czwartek, 17 stycznia 2019

Istota małżeństwa - walentynkowa promocja



Jakiś czas temu natknęliśmy się na książkę Timothy i Kathy Keller'ów. Spodziewaliśmy się po prostu kolejnej, pewnie dobrej, książki na temat małżeństwa (a trochę ich przeczytaliśmy), a trafiliśmy na coś co zdecydowanie przerosło nasze oczekiwania. Państwo Keller piszą o małżeństwie z perspektywy własnego, blisko czterdziestoletniego doświadczenia i nie są jedynymi, którzy o małżeństwie piszą. Co zatem wyróżnia tę pozycję na tyle, że z zapałem polecamy ją ostatnio wszystkim znajomym?
Współczesna kultura ma do małżeństwa stosunek ambiwalentny, który wyraża się z jednej strony licznymi romantycznym filmami i obchodzonymi hucznie, i publicznie, ślubami wszelkiej maści celebrytów a z drugiej, równie licznymi zarzutami wobec tejże instytucji, która niszczy tożsamość jednostki, jest narzędziem ucisku kobiet i generalnie zabija prawdziwą miłość. Autorzy mierzą się z tematem bardzo rzetelnie i czasem bez litości przyznają, że takie małżeństwa o jakich często myślimy i w jakich czasem żyjemy, rzeczywiście niczym specjalnie zachęcającym nie są. A jednak nadal wszyscy, choć czasem po cichu, marzymy o porywającej, dozgonnej miłości...
Czy przysłowiowy "tylko papier", słowa tak, chcę i obrączka coś zmieniają? Jeśli tak, to co?
Istota małżeństwa to nie tylko tytuł książki, ona rzeczywiście bardzo uczciwie ukazuje, że nie ma prostej recepty na udany związek dwojga skądinąd różnych ludzi, jednak jest czymś o wiele lepszym od przepisu w stylu "101 kroków do...". Zabiera się właśnie za Istotę małżeństwa, a zrozumienie tej istoty - celu i przyczyny niezwykłej, małżeńskiej relacji może pociągnąć za sobą głębię o jakiej do tej pory nawet nie myśleliśmy.

Dzięki Wydawnictw Szaron, które jest polskim wydawcą książek Timothy Keller'a, mamy dla czytelników naszego bloga 30% zniżki.
Za niecały miesiąc Walentynki i z tej okazji mamy dla Was pomysł na walentynkowy, wieloetapowy prezent. Jaki?
1. Kupujesz ze zniżką książkę. Wstawiasz komentarz, że chcesz tutaj, albo na naszym facebookowym fanpage'u i wysyłamy Ci kod rabatowy. Używasz go przy zakupie na stronie Księgarnia Szaron,
2. Czytasz razem ze swoim współmałżonkiem, przyszłym współmałżonkiem albo sam/sama,
3. Cieszysz / cieszycie się świetnymi rozmowami i wnioskami z  lektury.





piątek, 11 stycznia 2019

U Przyjaciół


Z powodu kilku dni wolnego udało się nam odwiedzić przyjaciół. Przyjaźń - wiadomo, ważna sprawa i dobrze jest mieć kogoś, z kim po prostu jest dobrze. Nawet jeśli jest daleko i paskudna pogoda, warto się zebrać i pobyć razem. Przegadać kilka wieczorów, pójść na spacer, pośmiać się razem, poopowadac stare i nowe historie. Może nawet połączyć się z tymi co za morzem i pogadać i z nimi. 
Kiedyś słyszałam, może czytałam gdzieś, że przyjaźń się buduje a nie dostaje. Trochę się jednak dostaje moim zdaniem; przynajmniej na początku znajomości. To, że jest fajnie, że się rozumiemy, jest na początku jednak gratis. Mija czas, wydarzają się kolejne historie i zaczynamy myśleć o przyjaźni, zaczynamy być dla siebie ważni. Budujemy dalej to, co dostaliśmy. 
Inaczej się nie da, chociaż znamy się dobrze i miewamy odczucie "jakbyśmy się ostatni raz widzieli wczoraj". Tylko dzieci pojawiają się, rosną, uczą, żenią i wyprowadzają z domu:). 
Jedziemy autem z powrotem a ja sobie myślę jakim szczęściem jest mieć Przyjaciół. 


