaki obecnie się poruszam zawdzięczam Przyjaciółce, która mnie odwiedziła - dzięki Zuzia) przechodzę do wybranych pomieszczeń w domu, od kilku dni mogę też siedzieć wsparta poduszkami. Mam duuużo czasu na przemyślenia. Okazuje się na przykład, że nie jestem aż tak potrzebna innym jak czasem sobie myślę i jak czasem bym chciała. Świat kręci się w zasadzie nie zauważając nawet mojej nieobecności w wielu miejscach, w których przecież być muszę. To czego przez ten czas nie zrobiłam, zrobili inni i to całkiem dobrze, choć pewnie ja zrobiłabym inaczej, lub zostało uznane za niezbyt ważne i nadal zrobione nie jest. Może nawet nigdy nie będzie. I co? Otóż zupełnie nic.
Okazało się też z drugiej strony, że jestem ważna i potrzebna niektórym nawet właśnie teraz. Kiedy kompletnie nic nie robię, kiedy aby napić się ze mną herbaty, trzeba ją sobie samemu przynieść. Albo w ogóle zrobić. I są tacy, którym chce się poświęcić swój czas bo lubią ze mną być. Po prostu. 
I takie wnioski trochę przestawiają życie, priorytety, w końcu organizację czasu. 
Do tego Szanowny Małżonek. Już trzeci tydzień chodzi na wszystkie zakupy, zawozi do lekarza, podaje herbatki, kocyki, słucha o włóczce i nowych pomysłach na robótki, puszcza muzykę, którą lubię, gotuje obiadki, no w ogóle robi sam to wszystko, co normalnie robimy we dwójkę. 
Jak wiadomo, małżeństwo to nie jest usłane płatkami pachnących róż życie w krainie jednorożców, jedzenie samych żelków i rzyganie tęczą z nadmiaru słodyczy. No nie jest. Ale bardzo wyraźnie widzę, że ktoś tutaj bardzo mnie kocha i to nawet w takiej "zepsutej" wersji. 
No i aż czuję się troszkę lepiej i snuję plany na kolejne wspólne wyprawy, spacerki, zdobywanie gór i wspólną pracę. Póki co, ćwiczę cierpliwość. :)
I tak sobie myślę, że to właśnie jest prawdziwa miłość. Niekoniecznie taka z komedii romantycznej, bo naprawdę w życiu bywa bardzo mało śmiesznie i jeszcze mniej romantycznie, ale taka właśnie prawdziwa. Zwykła i codzienna, chodząca do sklepu, przypalająca obiad, czasem zmęczona.
Kiedy zaczynamy wspólne życie łatwo dać się nabrać na "i odtąd żyli długo i szczęśliwie", na panujące wokół przekonanie, że miłość to ciągłe zauroczenie i pławienie się w niegasnącym poczuciu szczęścia - tymczasem zdarza się, że naprawdę nie mamy nic do dania. Albo ten drugi nie ma. Wtedy, czasem dopiero wtedy, prawdziwa miłość ma szansę się nam pokazać i możemy pomagać sobie nawzajem, trwać przy sobie, budować coś razem i... to dopiero jest przygoda! 

poniedziałek, 26 sierpnia 2019

A miało być tak pięknie...

Szczęśliwie wróciliśmy z wszystkich wykładów i obozów, zrobiłam prawie całe pranie, pochowałam większość rzeczy, zabrałam się za kalendarz na jesień, przygotowania i... dokładnie w momencie, w którym poczułam, że zaczynam ogarniać i że jest dobrze, dopadł mnie wściekły ból. Uznano, że to zapalenie korzonków i zalecono leżenie. Bez zaleceń też leżenie, bo okazuje się, że te wszystkie historie o "korzonkach" są ze wszech miar prawdziwe. Rzeczywiście niemal nie można wstać z łóżka. Kolejnego dnia, po dawce leków przeciwbólowych było troszkę lepiej. Wtedy okazało się, że ibuprom max jednak nie jest dla każdego. Żadne tam przedawkowanie. 2x jedna kapsułka jednego dnia i 1x1 kolejnego. Skończyło się kilkoma kroplówkami i paroma godzinami w szpitalu. Ale po wycieczce do szpitala trochę się te "korzonki" rozruszaly i dopiero wtedy się dowiedziałam co to jest ból.
A miało być tak pięknie. Kilka dni odpoczynku i pracy w domu, urodzinowa impreza przyjaciela, a potem tydzień w górach na zakończenie wakacji z zaprzyjaźnioną rodzinką. Potem jesień pełna pracy.
A jest leżenie plackiem...

