czwartek, 16 listopada 2017

Kiedy jest za późno na zmiany?

Jak można się zorientować po naszym fanpage'u na Facebooku i Instagramie - znów jesteśmy na Exit Tour. Tym razem w Wodzisławiu Śląskim. Dobrze jest. Więcej o samym Exit Tour można znaleźć (tutaj), a dzisiaj nieco więcej o tym dlaczego w ogóle się tym zajmujemy. Temat wybrałam trochę z powodu pewnej rozmowy w dniu wczorajszym, która odbyła się między mną a dziewczyną z jednej ze szkół, w których realizujemy program Exit. Warto nadmienić, że dziewczyna miała lat 17, a program opiera się na profilaktyce dla uczniów szkół ponadpodstawowych. Dlaczego profilaktyka? Ano dlatego, że dawno już mądrzy ludzie uznali, że lepiej zapobiegać niż leczyć i dlatego, że sami też tak uważamy. Szczególnie od czasu, kiedy to osobiście przekonaliśmy się, że stawianie wszędzie gaśnic przeciwpożarowych naprawdę ma sens. Wydaje się na to mnóstwo czasu i energii i w zasadzie nie wierzymy, że do czegokolwiek oprócz przestrzegania przepisów się to przydaje, a tu proszę... okazuje się, że ma to jednak sens i czasami użycie takiej gaśnicy ratuje nas przed stratami o wiele, wiele większymi niż wydatki na rzeczoną gaśnicę. I dlatego profilaktyka. Może akurat ktoś zastosuje nasze rady i zamiast uczyć się na własnych błędach zrobi coś właściwego zanim nabroi. Podobno mądry Polak po szkodzie; niektórzy twierdzą, że i przed szkodą i po szkodzie głupi, ale... póki życia, póty nadziei. No i rozmawiamy z ekipą Exit o różnych sprawach, problemach, i decyzjach, które przed tymi młodymi ludźmi stoją. Jak zdecydują, tak będzie wyglądało ich życie; decyzje, które właśnie zapadają, określą ich nie tylko najbliższe dni i lata. Dlatego to jest ważne.
Ale dotyczy nie tylko młodych ludzi. Każdy z nas podejmuje różne decyzje, dokonuje ważnych, czasem kluczowych wręcz wyborów i żyje w ich konsekwencjach. No i wreszcie wracamy do mojej wczorajszej rozmowy. Dziewczyna, a z nią cała klasa zastanawiała się czy decyzje, które już zapadły są niezmienne. Czy nie jest już za późno na zmiany? Przypominam, że rozmawiamy o osobie. która ma obecnie 17 lat!
I jasne, że są takie sprawy, których konsekwencje niesiemy z sobą całe życie, ale na prawdę dużo możemy zrobić w każdym wieku. 
Zajmujemy się, jak wiadomo, głównie relacjami. Naprawdę to nie wiek ani długość okresu "błędów i wypaczeń"pozwalają (lub nie) na odbudowę, odnowienie naszej więzi. Jeśli chcemy, możemy wszystko naprawić póki jeszcze oddychamy. Potem rzeczywiście już nie.
Ale ta młoda dziewczyna uświadomiła mi, że każdy, nawet tak młodziutki człowiek, niemal u progu swojego życia, bywa kuszony myślą, że wszystko jest już stracone, że jest po prostu za późno. 
A to nie prawda!
Niekoniecznie będzie to łatwe, nawet na pewno nie obędzie się bez walki, potu i łez... Ale warto! Za dużo widziałam cudów nowego życia i odbudowanych bliskich relacji żeby w to wątpić. 
Póki żyjemy, póty jest dla nas nadzieja; możemy odbudować to, co zepsuliśmy. To naprawdę nie wiek ani ilość krzywd decydują. Decydujemy my sami.