czwartek, 3 stycznia 2019

Trzeci dzień Nowego Roku

No i mamy 3 stycznia a zarazem trzeci dzień wciąż jeszcze Nowego Roku. Przeminęło Świąteczno-Sylwestrowe szaleństwo (które osobiście bardzo ostatnimi laty polubiłam) i życie powoli wraca w tory codzienności. Wielokrotnie przypominał mi się w ostatnich dniach, lub był mi przypominany, Sylwester 2000. Naprawdę całkiem niedawno spędzałam go z Przyjaciółmi i wszyscy się zastanawialiśmy jak to będzie z tymi komputerami. Hmmm... Dzieci, które się wtedy urodziły,  osiągnęły właśnie pełnoletność. Taka historia. Jak dla mnie to nie tyle toczy się kołem, co raczej pędzi coraz szybciej i momentami czuję, że gubię nogi usiłując za nią nadążyć. Mowa oczywiście o mojej własnej małej historii, ale szczerze mówiąc to ona właśnie obchodzi mnie najbardziej i na nią też mam największy wpływ. Co oczywiście nie oznacza, że ta duża Historia nie ma znaczenia. Ma, ogromne, ale nie o niej tu i teraz.
Wracając do przywołanego Nowego Roku 2000, to był on dla mnie dość przełomowym rokiem. Zanim nastał, w dzieciństwie i wczesnej młodości, moja wyobraźnia cierpiała na pewną przypadłość. Otóż nie była w stanie wybiec poza tę właśnie datę. I nie tyle chodzi o 1 stycznia, czy jakąś konkretną kartkę z kalendarza, co o pewne nagromadzenie dat szczególnych. Koniec stulecia, tysiąclecia i w ogóle a do tego ja miałam w tym właśnie roku skończyć 30 lat. Nawet po ślubie, czyli takim aż znowu dzieckiem już nie będąc, nie umiałam sobie wyobrazić co będzie dalej. W tym magicznym roku przypadała oczywiście również okrągła - nasza 10 rocznica. A dalej? Czarna dziura, koniec młodości, życia w ogóle? No nie chodzi o jakieś ponure wizje, nic z tych rzeczy. Nawet myślałam, że coś tam pewnie będzie, ale o ile potrafiłam wyobrazić sobie co będzie za rok, dwa czy pięć, o tyle "po trzydziestce" moja wyobraźnia nie dawała rady. No i wtedy właśnie rok ten nastąpił.
Pamiętam samotny spacer w nocy, rozmowę z Bogiem, z samą sobą, z otaczającym mnie śniegiem, wiatrem. Nie potrafię przywołać konkretnych myśli, raczej jedynie uczucia, które mi w tamtym spacerze towarzyszyły. Spokój, radość, znowu spokój, ciekawość, poczucie, że jestem w dobrym miejscu. Miałam wtedy nie takie już całkiem małe dzieci, męża, przyjaciół, jakieś plany. Pamiętam, napisałam potem jeden z pierwszych w życiu artykulików o tym, że dobrze jest mieć 30 lat. Człowiek nie jest już nastolatkiem, nie szarpie się, nie szuka w panice, zaczyna być dorosły, lepiej rozumie siebie, innych, może z większą lub mniejszą pasją iść w nieznane. Niestety tekst ten zaginął w trakcie licznych przeprowadzek, które nastąpiły potem, a o których przedtem nie miałam jeszcze zielonego pojęcia :)
Minęło 18 lat. Mogłabym się wtedy urodzić i właśnie świętować pełnoletniość.
Coś w tym jest.
Z perspektywy czasu, to, że nie umiałam sobie wyobrazić tego, co będzie się w moim życiu działo, było chyba znakiem jakiejś niezwykłej zdolności przewidywania. Bo dziś moje życie wygląda zupełnie inaczej niż wtedy i rzeczywiście nie można sobie tego było wyobrazić. Ani o tym zamarzyć.
W tym roku będę ostatni raz świętowała "4" z przodu. I chyba mniej to przeżywam niż tę trzydziestkę wówczas. Co ciekawe, pewnie, że jestem spokojniejsza, mądrzejsza, dojrzalsza niż byłam wtedy, ale różnica nie jest aż taka znowu wielka. Mam wrażenie że raczej weszłam wtedy na pewną konkretną drogę i po prostu nią idę. Jestem dalej, to oczywiste, ale na tej samej drodze.
Dzisiaj zapytano mnie o marzenia i plany na kolejny rok.
Okazuje się, że mam ich o wiele więcej niż miałam wtedy. Czuję się jakoś bogatsza w środku., pełniejsza.

