czwartek, 6 grudnia 2018

Mikołajkowa wycieczka

Dzisiaj Świętego Mikołaja. Zamiast dostać prezent jedziemy kupić nowe auto. Nowe dla nas, bo ma 15 lat. Przy okazji mamy wycieczkę bo jedziemy aż pod Wałbrzych. Jedziemy z przyjacielem autem (dzięki, Panie, za przyjaciół) podziwiamy zimowy krajobraz. Z lewej mijają nas ogromne klucze gęsi - co one tu robią o tej porze?
Wspaniale, że możemy pojechać razem i po ostatnich szalonych miesiącach wykroić kilka chwil dla siebie. Kolejny raz widzimy jakie to ważne. I może się nawet nie chcieć zbytnio, bo znów gdzieś się tłuc, bo tyle spraw przed Świętami, bo przecież nie jest konieczne abyśmy jechali razem, można lepiej wykorzystać czas. No pytanie czy rzeczywiście lepiej. Efektywniej - może, ale czy lepiej?
No i postanowiliśmy zrobić sobie wycieczkę, odwiedzić przyjaciół i córkę, mieć fajny, dobry dzień. Zamiast być może nawet i efektywniej spędzonego czasu wybraliśmy tworzenie wspomnień. Za kilka lat będziemy opowiadać sobie i innym jak w Mikołajki jechaliśmy po nowe auto.

środa, 26 września 2018

Powrót z Camino


Minął już ponad tydzień od naszego powrotu z Camino. Byłby czas na podsumowanie. Tylko żeby podsumować dobrze nasze dwadzieścia dni wakacji potrzebowałabym chyba...dwadzieścia dni :)
Czy warto iść na Camino? TAK!
Ale muszę przyznać, że niemal wszystko wyglądało przynajmniej trochę inaczej niż sobie to wyobrażaliśmy. I jak rozmawialiśmy z osobami, które spotykaliśmy po drodze, miały w większości podobne przemyślenia. Więc nie warto za bardzo się nastawiać na coś bardzo konkretnego.
Przeszliśmy 360 km szlaku - to daje sporo ponad 400 km "w nogach", bo nie liczyliśmy szwendania się po miastach, a w samym Porto przeszliśmy koło 40 km. Nogi bolą ale nie aż tak jak się obawialiśmy. Fakt, byliśmy dość dobrze przygotowani - od kwietnia chodziliśmy dużo i zrobiliśmy trzydniową próbę na Jurze. Mieliśmy też dobre, lekkie buty - widzieliśmy stopy osób, które wybrały się w porządnych trekkingowych butach za kostkę, takich w sam raz na jesienne Tatry, i to nie był przyjemny widok. U nas obeszło się z wynikiem po jednej honorowej blazie (czyli pęcherzu). Na prawdę nie było źle. Kręgosłupy też dały radę z plecakami - znów fakt; udało się nam całkiem dobrze spakować. Wygląda na to, że nie mieliśmy niepotrzebnych rzeczy, ani nic nam nie brakowało. Plecaki 7 i 10 kg, do tego okresowo butelka wody, sok w kartoniku, owoce. Genialnym posunięciem, mimo wielu wątpliwości, okazało się zabranie namiotu. Trzeba było nieść dodatkowe 2,5 kg (Janusz), ale cena i warunki na polach namiotowych okazały się bezkonkurencyjne. Basen po całym dniu wędrówki był dokładnie tym, czego potrzebowaliśmy. W albergue spaliśmy raz i wcale się nam nie podobało. Ale z opowiadań wynika, że źle trafiliśmy i większość tych schronisk jest fajniejsza. Możliwe, ale pola namiotowe w naszym przypadku wygrały. I było na nich całkiem sporo caminowiczów, z którymi można było pogadać albo iść dalej w drogę. Kilka razy spaliśmy "na dziko" - przy kościele, na parkingu z ławkami za miastem i to tez było fajne (i tanie).
Jedzenie - z naszych doświadczeń wynika, że w takiej podróży je się zdecydowanie mniej niż normalnie. Jest ciepło, więc nie trzeba się dogrzewać i ciekawie, więc nie ma czasu na kombinowanie z jedzeniem. U nas tak to działa. Rano kawa i ciasteczko - zwłaszcza w Portugalii nie warto nawet myśleć o innym śniadaniu. Kawę prawdopodobnie sprowadzają z Olimpu i prawdopodobnie to ten napój był kiedyś nazywany ambrozją. No i wreszcie dokładnie wiemy co oznacza sformułowanie "poezja smaku". Minus taki, że teraz żadna kawa tak nie smakuje. Ale spotkanie z doskonałością było tego warte.
Potem pieczywo, pomidory, oliwki, wędlina (tu z kolei wygrywa Hiszpania), owoce, soki, woda w ciągu dnia. Kilka razy, ale nie codziennie, obiad w knajpie. Francesina w Porto (gorąca kanapka, która jest obiadem), menu del peregrino (czyli obiad pielgrzyma - pieczona, bajeczna ryba, pieczone ziemniaki, pieczona papryka,  butelka wina), ośmiornica, kalmary, takie tam :). Niewiele, ale ...