czwartek, 9 listopada 2017

Sądny dzień

Podobno jednym z większych źródeł stresu we współczesnym świecie jest wolno działający internet i ogólnie "mulący" komputer. Nie sprawdzałam tego bardzo wnikliwie, ale wydaje się to dość prawdopodobne. My już od jakiegoś czasu doświadczaliśmy tego stresu tym bardziej, że korzystaliśmy ze starego systemu, który niemal ciągle informował nas o tym, że nie jest już wspierany i nic, ale to nic nie będzie dobrze działało. Może trochę dramatyzuję, ale tylko trochę. W każdym razie nastał ów dzień. Po zaopatrzeniu się w stosowne urządzenia, programy i takie tam, Mąż wcielił się w rolę Pana Od Komputerów i zabrał się do roboty. Fizycznie, nie jest to ciężka praca, ale jak dawno już zauważył Pan Murphy - jeśli coś może się nie udać, nie uda się na pewno. Zgodnie z jego prawami (pana Murphy'ego) nie wszystko okazało się proste i stąd tytuł dzisiejszego posta. No bo tego typu działania zwykle właśnie taki sądny dzień przypominają. Chyba znów trochę dramatyzuję. Ale tylko trochę :).
Mąż nieco się zdenerwował, kiedy komputer, który "nie widzi" klawiatury z uporem godnym czegoś większego nalegał "wciśnij ENTER". No ciekawe jak to zrobić! 
Generalnie takie rzeczy zajmują jakieś dwa do trzech razy tyle czasu ile zostało zaplanowane. Jakimś pomysłem jest planowanie śmiesznie krótkich chwil na takie zajęcia w nadziei, że uda się oszukać system i uda się zamknąć sprawę w jakimś rozsądnym czasie. Pracujący nad sztuczną inteligencją powinni się tym poważnie zainteresować, bo to się jakoś nigdy nie udaje. Złośliwość rzeczy martwych mówią jedno, ale inni twierdzą, że do bycia złośliwym potrzebna jest pewna doza inteligencji...
W każdym razie dzieje się, a my jak na razie ciągle wychodzimy z tego obronną ręką. Jak wiadomo w takie dni bardzo łatwo jest zapomnieć o tych wszystkich miłych słowach, wielkiej miłości, a nawet elementarnej uprzejmości, trudno natomiast docenić obiad, zrobić herbatę i nie burczeć na siebie nawzajem. Życie. I nie ułatwia sprawy grubszy porządek w kuchni w wykonaniu drugiej połowy naszego małżeństwa. Ani to, że nie wszystko udało się kupić (bo zapomniałam...), i muszę pisać na laptopie, a nie lubię, i trzeba z YouTube'a uczyć się jak podzielić dysk na partycje. A ten nowy dysk chrupie prawie tak jak stary, a zmień tę muzykę na jakąś prawdziwą muzykę... Macie to?
No własnie. 
Ale w takie dni też możemy jednak być dla siebie po prostu mili, możemy o siebie nawzajem dbać, dawać sobie trochę więcej przestrzeni i trochę więcej się troszczyć. Trochę się jednak postarać. I trochę pomyśleć. I nie palnąć "to może jednak poproś Rysia o pomoc, sam proponował", bo przecież sama tłumaczę innym kobietom, że mężowi się tego nie robi. To On jest przecież najlepszy na całym świecie i tak ma być :) (a jak coś mu się nie uda, to przecież w końcu znajdzie jakiegoś specjalistę; a i tak zna się na tym lepiej niż ja). I można przytulić i powiedzieć, że się lubimy, i zrobić serduszko z jakiegoś niepotrzebnego drucika, i powiedzieć, że pyszny obiad i iść na kawę do zaprzyjaźnionej kawiarni, w której ktoś ma dziś urodziny, i zaplanować, że o 21.00 kończymy wszystkie prace - najwyżej zostaną na jutro (albo zrobić wszystko do końca, żeby jutro wstać w nowym świecie - jak kto woli :); można mieć naprawdę dobry dzień.
Wtedy okazuje się, że taki sądny dzień można wygrać :) i na dodatek mieć kilka fajnych wspomnień.

czwartek, 2 listopada 2017

Samowystarczalność?

