czwartek, 23 marca 2017

Pozdrowienia z Exit Tour


Jesteśmy dzisiaj, podobnie jak podczas całego tygodnia poza domem. Właśnie mamy chwilę przerwy (nie aż taką małą chwilę - prawie 4 godziny) między wykładami w szkołach a spotkaniem wieczornym. Siedzimy w pokoju hotelowym, chwilę temu ja miałam małą drzemkę, teraz chrapie Szanowny Małżonek. Exit Tour, w którym uczestniczymy jest dość wymagający. Wczesne wstawanie, wykłady w szkołach, popołudniowe, a raczej wieczorne spotkania są super, ale te kilka godzin wytchnienia po obiedzie dosłownie ratuje nam życie. Nie te lata....
O co chodzi? 
Od kilku lat uczestniczymy jako jedni z wykładowców w programie profilaktycznym Exit Tour w szkołach. Jedno miasto, cztery dni i cztery szkoły. W zamierzchłej przeszłości, czyli kilka lat temu Janusz organizował tę imprezę z jeszcze jedną osobą, a jakiś już czas temu przekazał to w młode, acz godne ręce. 
Dlaczego o tym piszę?
Dlatego, że akurat tu jesteśmy :) i dlatego, że oprócz dość ciężkiej w sumie pracy (zwłaszcza w porównaniu z siedzeniem przed telewizorem i nic-nie-robieniem, na które być może zasłużyliśmy wychowaniem własnej dwójki dzieci), naprawdę świetnie się tutaj bawimy. Kilka osób ostatnio się nas pytało jak u nas z syndromem opuszczonego gniazda. Bo w sumie dzieci się wyprowadziły i zostaliśmy sami. Prawda, ale nie zdążyliśmy się jeszcze ciągle zorientować o co z tym syndromem chodzi, bo... nie mamy czasu. 
Słyszałam też ostatnio, że: "bo wy jesteście takim barwnym małżeństwem..." - w sumie sama tak uważam. Nasze wspólne życie na serio jest najczęściej sporą frajdą. Tak, przyznaję, że je lubię. Ale to nie jest tak, że na jednych spadają ciekawe rzeczy a inni są skazani na nudę. Zwykle robimy to sobie sami. W naszym życiu też dostrzegamy taką prawidłowość - jeśli skupiasz się na własnej wygodzie, budowaniu komfortu i świętym spokoju - czeka cię ogromne rozczarowanie, jeśli uda się to wszystko osiągnąć i ciągła frustracja zanim to się stanie. Za każdym razem jak próbowaliśmy, dokładnie tak było. Postanowiliśmy z tym zerwać. 
Wstawanie z młodzieżówką o 5:30, jeżdżenie po szkołach, rozstawianie sprzętu (to Janusz), gadanie o trudnościach z młodzieżą, chodzenie spać po północy, to nie są rzeczy, które nam łatwo przychodzą. Od początku roku nie mieliśmy ani jednego w 100% wolnego weekendu. Staramy się mieć przynajmniej 2 - 3 dni w każdym miesiącu, które są tylko dla nas i zwykle, choć nie zawsze nam się to udaje. To jednak sprawia, że nasze wspólne życie nadal jest ciekawe i daje satysfakcję. Wcale nie dlatego, że nie potrafimy usiedzieć na miejscu. Umiemy to, i lubimy, ale widzieliśmy już, że to na dłuższą metę jest potwornie nudne. Seriale w TV są w zasadzie wszystkie o tym samym, sporty, diety i zdrowy tryb życia (polecamy rozsądek) i tak nie uratują nas przed starością ani śmiercią. Uznaliśmy więc, że musimy coś z tym zrobić. Mamy mnóstwo rzeczy, których przez te nasze prawie 30 wspólnych lat, się nauczyliśmy, które zdobyliśmy; doświadczenie, jakaś tam mądrość, i teraz jest czas, w którym możemy dzielić się tym wszystkim z innymi. Nam się udało - niech Im też się uda:). Można zrobić swoje i dalej się rozwijać, dawać swój czas, kawałki swojego życia innym, zdobywać przyjaciół i choć czasem to oznacza niewyspanie, niekoniecznie idealnie zbilansowany posiłek, zmęczenie, chrypę i ogólnie jest średnio wygodne, jest warte swojej ceny.

Ciekawego życia nie dostaje się w prezencie. Trzeba je sobie zrobić samemu...


poniedziałek, 20 marca 2017

Prawie 30 lat razem czyli Dobrze nam Razem w TVN :)

"Dzień dobry TVN" podjęło temat wieloletnich związków. Pokazali, że nie tylko my uważamy, że "Dobrze nam Razem". Serdecznie pozdrawiamy pary, które oprócz nas wzięły udział w nagraniu :)
Trudno uwierzyć, że to już prawie 30 lat Dobrze nam Razem.
"My" zaczynamy się w 1:23 minucie :)

video

czwartek, 16 marca 2017

Bywają takie dni...