Kiedy siedzimy latem na plaży i jest bardzo gorąco jest taki moment, w którym decydujemy się wejść do wody. I ta woda jest zimna. Ta chwila wchodzenia powoduje we mnie zawsze opór, wzdrygam się i mam gęsią skórkę na całym ciele. Wolę rozgrzany piasek i koc. Zimna woda już szczypie mnie w palce, ogarnia i w końcu się zanurzam. Pływam, ciało przyzwyczaja się do chłodu. Orzeźwienie. Dla mnie o jedno z absolutnie najcudowniejszych doświadczeń, po którym tym cudowniej jest wrócić na brzeg i znów się grzać.
O takim roku marzę i takiego Wam życzę.

czwartek, 6 grudnia 2018

Mikołajkowa wycieczka

Dzisiaj Świętego Mikołaja. Zamiast dostać prezent jedziemy kupić nowe auto. Nowe dla nas, bo ma 15 lat. Przy okazji mamy wycieczkę bo jedziemy aż pod Wałbrzych. Jedziemy z przyjacielem autem (dzięki, Panie, za przyjaciół) podziwiamy zimowy krajobraz. Z lewej mijają nas ogromne klucze gęsi - co one tu robią o tej porze?
Wspaniale, że możemy pojechać razem i po ostatnich szalonych miesiącach wykroić kilka chwil dla siebie. Kolejny raz widzimy jakie to ważne. I może się nawet nie chcieć zbytnio, bo znów gdzieś się tłuc, bo tyle spraw przed Świętami, bo przecież nie jest konieczne abyśmy jechali razem, można lepiej wykorzystać czas. No pytanie czy rzeczywiście lepiej. Efektywniej - może, ale czy lepiej?
No i postanowiliśmy zrobić sobie wycieczkę, odwiedzić przyjaciół i córkę, mieć fajny, dobry dzień. Zamiast być może nawet i efektywniej spędzonego czasu wybraliśmy tworzenie wspomnień. Za kilka lat będziemy opowiadać sobie i innym jak w Mikołajki jechaliśmy po nowe auto.