Miniony tydzień spędziliśmy w Nowym Tomyślu i Zbąszyniu z projektem Exit Tour. W projekt zaangażowane jest w sumie kilkadziesiąt osób i raczej nikt się nie nudzi. Każdy robi co innego. I ta praca się uzupełnia w sposób, który daje o wiele więcej niż proste dodawanie naszych umiejętności, możliwości, czasu i tego wszystkiego, co w projekt wkładamy. Z drugiej strony czasem ktoś kogoś denerwuje, ktoś robi coś inaczej niż ja bym zrobiła - i to jest koszt współpracy tego rodzaju. Coś za coś, ale warto. I to jeszcze jak!
Po projekcie, ponieważ byłam już i tak niemal na drugim końcu Polski - odwiedziłam bliską mi osobę. Nie żeby przyjaciółkę z przedszkola; poznałyśmy się dużo, dużo później, jako dorosłe, zamężne i "dzieciate" kobiety i coś zaskoczyło. Podobne wartości, podobna sytuacja rodzinna, kilka długich rozmów i narodziła się przyjaźń. Trwa kilka lat. Odpoczęłam w weekend u przyjaciółki jak dawno już mi się nie udało. Nawet kiedy, a zdarzało się kilka razy, miałam dwa czy trzy dni tylko dla siebie, jakoś ten odpoczynek był nie do końca taki jak bym chciała. A tutaj - proszę. Kilka litrów herbaty, jakaś (pyszna) zupka na obiad, chlebek, powidła śliwkowe, pogaduchy, szybki wypad na zakupy... No było naprawdę cudnie. Poznałam kawał
Jej życia, ludzi, z którymi ma wiele wspólnego i tych, którzy goszczą w nim tylko na chwilkę, kiedy kupuje pyszny chlebek z ziarenkami czy jabłka. Przy okazji odgrzebałam starą pasję :).
I taka jest przyjaźń. No potem tłukłam się trochę przegrzanym pociągiem, nie na wszystkie tematy mamy to samo zdanie, ale warto. I to jeszcze jak!
Kiedy wracałam tym właśnie pociągiem byłam w zasadzie jedynym pasażerem jadącym samotnie. Jakoś tak się złożyło, że w przedziale oprócz mnie jechały trzy starsze panie-koleżanki (były w odwiedzinach u czwartej), dwie zaprzyjaźnione studentki, które chyba dobrze się nie znają, ale od początku roku akademickiego jeżdżą razem, i jedna para - dziewczyna co chwilę spoglądała na piękny, delikatny pierścionek. Wszyscy rozmawiali, pomagali sobie, pilnowali bagażu, kiedy ktoś wychodził z przedziału, dzielili się kanapkami. A ja jechałam sama. I nawet nie było mi smutno, bo jechałam od przyjaciółki do domu, a lubię jedno i drugie, ale obserwowałam i myślałam sobie. A kilka godzin na te obserwacje miałam. 
Nie chciałabym nigdy, przenigdy dojść w moim życiu do takiego momentu, w którym stwierdzę, że do szczęścia nie są mi potrzebni inni ludzie. Bywają okropni, nie rozumieją mnie, wkurzają, denerwują i wyprowadzają z równowagi, ale dzięki nim jestem tym, kim jestem. To oni mnie kochają, zależy im. Ja też bywam denerwująca, samolubna i niczego nie rozumiem. Bywa. Cieszę się, że Ci, na których mi zależy jakoś to wytrzymują i staram się, aby mieli ze mną jak najmniej kłopotów :).
  Dużo się mówi, pisze o konieczności bycia samowystarczalnym, i na pewnym poziomie, oczywiście trzeba być sobą samym, niekoniecznie wprost uzależniającym swoją wartość czy dobre samopoczucie od zdania czy opinii innej osoby, jasne, że tak. Ale jeśli dojdę do takiego momentu, w którym zdanie czy opinia innych naprawdę w ogóle nie będzie mnie obchodziła, stanę się zimna, smutna i nawet nie będę wiedziała jak bardzo samotna... A tego bym nie chciała. 
No i znów okazuje się, że mają rację ci, którzy twierdzą, że życie jest sztuką.



czwartek, 26 października 2017

Jak to? Już miesiąc?