Taka długa, piesza podróż odbywa się w zupełnie innym tempie. Rozmawialiśmy o tym nawet trochę z Olą, którą poznaliśmy na Camino, i która trochę z nami szła. Człowiek jest przyzwyczajony do tempa samochodu, roweru, idzie na spacer i tyle. A tutaj na przykład takie wyspy Ilas Cies towarzyszyły nam prawie cztery dni ukazując się co kilka godzin z innej perspektywy. Mijaliśmy każde drzewo, krzak w "ludzkim tempie", jak mówiła o tym Ola. Był czas na motyle, na kwiaty, kształty liści, kamienie, kolory, zapachy (oj, ten zapach sosnowo-eukaliptusowego lasu ...). Spokojna, powolna zmiana piaszczystych długich plaż Portugalii, na pełne ptaków przybrzeżne skały,  potem wzgórza i lasy, kolejne zatoki, w końcu wzgórza, miała zupełnie innych charakter niż przejechanie porównywalnego odcinka samochodem. Niby widzimy to samo, ale różnica jest ogromna.

Co podobało się nam najbardziej?
Asia - lasy, bajeczne kwiaty, których pełno tu we wrześniu, kawa i ciastka w Portugalii, niesamowite, długie fale na plażach, pewna prostota życia - "zwijamy namiot i idziemy", pływanie w oceanie, spotkani ludzie, atmosfera w Santiago, Madryt (tak wiem, to już nie camino)
Janusz - kawa i ciastka w Portugalii, baseny na polach namiotowych, frencesina i ośmiornica, widoki, nocleg pod palmą, czas na luzie i to, że myśleć trzeba było jedynie o tym gdzie pójdę i co będę robić w danym dniu, zabytki.
Dla nas obojga był to też fantastyczny czas "we dwoje". Fakt, że razem pracujemy i ogólnie, zwłaszcza od czasu jak nasze dzieci się wyprowadziły, dużo czasu spędzamy razem, wcale nie oznacza, że nie potrzebujemy razem, tylko we dwoje pojechać na wakacje. Czas, w którym nie pracujemy, nie planujemy kolejnych zadań, tylko po prostu jesteśmy razem, okazuje się nam bardzo potrzebny. Teraz bomba! Jesteśmy bardzo z siebie dumni i wdzięczni Bogu za pomoc, bo... od wyjścia z domu aż do samego powrotu ani razu się nie pokłóciliśmy!!!
To dopiero jest coś, nie? Trzy podróże samolotem, zwiedzanie trzech dużych miast (Porto, Santiago, Madryt), kilkunastokrotne stawianie i zwijanie namiotu, przerwy na kąpanie, jedzenie, wybór knajpy a w nim stolika, zamówienia w języku, którego kompletnie nie znamy, zakupy, "kiedy startujemy", "dokąd dziś musimy dojść", "co zwiedzamy" i mnóstwo innych drobnostek. I... nic. Przyznajemy, że kilka razy atmosfera zaczynała gęstnieć, bo ktoś coś powiedział, albo właśnie nie powiedział, albo powiedział, ale takim tonem, że..., ale serio - anie razu się nie pokłóciliśmy. No czysta idylla!
Sami jesteśmy w ostrym szoku.