środa, 26 września 2018

Powrót z Camino


Minął już ponad tydzień od naszego powrotu z Camino. Byłby czas na podsumowanie. Tylko żeby podsumować dobrze nasze dwadzieścia dni wakacji potrzebowałabym chyba...dwadzieścia dni :)
Czy warto iść na Camino? TAK!
Ale muszę przyznać, że niemal wszystko wyglądało przynajmniej trochę inaczej niż sobie to wyobrażaliśmy. I jak rozmawialiśmy z osobami, które spotykaliśmy po drodze, miały w większości podobne przemyślenia. Więc nie warto za bardzo się nastawiać na coś bardzo konkretnego.
Przeszliśmy 360 km szlaku - to daje sporo ponad 400 km "w nogach", bo nie liczyliśmy szwendania się po miastach, a w samym Porto przeszliśmy koło 40 km. Nogi bolą ale nie aż tak jak się obawialiśmy. Fakt, byliśmy dość dobrze przygotowani - od kwietnia chodziliśmy dużo i zrobiliśmy trzydniową próbę na Jurze. Mieliśmy też dobre, lekkie buty - widzieliśmy stopy osób, które wybrały się w porządnych trekkingowych butach za kostkę, takich w sam raz na jesienne Tatry, i to nie był przyjemny widok. U nas obeszło się z wynikiem po jednej honorowej blazie (czyli pęcherzu). Na prawdę nie było źle. Kręgosłupy też dały radę z plecakami - znów fakt; udało się nam całkiem dobrze spakować. Wygląda na to, że nie mieliśmy niepotrzebnych rzeczy, ani nic nam nie brakowało. Plecaki 7 i 10 kg, do tego okresowo butelka wody, sok w kartoniku, owoce. Genialnym posunięciem, mimo wielu wątpliwości, okazało się zabranie namiotu. Trzeba było nieść dodatkowe 2,5 kg (Janusz), ale cena i warunki na polach namiotowych okazały się bezkonkurencyjne. Basen po całym dniu wędrówki był dokładnie tym, czego potrzebowaliśmy. W albergue spaliśmy raz i wcale się nam nie podobało. Ale z opowiadań wynika, że źle trafiliśmy i większość tych schronisk jest fajniejsza. Możliwe, ale pola namiotowe w naszym przypadku wygrały. I było na nich całkiem sporo caminowiczów, z którymi można było pogadać albo iść dalej w drogę. Kilka razy spaliśmy "na dziko" - przy kościele, na parkingu z ławkami za miastem i to tez było fajne (i tanie).
Jedzenie - z naszych doświadczeń wynika, że w takiej podróży je się zdecydowanie mniej niż normalnie. Jest ciepło, więc nie trzeba się dogrzewać i ciekawie, więc nie ma czasu na kombinowanie z jedzeniem. U nas tak to działa. Rano kawa i ciasteczko - zwłaszcza w Portugalii nie warto nawet myśleć o innym śniadaniu. Kawę prawdopodobnie sprowadzają z Olimpu i prawdopodobnie to ten napój był kiedyś nazywany ambrozją. No i wreszcie dokładnie wiemy co oznacza sformułowanie "poezja smaku". Minus taki, że teraz żadna kawa tak nie smakuje. Ale spotkanie z doskonałością było tego warte.
Potem pieczywo, pomidory, oliwki, wędlina (tu z kolei wygrywa Hiszpania), owoce, soki, woda w ciągu dnia. Kilka razy, ale nie codziennie, obiad w knajpie. Francesina w Porto (gorąca kanapka, która jest obiadem), menu del peregrino (czyli obiad pielgrzyma - pieczona, bajeczna ryba, pieczone ziemniaki, pieczona papryka,  butelka wina), ośmiornica, kalmary, takie tam :). Niewiele, ale ...

Taka długa, piesza podróż odbywa się w zupełnie innym tempie. Rozmawialiśmy o tym nawet trochę z Olą, którą poznaliśmy na Camino, i która trochę z nami szła. Człowiek jest przyzwyczajony do tempa samochodu, roweru, idzie na spacer i tyle. A tutaj na przykład takie wyspy Ilas Cies towarzyszyły nam prawie cztery dni ukazując się co kilka godzin z innej perspektywy. Mijaliśmy każde drzewo, krzak w "ludzkim tempie", jak mówiła o tym Ola. Był czas na motyle, na kwiaty, kształty liści, kamienie, kolory, zapachy (oj, ten zapach sosnowo-eukaliptusowego lasu ...). Spokojna, powolna zmiana piaszczystych długich plaż Portugalii, na pełne ptaków przybrzeżne skały,  potem wzgórza i lasy, kolejne zatoki, w końcu wzgórza, miała zupełnie innych charakter niż przejechanie porównywalnego odcinka samochodem. Niby widzimy to samo, ale różnica jest ogromna.