.
Ciężko mi uwierzyć, że to już miesiąc, a i nie mniej ciężko było uwierzyć, że to się w ogóle naprawdę dzieje. Patrząc w tył wiem, że wydarzyło się wiele przez całe te ponad 30 dni, które już z Kasią jesteśmy małżeństwem. To niesamowite jak szybko mija czas, jeśli człowiek po uszy zajęty jest działaniem. Byliśmy na wspaniałej podróży w Izraelu, zdążyliśmy posiedzieć na walizkach bez domu, to u jednych rodziców, to u drugich i finalnie znaleźć mieszkanie, z którego jesteśmy niezmiernie szczęśliwi i do którego serdecznie zapraszamy na kawę/herbatę/ciasto/wino :) Jednak chcę pisać o ślubie, a nie o pierwszym miesiącu naszego wspólnego życia.
Dzień ślubu to był armagedon, naprawdę. Bieganie od samego rana, załatwianie spraw nieogarniętych przed przypadek, bądź świadomie pozostawionych na ten dzień: kwiaty, przyjazd ludzi, szczegóły ceremonii, ubranie się, przywiezienie Marty, która miała pomalować Kasię i inne. Cały, absolutnie cały poranek biegaliśmy jak poparzeni. Później ceremonia. To się dzieje, nie ma już nad czym się zastanawiać. Pastor mówi kazanie, obok mnie zestresowana, piękna Kasia, za mną tłum: rodzice, siostra, rodzina, przyjaciele. Odwracam się i widzę uśmiechnięte twarze, wzruszone tak ważnym dla mnie wydarzeniem. To absolutnie niesamowite kiedy ludzie ważni dla mnie są ze mną w tak ważnym momencie. Dzięki Wam za to! Także moc życzeń i wiadomości od ludzi, którzy nie dali rady dotrzeć do Piotrkowa na ceremonię - to było na maksa wzruszające, kiedy życzyliście nam wszystkiego najlepszego przez wiele jeszcze dni po ślubie!  
Składam przysięgę; myśl o tym, że moja ukochana staje się w tym momencie moją żoną, że wiążemy się węzłem, który rozwiązać może tylko śmierć jest niesamowita, zapierająca dech w piersi, Kasia w zeszłym tygodniu mówiła, że jeśli nie byłaby absolutnie i bezgranicznie pewna, gdyby dzień wcześniej nie przemodliła i nie przemyślała jeszcze raz tego tematu, nie udźwignęłaby brzemienia tej przysięgi i chyba by uciekła. Ja reagowałem na to zupełnie inaczej. Wcześniej zupełnie pewny i niezestresowany byłem teraz totalnie odcięty od mojego emocjonalnego świata, głęboka radość miała przyjść dopiero później. Działałem wyłącznie w trybie zadaniowym: podpisanie dokumentów, pamiętanie gdzie podpisy, żeby nie wypinać się do ludzi, starałem się wszystko ogarniać, emocje nie dotarły nawet gdy zagrała muzyka. Zaczęły docierać powoli, dopiero w trakcie składania życzeń i pojawiły się w pełni w samochodzie, gdy jechaliśmy na salę weselną. To absolutnie był najpiękniejszy dzień mojego życia!
Czekam na więcej i z całego serca dziękuję tym, którzy byli z nami wtedy fizycznie w kościele i tańczyli na weselu do piątej rano, ale także tym, którzy wspierali nas duchem. To wspaniałe mieć tak cudownych znajomych i przyjaciół.
Dzięki.
Marek