Tak...
Bywają takie dni, w których wszystko idzie jakoś nie tak. Jakoś idzie, ale nie do końca udaje się nad tym zapanować i okazuje się, że poszło w zupełnie innym niż oczekiwany kierunku. Bywa. A nawet jest i to właśnie dzisiaj. Nieoczekiwane szaleństwo zaczęło się rano. Zaspałam. Tak zupełnie po prostu nie obudził mnie dzwonek telefonu. Niektórzy złośliwcy mogą twierdzić, że sama go wyłączyłam, ale dementuję te złośliwe pomówienia. Nie obudził mnie ten dzwonek. W efekcie żeby zdążyć tam gdzie miałam zdążyć musiałam się nieźle spinać. W tym czasie mój syn wyjeżdżał. Tak. Nie pożegnałam się z Nim, bo nie miałam jak i kiedy... Mam nadzieję, że mi wybaczy i jeszcze przyjedzie :).
Po drodze dostałam zadyszki, ale zdążyłam. Tak z grubsza.
Potem kolejne rzeczy, sprawy, spotkania, raczej średnio dobre wiadomości. i ... właśnie się okazało, że jest czwartek i wypadałoby coś wrzucić na bloga. Ups.
W głowie pusto, czasu mało, roboty jeszcze trochę przed jutrem...
No i nie mogę długo siedzieć przed komputerem. Przeżyte lata dodają mądrości (na to liczę), ale za zdobywanie doświadczenia trzeba płacić. Między innymi zepsutym kręgosłupem.
Okazuje się jednak, że i takie dzikie dni można przeżyć i jeszcze na koniec być całkiem zadowolonym. Kolejny raz przekonuję się, że nie jestem perfekcyjną panią domu, perfekcyjną żoną, przyjaciółką, ani nawet doskonałą matką. Ech...
Jestem za to ogromnie wdzięczna tym wszystkim, którzy jednak lubią spędzać ze mną czas. Przychodzą i ani słowem nie komentują stosu prasowania odłożonego na później ani innych niedopatrzeń. Spotykają się ze MNĄ.
Dla Was aż chce się nadal żyć.
Chociaż może nieperfekcyjnie ;)

czwartek, 9 marca 2017

Azure Window, stare drzewo i niezależność

Jak czytelnikom bloga wiadomo, mieszkamy w centrum miasta. To oznacza kilka rzeczy, między innymi to, że aby mieć jakikolwiek kontakt z czymś zbliżonym do natury oraz dbać o zdrowie chodzimy na spacery. Miejsce zamieszkania wymusza również trasy spacerowe. Z dużym uproszczeniem można powiedzieć, ze mamy jedną, którą modyfikujemy w zależności od pogody i czasu, jakim akurat dysponujemy. Po tym nieco przydługim wstępie przechodzimy do sedna. Wzdłuż naszej podstawowej trasy spacerowej rosną drzewa. To już w zasadzie park i drzewa tworzą coś w rodzaju zagajnika. Mniej więcej od początku stycznia, kiedy tylko idziemy wspomnianą drogą jedno z drzew skrzypi niemiłosiernie. Trzaski są coraz większe i widzimy, że stare drzewo chwieje się coraz bardziej. Ile jeszcze wytrzyma?

Na Malcie w nocy z minionego wtorku na środę pękły i runęły do wody skały tworzące do tej pory Azure Window, czyli Lazurowe Okno - dla niewtajemniczonych - podziwialiśmy te skały na wielu zdjęciach reklamujących uroki wyspy. Formacja skalna powstała wieki, a w zasadzie nawet tysiące lat temu. Wapienna skała była wypłukiwana przez wodę kolejne dni, miesiące, lata, wieki i w końcu tysiąclecia. Pięć lat temu oderwał się od niej spory kawał, odpadł, powiększył prześwit i zdecydowano o zakazie wchodzenia na skały. Stała dalej. Kolejne sztormy, wiatry i deszcze "dawały jej w kość", aż w końcu, 8 marca 2017 Lazurowe Okno nie wytrzymało naporu morskiej wody, wiatru i deszczu i... runęło do wody. Nie wytrzymało. Jeśli zrobimy sobie przy nim zdjęcie to już tylko w photoshopie...