Co ciekawe, ostatnio zaczęłam przygotowywać kilka wykładów, może postów o emocjach. I od razu zajęcia praktyczne. No bo przecież mam chyba prawo się w tej sytuacji wściec, nie?
Prawo może i mam, ale szkoda życia. Na dodatek złość nie pomaga w leczeniu, no i szkodzi piękności jak wiadomo.
Trzymam więc jak potrafię nerwy na wodzy, dziękuję Bogu, że nie złapało mnie na obozie - lumbago w namiocie to by dopiero było wyzwanie 😁.
Plusem całej historii jest to, że z pewnością sobie odpocznę. No serio NIC nie mogę teraz robić. Pisanie tego co teraz piszę na leżąco i na komórce jest szczytem moich możliwości na teraz i już czuję się zmęczona... Inna rzecz, że trzeba pilnować głowy żeby nie poszła w poczucie winy, że tak sobie beztrosko odpoczywam a robota leży i czeka. I inni muszą dookoła mnie wszystko robić.
"podaj mi proszę herbatę"
"czy możesz podnieść chusteczkę bo mi spadła"
"zrobisz mi kanapkę?"
"jak możesz, to kup po drodze banany, bo mam smaka"
Jakoś często o wiele łatwiej ogarniać i pomagać niż być ogarnianym i o pomoc prosić...
No cóż; podobno człowiek uczy się całe życie. No to kolejna lekcja.

Swoją drogą kolejny raz mam okazję być wdzięczna za Kogoś, kto to wszystko wokół mnie może poogarniać i robi to na dodatek z uśmiechem na twarzy.
Mam się nic nie martwić bo przecież kolejny raz damy radę 🙂

środa, 21 sierpnia 2019

Najpiękniejsze miejsce na świecie


Wakacje powoli dobiegają końca. Kwitnie nawłoć i każdy kolejny spacer przypomina, że lato powoli się kończy. Ostatnimi czasy udawało się nam dopiero w tym mniej więcej okresie przygotowywać się do wakacyjnego wyjazdu. Lato trwało dłużej. Nie tym razem. Czeka nas jeszcze kilka fajnych chwil i bardzo o to dbamy, ale wakacyjny wyjazd jest już w tym roku za nami. Piękne miejsca, cudowne spotkania, nowi ludzie. Z niektórymi być może nasz los zwiąże się na długo, innych spotkaliśmy tylko na chwilę. Ale i taka chwila bywa znacząca.
Jedno z takich spotkań odbyło się w szczególnych okolicznościach. Otóż okoliczności zaistniały w Wenecji. Dalej nie było już aż tak romantycznie, bo zamiast gondoli było vaporetto, czyli tramwaj. Oczywiście w Wenecji jest to pływający tramwaj ale bardzo romantyczny i tak nie jest :)
Zakupiliśmy całodniowy bilet i wybraliśmy się na całodzienne zwiedzanie okolicy. Absolutnie pięknie. Wenecja zachwyciła nas już trzy lata temu, a w tym roku pokazała nam nowe miejsca i zachęciła aby jeszcze tu wrócić. Ale dziś nie o Wenecji (może innym razem), tylko o rozmowie, w której dane nam było uczestniczyć. W weneckim tramwaju, przy otoczonej barierką burcie, spotkaliśmy starsze małżeństwo i mamę z synkiem. Droga trochę trwała, więc dowiedzieliśmy się kilku rzeczy o naszych współpasażerach. Oni o nas zresztą też. Wszyscy byliśmy turystami. Starsze małżeństwo wróciło do Wenecji pięćdziesiąt lat po swojej podróży poślubnej. Wtedy też byli właśnie tutaj. Żartowali, że zmienili się w tym czasie bardziej niż Wenecja  i zastanawiali się czy miasto ich poznaje. Podróż była prezentem od dzieci i wnuków. Byli w wielu miejscach na świecie, ale teraz chcieli być właśnie tu.
Chłopiec, może dziesięcioletni, opowiadał o swoim domu, o koledze z którym spędza zwykle czas, o szkole, i o psie.
Rozmowa zeszła na turystyczne tematy - co widzieliśmy we Włoszech, co polecamy sobie nawzajem do zwiedzenia, gdzie trzeba koniecznie pojechać, a co można sobie odpuścić.
Chłopca rozmowa zaczęła trochę nudzić. W pewnym momencie zapytał starszą Panią:
- A gdzie się Pani najbardziej podobało. Ale tak całkiem. Jakie miejsce jest najpiękniejsze na świecie?
Starsza pani uśmiechnęła się i spojrzała na męża. Powiedziała, że jest wiele pięknych miejsc na świecie i wiele bardzo się jej podobało, ale najlepsze były te, w których była ze swoim mężem. I własnie te miejsca najlepiej wspomina, bo kiedy gdzieś była sama, to też było bardzo pięknie, ale najpiękniejsze są jednak te miejsca, gdzie jest miłość. Tam, gdzie jest to, co kochamy - tam jest najpiękniej.
Mąż przytulił ją delikatnie, kilka osób stojących blisko potwierdzało.
Tak, rzeczywiście, najpiękniej jest tam, gdzie ktoś nas kocha. Fajnie jest czasem być samemu, zobaczyć coś, przeżyć, wejść na jakiś szczyt czy do katedry, ale jednak kiedy jesteśmy z kimś kogo kochamy, piękno jakoś się dopełnia.

Byliśmy w wielu miejscach. I w tym roku i w poprzednich latach, i potwierdzamy - najpiękniej jest w tych miejscach, gdzie udało się nam być razem.

PS.
- A Tobie gdzie się najbardziej na świecie podobało? zapytała chłopca po chwili starsza pani.
- Tutaj! - odpowiedział z entuzjazmem - bo ja proszę Pani, kocham pizzę! A tutaj jest najlepsza! I już jadłem trzy razy!