czwartek, 19 października 2017

Zdobywanie umiejętności

Małżeństwo to nie stan, lecz umiejętność...Hmmm...
Sama bym tego nie wymyśliła, ale im dłużej jestem żoną, tym bardziej jestem przekonana, że to prawda. I, że jak każdej niemal innej umiejętności - można się tego po prostu nauczyć. Po prostu nie oznacza, że jest to zawsze łatwe, lekkie i przyjemne. Po prostu oznacza, że jest to dość proste. Po prostu trzeba brać pod uwagę zdanie, marzenia, opinie, oczekiwania, humor, pragnienia, potrzeby, zachcianki, zmęczenie, i wiele jeszcze innych tej drugiej osoby. I być w tym wiernym. Łatwe to to nie jest. W każdym z nas tkwi gdzieś głęboko (albo czasem wyłazi zupełnie na wierzch) jakaś taka wredna istota, która z ogromnym zaangażowaniem dba byśmy przypadkiem nie zapomnieli o sobie. Absolutnie nie chodzi mi tutaj o to, że jedno z małżonków powinno być na każde skinienie i rozkazy drugiego. Branie pod uwagę nie oznacza natychmiastowej realizacji wszystkiego co zostało wymienione. Oznacza dokładnie to, co jest napisane - branie pod uwagę. I to czasem jest nawet trudniejsze...
I można się tego nauczyć. Proste nie zawsze oznacza łatwe. A nawet zwykle nie oznacza, bo wolimy czasem żeby coś było skomplikowane - wtedy zawsze możemy powiedzieć, że "to dla mnie za trudne". I już. 
Tymczasem w życiu niestety bardzo często zawalamy rzeczy najprostsze. Jak to? No na przykład tak: wybieramy czas przed telewizorem zamiast z żoną/mężem czy dziećmi. Ale przecież razem siedzimy przed tym telewizorem... Albo kolejny raz wściekamy się o jakąś głupotę zamiast wykazać się cierpliwością i zrozumieniem. Albo z kolei wykazujemy się niezrozumiałą wręcz cierpliwością połączoną z prawdziwie oślim uporem i robimy coś "po swojemu" zamiast dać się przekonać i zrobić tak jak on/ona by chciał/a. Sama pisząc te słowa mam taką malutką myśl - ale niby z jakiej racji? Co to niby moje sposoby są złe? 
Dzisiaj jakąś chwilę temu byłam na zakupach. Mają w sklepie taką fajną kasę "bez słodyczy". Podobno jest to kasa przyjazna dzieciom. Przy okazji - ciekawe co sądzą o tej przyjazności dzieci... Raczej jest to kasa przyjazna rodzicom i ułatwiająca życie osobom, które od półtora roku mocno ograniczają słodycze. Jak na przykład ja. Ale do rzeczy - stałam sobie w zwykłej kasie (bo szczerze mówiąc wybrałam tę z najkrótszą kolejką, która szła najwolniej; zawsze wybieram właśnie tę) i przyglądałam się półeczkom. Czym dłużej się przyglądałam przez całe 4 minuty stania w kolejce, tym słabsze stawały się moje postanowienia dotyczące niekupowania słodyczy. Pod koniec miałam smaka na wszystko. Ale półtora roku ciężkiej pracy nie może przecież tak od razu wziąć w łeb. Rozsądek i silna wola wzięły więc górę i nie kupiłam żadnego słodycza.* Drogę powrotną osładzało mi poczucie zwycięstwa. Jak wróciłam do domu, zjadłam 4 pyszne śliwki. Jestem szczęśliwym człowiekiem i nie mam już wcale ochoty na słodycze. Nigdy ich nie kupię, bo są niedobre, psują zęby, męczą żołądek i osłabiają odporność. I tuczą. Nawet już na nie nie spojrzę. O! Moje przyzwyczajenia i styl życia zupełnie się zmieniły. Uwielbiam regularnie ćwiczyć, jeść trociny i pić 2,5 l czystej wody każdego dnia.
Od znaczka * kłamałam... Przepraszam
To trochę dłuższa walka. 
To o śliwkach było prawdą. Serio były pyszne, ale niestety dalej nie pogardziłabym czekoladką. Albo ciasteczkiem. Ok, dwoma. Tyle tylko, że rozsądek i zalecenia lekarskie zwyciężają. (chyba z czterech niezależnych od siebie lekarzy zalecało mi schudnąć te półtora roku temu. W sumie to do tej pory mam podejrzenia, że to jakaś zmowa w NFZ...). 
Bardzo proste i bardzo trudne jednocześnie.
I mam wrażenie, że z tą umiejętnością bycia w małżeństwie jest czasem bardzo, bardzo podobnie. I muszę bardzo się pilnować zwracając uwagę na to, co je buduje, a co niszczy. I wybierać to, co buduje. I znów i znów. I kolejny raz. 
I okazuje się że warto. Że 30 tysięcy powtórzeń naprawdę tworzy nowy nawyk (kiedyś pisałam o tym TUTAJ). I każdy kolejny raz jest łatwiej. Mogę się nauczyć nawet jeśli dziś nie umiem. 
I to jest bardzo dobra wiadomość