Dwadzieścia dni wakacji, wędrówki, zwiedzania i ...koniec. Wracamy do domu, do codzienności, do pracy, do naszego miasta, do jesieni i nadchodzącej zimy i myślimy sobie, że tak jest dobrze. Brzmi trochę jak zaklinanie rzeczywistości, ale tak nie jest. Jedną z najlepszych rzeczy, którą z Camino wynieśliśmy jest docenienie zwykłych codziennych dni. Fantastycznie było być w drodze, nie przejmować się żadnymi sprawami, niczego nie ratować, o nic się nie troszczyć a jedynie zwijać namiot każdego kolejnego dnia i iść dalej, zwiedzać nowe miejsca, pić portugalską kawę, jeść ciasteczka i ośmiornice, jasne, że tak. Ale nasz dom jest tutaj.
I wspaniale było poznawać nowych ludzi, rozmawiać z nimi, iść jakiś czas wspólną drogą. Pewnie; cudowne doświadczenie, ważne i potrzebne. Ale to tutaj są nasi Przyjaciele, z którymi naprawdę dzielimy życie. To już nie jest tylko kilka przegadanych godzin, kilka wspólnych kilometrów. Nasi Przyjaciele to ludzie, którzy wiedzą o nas o wiele więcej niż to, co chcielibyśmy im powiedzieć w kilka nawet godzin wspólnej rozmowy; znają nas, widzieli w różnych sytuacjach, przeszli z nami kawał wspólnego życia i... idziemy razem dalej. Naprawdę dzielimy z Nimi życie.
Jednym słowem na Camino było wspaniale, ale to tutaj, w domu znów zanurzyliśmy się w prawdziwym życiu.
krużganki katery w Porto

Porto






A Guarda




Vilanova de Arousa

Vilagarcia de Arousa

Katedra w Santiago de Compostela


sobota, 15 września 2018

Camino Plus :)


Nasze Camino skończyliśmy w środę. Doszliśmy dzielnie i bardzo polecamy taka wyprawę. Na podsumowanie będzie jeszcze czas, bo jeszcze nie wróciliśmy do domu. Cały czwartek spędziliśmy w Santiago. Genialnym pomysłem kolejny raz okazało się zabranie namiotu. Camping w Santiago jest wprawdzie prawie 3km od centrum i tę drogę też musieliśmy przejść, ale dobra cena i basen...
Pływanie w chłodnej wodzie po całym dniu drogi jest po prostu fantastyczne. Rano wstaliśmy i... nie mieliśmy już do przejścia kolejnych kilometrów. Ale dziwnie! Pewnie dlatego poranne zbieranie się zajęło nam znacznie więcej czasu niż do tej pory. Kolejny dzień w Santiago. No po prostu cudownie! Atmosfera miasta urzekła nas jeszcze chyba bardziej niż wczoraj. Wieczorem, na schodach katedry byliśmy melomanami - odbył się koncert na którym grała... Banda Municipal de Musica z Santiago. Już było fantastycznie, a dopiero się ściemniało. Wieczorem, oprócz kilku miejsc z doskonałym jedzeniem, trafiliśmy jeszcze na koncert - imprezę. Hiszpańska muzyka, 10, może 12 grających i śpiewających i rozbawiona, często tańcząca ekipa turystów. No atmosfera jak z filmu o Hiszpanii! Posiedzilismy trochę i trzeba było się zbierać. Pożegnaliśmy Santiago z okien najpierw autobusu a potem samolotu, który... leciał do Madrytu. I tu właśnie doleciał. Najpierw odbyło się "zwiedzanie" ogromnego lotniska. Ale w końcu się udało i dotarliśmy do hostelu. Zostawiliśmy plecaki i poszliśmy na miasto. Trudno mówić o zwiedzeniu Madrytu w jeden dzień, ale w każdym razie dotknęlismy miasta. Imponujące! Zmiana ze spokojnych wiosek, polnych dróg i centrum Santiago na stolicę jeszcze potęguje wrażenie. Mieliśmy też okazję zdziwić się sobą. Zareagowaliśmy na to odwrotnie niż byśmy się spodziewali. Asia jest zachwycona, podoba się jej że ogrom, rozmach i tyle ludzi a Janusz zachowuje nieco większy dystans. A to niespodzianka!
Dziś wracamy do domu.