Co podobało się nam najbardziej?
Asia - lasy, bajeczne kwiaty, których pełno tu we wrześniu, kawa i ciastka w Portugalii, niesamowite, długie fale na plażach, pewna prostota życia - "zwijamy namiot i idziemy", pływanie w oceanie, spotkani ludzie, atmosfera w Santiago, Madryt (tak wiem, to już nie camino)
Janusz - kawa i ciastka w Portugalii, baseny na polach namiotowych, frencesina i ośmiornica, widoki, nocleg pod palmą, czas na luzie i to, że myśleć trzeba było jedynie o tym gdzie pójdę i co będę robić w danym dniu, zabytki.
Dla nas obojga był to też fantastyczny czas "we dwoje". Fakt, że razem pracujemy i ogólnie, zwłaszcza od czasu jak nasze dzieci się wyprowadziły, dużo czasu spędzamy razem, wcale nie oznacza, że nie potrzebujemy razem, tylko we dwoje pojechać na wakacje. Czas, w którym nie pracujemy, nie planujemy kolejnych zadań, tylko po prostu jesteśmy razem, okazuje się nam bardzo potrzebny. Teraz bomba! Jesteśmy bardzo z siebie dumni i wdzięczni Bogu za pomoc, bo... od wyjścia z domu aż do samego powrotu ani razu się nie pokłóciliśmy!!!
To dopiero jest coś, nie? Trzy podróże samolotem, zwiedzanie trzech dużych miast (Porto, Santiago, Madryt), kilkunastokrotne stawianie i zwijanie namiotu, przerwy na kąpanie, jedzenie, wybór knajpy a w nim stolika, zamówienia w języku, którego kompletnie nie znamy, zakupy, "kiedy startujemy", "dokąd dziś musimy dojść", "co zwiedzamy" i mnóstwo innych drobnostek. I... nic. Przyznajemy, że kilka razy atmosfera zaczynała gęstnieć, bo ktoś coś powiedział, albo właśnie nie powiedział, albo powiedział, ale takim tonem, że..., ale serio - anie razu się nie pokłóciliśmy. No czysta idylla!
Sami jesteśmy w ostrym szoku.

Dwadzieścia dni wakacji, wędrówki, zwiedzania i ...koniec. Wracamy do domu, do codzienności, do pracy, do naszego miasta, do jesieni i nadchodzącej zimy i myślimy sobie, że tak jest dobrze. Brzmi trochę jak zaklinanie rzeczywistości, ale tak nie jest. Jedną z najlepszych rzeczy, którą z Camino wynieśliśmy jest docenienie zwykłych codziennych dni. Fantastycznie było być w drodze, nie przejmować się żadnymi sprawami, niczego nie ratować, o nic się nie troszczyć a jedynie zwijać namiot każdego kolejnego dnia i iść dalej, zwiedzać nowe miejsca, pić portugalską kawę, jeść ciasteczka i ośmiornice, jasne, że tak. Ale nasz dom jest tutaj.
I wspaniale było poznawać nowych ludzi, rozmawiać z nimi, iść jakiś czas wspólną drogą. Pewnie; cudowne doświadczenie, ważne i potrzebne. Ale to tutaj są nasi Przyjaciele, z którymi naprawdę dzielimy życie. To już nie jest tylko kilka przegadanych godzin, kilka wspólnych kilometrów. Nasi Przyjaciele to ludzie, którzy wiedzą o nas o wiele więcej niż to, co chcielibyśmy im powiedzieć w kilka nawet godzin wspólnej rozmowy; znają nas, widzieli w różnych sytuacjach, przeszli z nami kawał wspólnego życia i... idziemy razem dalej. Naprawdę dzielimy z Nimi życie.
Jednym słowem na Camino było wspaniale, ale to tutaj, w domu znów zanurzyliśmy się w prawdziwym życiu.
krużganki katery w Porto

Porto






A Guarda




Vilanova de Arousa

Vilagarcia de Arousa

Katedra w Santiago de Compostela


sobota, 15 września 2018

Camino Plus :)