wtorek, 10 października 2017

Randka sprzed 30 lat


Kalendarz nie kłamie. Jakby nie liczyć od 10 października 1987 roku minęło dziś równo 30 lat. A tym samym, te same 30 lat minęło od Naszej Pierwszej Randki!!! Ogrom czasu, nie?
A było to tak:
Od jakiegoś już czasu znaliśmy się "na cześć", mieliśmy trochę wspólnych znajomych, spotykaliśmy się przypadkiem w tramwaju, pociągu czy gdzieś na ulicy, bo mieszkaliśmy, dość blisko siebie. Byliśmy już oboje mądrymi i dorosłymi osobami (w wieku lat 17 i 19), ale jednak z niezbyt sprecyzowanymi planami na przyszłość. Oboje w stanie wolnym. Poważna sprawa. 
Niektóre szczegóły tej historii utonęły w otchłani niepamięci, ale to akurat nie przeszkadzało jej wtedy w niczym. Właśnie się rodziła!
Właśnie nie do końca jasne jest jak do tego doszło - pewien Przystojniak mnie zaprosił, ale nikt nie pamięta kiedy i w jakich okolicznościach, w każdym razie pojechaliśmy z grupą przyjaciół do Warszawy (tak, stolica odegrała w historii niebagatelną rolę!). Być może nie bez znaczenia dla tej historii pozostaje fakt, że Przystojniak kilka dosłownie dni wcześniej zmienił status z "jakiś koleś" na "Przystojniak" :P. Coś się już kroiło, ale nikt jeszcze nie wiedział co. Pojechaliśmy jako paczka kumpli a wróciliśmy wcześniejszym pociągiem jako para. Może jeszcze nie do końca określona, zdeklarowana i w ogóle, bo oboje chyba trochę obawialiśmy się wielkich słów, ale na tyle "para", że poszliśmy jeszcze razem do kina  (leciała Misja, więc było jeszcze o czym gadać długo po filmie; a historię ojca Gabriela i Rodrigo Mendozy pamiętamy chyba do dziś) i... umówiliśmy się na kolejne spotkanie. W międzyczasie jeszcze była ławka przy pomniku Chopina, zbieranie całego prawie plecaka kasztanów, huśtawka, kolorowe liście, bułka i śmietana z pobliskiego spożywczaka  na śniadanie, a to wszystko dlatego, że jedyny pociąg, który mógł wtedy zawieść nas do Warszawy zrobił to, ale o trzeciej nad ranem. Impreza zaczynała się koło 9.00, więc poszliśmy na poranny spacer. Reszta ekipy została na dworcu, bo im się nie chciało iść. Jak dobrze, że nam się chciało!
Do dzisiaj widok strącanych przez wiatr, spadających i odbijających się jak piłeczki kasztanów kojarzy mi się nieodmiennie z tamtym dniem. 
Nie ma najmniejszych szans na to, by opisać co wydarzyło się przez te 30 lat. Nie zmieściłoby się w internetach :), ale... umówiliśmy się jeszcze kilka razy, potem jeszcze kilka, i znów, nauczyliśmy się rozmawiać i nie bać słów; ani wielkich, ani małych, podjęliśmy decyzję i zostaliśmy małżeństwem, urodziły się nasze dzieci (jedno nawet dokładnie 10 października), dorosły, wyprowadziły się, jedno nawet się ożeniło... 
Siedzimy sobie dzisiaj jeszcze chwilę, bo przecież MUSIMY iść zaraz do kina :), i dziękujemy Bogu za tamtą jesień, tamtą huśtawkę, tamte kasztany, za październik. Było ich jeszcze bardzo wiele w naszym życiu, ale to właśnie wtedy rozpoczęła się Nasza Historia.