środa, 12 września 2018

Camino 16 A Picarana - Santiago de Compostela

No i dotarliśmy do Santiago.
Rano pobudka jak zwykle o 7.00, zwijanie namiotu, kilka kroków (i tym razem naprawdę kilka kroków a nie 12 km) na śniadanko i w drogę. Trzeba przyznać, że teraz widać już prawdziwe tłumy caminowiczów. W zasadzie nie było momentów, w których przed albo za nami nikt by nie szedł. Minęliśmy kilka wiosek i... zaczęło się Santiago. Po drodze poznaliśmy jeszcze Beatę z Nowego Sącza, która od kilku lat mieszka w Szwajcarii i duża część drogi upłynęła nam na super rozmowie. Pozdrawiamy Beatę i Jej rodzinę :)
Samo Santiago zrobiło na nas duże wrażenie. Imponujące w zasadzie. Może z powodu kontrastu z ostatnio mijanymi malutkim miejscowościami, może z powodu 360km w nogach, nie wiemy, ale zrobiło.
Spotkaliśmy się z "naszą" Olą z Gdańska, umówiliśmy się na wieczór i ruszyliśmy na pole namiotowe - prawie 3km za miastem. Warto było. Dobra cena i basen zwróciły nam poniesionybtrud dodatkowej drogi. Kąpanko, chwila odpoczynku i z powrotem do starego miasta. Spotkaliśmy się z Olą i poszliśmy razem na kolację. Trafiliśmy w cudowne miejsce, pełne ludzi, z fantastycznym jedzeniem. Tej kolacji długo nie zapomnimy.
Wieczór w Santiago absolutnie nas zaczarował. Restauracje, kawiarnie, stare domy, muzyka... W końcu pożegnaliśmy się - Ola jutro wraca i... wróciliśmy na pole o wiele później niż zamierzalismy, ale kolejny raz to napiszę - warto było.





wtorek, 11 września 2018

Camino 15 O Regueira - Padron - A Picarana

Dzisiaj pobiliśmy własny rekord. Śniadanie było dopiero po 12 km konkretnego marszu i to głównie asfaltem. Zaczęło się niegroźne. Wprawdzie wszystko co mieliśmy zjedliśmy wczoraj na kolację, ale najbliższa miejscowość miała być za jakieś 4 km, więc nie miało być problemu. Miejscowość była, ale nie było w niej sklepu, a bar był zamknięty... Trzeba przyznać, że do tego miejsca droga była przepiękna. Szliśmy dalej drewnianymi kładkami wzdłuż rzeki. Potem, niestety był asfalt, asfalt i asfalt. Janusz obierał sobie kolejne punkty na drodze a ja szłam za nim. Super, bo zasłaniał mi niekończącą się prostą.
W końcu doszliśmy do kawiarni. Jaki to jest piękny zwyczaj, że do kawy zawsze podają tu ciasteczko!
Ostatecznie doszliśmy, zrobiliśmy zakupy kawałek dalej, zjedliśmy porządne śniadanie, potem znów zrobiliśmy przerwę, potem kolejną jeszcze jedną i doszliśmy do Padronu. Wcześniej czytslismy o tej miejscowości i jej ogromnym znaczeniu dla camino. Zaskoczyła nas bardzo swoją wielkoscią. Trudno tu zresztą mówić o wielkości - Padron to jedna aleja pięknych platanów, zamknięty klasztor, kilka albergue, jeden kościół, targ, sklep, kilka kafejek, koniec. Zdziwieni posililiśmy się znów nieco i poszliśmy dalej aż dotarliśmy na nocleg. Chyba nie do końca jednak przyzwyczailiśmy się do plecaków, bo obojgu dziś ciężko się nam szło. Mamy kryzys piętnastego dnia chyba.
Wygląda na to, że jutro dojdziemy do Santiago, gdzie nasza przygoda wcale się jeszcze nie skończy. Zobaczymy :)