Nasze Camino skończyliśmy w środę. Doszliśmy dzielnie i bardzo polecamy taka wyprawę. Na podsumowanie będzie jeszcze czas, bo jeszcze nie wróciliśmy do domu. Cały czwartek spędziliśmy w Santiago. Genialnym pomysłem kolejny raz okazało się zabranie namiotu. Camping w Santiago jest wprawdzie prawie 3km od centrum i tę drogę też musieliśmy przejść, ale dobra cena i basen...
Pływanie w chłodnej wodzie po całym dniu drogi jest po prostu fantastyczne. Rano wstaliśmy i... nie mieliśmy już do przejścia kolejnych kilometrów. Ale dziwnie! Pewnie dlatego poranne zbieranie się zajęło nam znacznie więcej czasu niż do tej pory. Kolejny dzień w Santiago. No po prostu cudownie! Atmosfera miasta urzekła nas jeszcze chyba bardziej niż wczoraj. Wieczorem, na schodach katedry byliśmy melomanami - odbył się koncert na którym grała... Banda Municipal de Musica z Santiago. Już było fantastycznie, a dopiero się ściemniało. Wieczorem, oprócz kilku miejsc z doskonałym jedzeniem, trafiliśmy jeszcze na koncert - imprezę. Hiszpańska muzyka, 10, może 12 grających i śpiewających i rozbawiona, często tańcząca ekipa turystów. No atmosfera jak z filmu o Hiszpanii! Posiedzilismy trochę i trzeba było się zbierać. Pożegnaliśmy Santiago z okien najpierw autobusu a potem samolotu, który... leciał do Madrytu. I tu właśnie doleciał. Najpierw odbyło się "zwiedzanie" ogromnego lotniska. Ale w końcu się udało i dotarliśmy do hostelu. Zostawiliśmy plecaki i poszliśmy na miasto. Trudno mówić o zwiedzeniu Madrytu w jeden dzień, ale w każdym razie dotknęlismy miasta. Imponujące! Zmiana ze spokojnych wiosek, polnych dróg i centrum Santiago na stolicę jeszcze potęguje wrażenie. Mieliśmy też okazję zdziwić się sobą. Zareagowaliśmy na to odwrotnie niż byśmy się spodziewali. Asia jest zachwycona, podoba się jej że ogrom, rozmach i tyle ludzi a Janusz zachowuje nieco większy dystans. A to niespodzianka!
Dziś wracamy do domu.



środa, 12 września 2018

Camino 16 A Picarana - Santiago de Compostela

No i dotarliśmy do Santiago.
Rano pobudka jak zwykle o 7.00, zwijanie namiotu, kilka kroków (i tym razem naprawdę kilka kroków a nie 12 km) na śniadanko i w drogę. Trzeba przyznać, że teraz widać już prawdziwe tłumy caminowiczów. W zasadzie nie było momentów, w których przed albo za nami nikt by nie szedł. Minęliśmy kilka wiosek i... zaczęło się Santiago. Po drodze poznaliśmy jeszcze Beatę z Nowego Sącza, która od kilku lat mieszka w Szwajcarii i duża część drogi upłynęła nam na super rozmowie. Pozdrawiamy Beatę i Jej rodzinę :)
Samo Santiago zrobiło na nas duże wrażenie. Imponujące w zasadzie. Może z powodu kontrastu z ostatnio mijanymi malutkim miejscowościami, może z powodu 360km w nogach, nie wiemy, ale zrobiło.
Spotkaliśmy się z "naszą" Olą z Gdańska, umówiliśmy się na wieczór i ruszyliśmy na pole namiotowe - prawie 3km za miastem. Warto było. Dobra cena i basen zwróciły nam poniesionybtrud dodatkowej drogi. Kąpanko, chwila odpoczynku i z powrotem do starego miasta. Spotkaliśmy się z Olą i poszliśmy razem na kolację. Trafiliśmy w cudowne miejsce, pełne ludzi, z fantastycznym jedzeniem. Tej kolacji długo nie zapomnimy.
Wieczór w Santiago absolutnie nas zaczarował. Restauracje, kawiarnie, stare domy, muzyka... W końcu pożegnaliśmy się - Ola jutro wraca i... wróciliśmy na pole o wiele później niż zamierzalismy, ale kolejny raz to napiszę - warto było.