sobota, 30 września 2017

Znów na trasie, tym razem z mapą :)

Takie widoki były dziś na Jurze :)
Dokładnie tydzień temu ożenił się nasz Syn. Pisaliśmy o tym dość dużo, może jeszcze do tematu wrócimy, ale On się ożenił, i to tydzień temu, a życie toczy się dalej. Jedną z rad, którą dajemy innym rodzicom w podobnej życiowej sytuacji jest zająć się sobą :), więc sami z niej skorzystaliśmy i jak tylko okazało się, że A) mamy wolny dzień i B) jest ładna pogoda, postanowiliśmy pojechać na małą wycieczkę. Jak postanowiliśmy, tak zrobiliśmy i ... już w południe byliśmy na szlaku. Od jakiegoś czasu odkrywamy na nowo Jurę Krakowsko-Częstochowską. Piękne miejsce, ale kiedyś, kilka lat już temu strasznie się tu gdzieś pogubiliśmy. Staramy się zawsze wędrować z mapą, bo nigdy nic nie wiadomo i z oznaczeniami szlaków bywa różnie, ale przecież co to dla nas taka sobie Jura. No i... pogubiliśmy się. Ostatecznie się znaleźliśmy i dzięki temu możemy o tym opowiadać, ale staramy się już brać mapę, albo chociaż jakąś małą mapkę ze sobą. Taaaak... Staramy się. Bardzo się staramy... Ale kilka razy jednak nie wzięliśmy i chociaż kilka z tych kilku obyło się kompletnie bez przygód, to inne kilka jednak zapamiętamy. Jeden raz to błądzenie po Padwie.Tak, bez mapy... A inny to całkiem niedawno w... Ustroniu. Oj, no zapomnieliśmy mapy. Ale kto się kiedykolwiek zgubił w Ustroniu??? Da się w ogóle? 
Tu gdzieś był ten szlak. Pamiętam, jakoś tak po prawej. Dobra, idziemy... Ty, jakoś tak dziwnie zarosło tu. To chyba dalej gdzieś było. O rany, to za tą drugą górką! 
Ostatecznie również wszystko dobrze się skończyło, bo rzeczywiście raczej trudno zgubić się w Ustroniu, kiedy idzie się na Równicę, ale jednak nadrobiliśmy sporo drogi i zamiast lasem dość długi kawałek szliśmy ulicą mijani przez kolejnych zmotoryzowanych zdobywców gór. Jednej góry. Równicy, ale jednak.
No więc wniosek jest taki, że chociaż te wszystkie motywujące memy typu: 
W życiu ważna jest sama droga. Cel jest jedynie aby mieć motywację, albo 
Nieważne jaki jest cel twojej podróży, ważne czego się w niej nauczysz
są naprawdę fajne i aż miło się robi, kiedy je czytamy, to jednak jeszcze fajniej jest jednak iść GDZIEŚ. 
I mieć mapę. Najlepiej dobrą.
I do tego celu trafić. 
A to cel, do którego udało się nam dotrzeć w Ustroniu :)
Warto było!