poniedziałek, 10 września 2018

Camino 14 Vilanova de Arousa - O Regueiro

No i minął kolejny dzień. Rano spokojne śniadanko w kawiarni, zakupy i w drogę. Zdecydowaliśmy się po wczorajszej rozmowie z Panem w albergue na dalszą pieszą drogę. Była możliwość przejazdu łódką, ale coś, co było wcześniej opisywane jako wycieczka okazało się masowym niemal transportem. A na czasie nam akurat nie zależy. Więc idziemy. Najpierw było średniawo, bo ta część camino jest na razie raczej w przygotowaniu. Kilka razy musieliśmy przechodzić przez ulicę w dość głupich miejscach, kilka dróg było bardzo zachwaszczonych, szlak jest raczej średnio oznaczony. Ale to wszystkie minusy. Po drodze, z daleka widzieliśmy mnóstwo ludzi. Zastanawialiśmy się co robi taki tłum na plaży. Szybko się wyjaśniło - minęliśmy zbieraczy małży :); niektórzy mieli ich naprawdę mnóstwo. Szlak prowadził też przy brzegu na którym te małże się hoduje. Trzeba przyznać, że ciekawa sprawa z tym co gdzie ludzie jedzą. Poszliśmy dalej.
Vilagarcia de Arousa, którą mijaliśmy, i która na początku kojarzyła się nam z Chorzowem Batorym w nienajleszm wydaniu, dalej okazała się przepiękną miejscowością z czyściutką, piaszczystą plażą pełną muszelek.
Po godzinnej przerwie na kąpanie, której nie zdołalismy sobie odmówić, ruszyliśmy dalej. Szlak znów początkowo niezbyt przyjazny, dalej okazał się super fajną ścieżką drewnianymi kładkami wzdłuż mokradeł na rzece. Kolacja przy pięknym zachodzie słońca zakończyła dzień.
PS. Zaczynamy się przyzwyczajać do plecaków :)




niedziela, 9 września 2018

Camino 13 A Escusa - Vilanova de Arousa

Ależ piękny dzień! Początek wędrówki o wschodzie słońca (słońce wstaje tu naprawdę późno), fantastyczne widoki, droga wzdłuż pełnej ryb rzeki Umia, super kawa i ciasteczka. Spokojny dzień wypełniony rozmową. Taki zwykły, dobry dzień wędrówki. Po południu dotarliśmy na pole namiotowe. Rozbiliśmy namiot, popływaliśmy i próbowaliśmy się wygrzać w słonku, ale wcale nie grzało specjalnie mocno, a do tego wiał chłodny wiatr, więc nie do końca się udało. Ale i tak było fajnie :)
Zwiedziliśmy miasteczko i po wizycie w miejscowej albergue wyleczyliśmy się chyba ostatecznie z tego pomysłu. No jakoś nie dla nas. Nawet jeśli mamy do końca życia nie zrozumieć czym jest prawdziwe Camino - damy radę. Trudno. Nie wszystko jest dla wszystkich.
W Vilanova trafiliśmy na wielką imprezę - zawody kajakarskie dzieci i młodzieży. Ogrom kibicujacych rodzin mało nie zarwał drewnianego mostka. Ale była impreza!
Miasteczko okazało się wybitnie urocze, zwłaszcza podczas zachodu słońca i największego odpływu jaki widzieliśmy w życiu. Kończymy piękny dzień i idziemy spać. Jutro czeka nas nowy dzień.

Znaleźliśmy osiołka! I nawet niósł mój plecak!