Staramy się być samodzielni, samowystarczalni i niezależni. Wszyscy nas do tego zachęcają; uważa się, że samodzielność, niezależność jest oznaką dojrzałości. No i niby prawda. Nikt nie chce, a w każdym razie taka jest teoria, być zależny i wspomagany przez innych. Już dwulatek z jakiegoś tajemniczego powodu upiera się, że "ja sam!". No i dobrze. Powinniśmy być niezależnymi i samodzielnymi osobami. Ale to nie powinien być koniec naszego rozwoju. Jest kolejny, niełatwy krok. Podejmujemy go, kiedy, jako samodzielne i niezależne, dojrzałe osoby, decydujemy się prosić o pomoc. I okazuje się, że dla bardzo wielu z nas wcale nie jest to łatwe.
Jest nam głupio, nie chcemy nikogo angażować w nasze sprawy; inni mają przecież tyle na głowie... Panuje przekonanie, że "poradzę sobie sama... przecież muszę...", za nic w świecie nie chcemy też okazać słabości, niewiedzy, zmęczenia czy niemocy. W zasadzie nawet nie możemy tego pokazać. Jesteśmy przecież tymi, którzy dają rady. No i boimy się "kroku w tył" - tego, że coś będziemy zawdzięczać komuś, a nie tylko sobie, tego, że być może przyjdzie nam to przyznać. Obawiamy się długów wdzięczności, zobowiązań i tego wszystkiego, co proszenie o pomoc, a tym bardziej jej otrzymywanie z sobą niesie. 
W tym samym czasie dziwimy się, że ludzie stali się bezduszni, że nie ma współczucia i troski w otaczającym nas świecie, gościnności, poczucia wspólnoty między ludźmi. Świat bardzo się zmienił...

Kiedy tak siedzimy już całkiem niezależni i dumni z siebie świętujemy osiągnięcie samodzielności, okazuje się, że świętujemy sami. Sami wszystko potrafimy i ze wszystkim sobie doskonale radzimy. Sami zaspokajamy swoje wszystkie potrzeby i zachcianki, sami określamy nasze wartości i priorytety, sami decydujemy o sobie. Nikt i nic nie decyduje za nas. Jest powód do dumy i samo-zadowolenia.
Tylko czy na pewno właśnie tego pragnęliśmy najbardziej?
Czy spodziewaliśmy się, że ceną jaką przyjdzie nam za to zapłacić, będzie samotność?
No bo komu jest potrzebny taki stuprocentowo niezależny i samodzielny człowiek? Czy można z nim zbudować przyjaźń?
Tak sobie myślę, że częścią bycia człowiekiem jest to, że potrzebujemy drugiego człowieka. Tylko razem z Drugim może być nam naprawdę dobrze :). To ryzykowne, tak, bywa bolesne, owszem. Ale dopiero kiedy w dojrzały sposób uświadamiamy sobie, że jednak bardzo, bardzo niewiele zawdzięczamy wyłącznie sobie samemu i kiedy zaczynamy zdawać sobie sprawę jak bardzo zależymy od tych, których kochamy, dopiero wtedy zaczynamy budować prawdziwe, głębokie więzi. Niezależność jest bardzo przereklamowana, a samotne skały wcześniej czy później upadają pod naporem codzienności.

W pewnym sensie znana skała zyskała niezależność od lądu...


czwartek, 2 marca 2017

Sposób na ...

W tym tygodniu, oprócz robienia kilku innych rzeczy, czytam książkę "Inteligencja emocjonalna" Daniela Golemana. Kiedyś już ją przeglądałam, ale teraz, wreszcie, zabrałam się za nią "na poważnie". Czytam sobie o różnych rzeczach, ale nie jest, i nie będzie to recenzja książki.
Zwróciłam uwagę na coś niezwykłego. Zauważyła to dr Dianne Tice, a opisał również Goleman w książce, którą czytam :). Otóż rzecz polega na tym, że kiedy ogarniają nas trudne emocje, staramy się jakoś sobie pomóc. Znane i stosowane są różne sposoby, które nam wszystkim pomagają, kiedy jest nam ciężko, albo nie tak jak powinno być. Okazuje się, że jeden z najskuteczniejszych sposobów jest jednym z ... najrzadziej stosowanych. Jakież to tajemne remedium?
Tajemnica raczej słaba - chodzi o pomoc innym w potrzebie. A to niespodzianka, prawda?


W książce poświęcone jest temu kilka wersetów 128 strony. W sumie, może i rzeczywiście nie ma o czym pisać. Okazuje się, że jeśli źródłem naszych emocjonalnych problemów jest przeżywanie w kółko tych samych myśli i odczuć oraz skupienie na sobie, a uczciwie byłoby przyznać, że często tak bywa, nie ma nic lepszego niż zajęcie się kimś innym, kimś, kto również ma jakieś problemy (a kto ich nie ma... :). Sama załapałam się na tym, że moją pierwszą myślą było "fajnie się babce prowadziło badania, ciekawe co ona wie o życiu...". Tak, bywam złośliwa. Ale naprawdę pomyślałam, że fajnie jest pisać o pomaganiu innym, zauważaniu ich problemów jak człowiek prowadzi badania. Kiedy zmaga się z frustracją, ciągłym niepokojem czy depresją, albo nawet po prostu ma wszystkiego dość, to chyba nie jest to dobra rada. Czy jednak na pewno? Czy zamiast, no właśnie, zmagać się ze s w o j ą frustracją, ze s w o j ą depresją czy w ogóle swoimi problemami, czy czym tam jeszcze, nie byłoby warto skupić się na kimś innym? Rozejrzeć się dookoła, i pomóc komuś, kto tego potrzebuje. Kiedy zostawiamy nasze emocje i zajmujemy się realną pomocą komuś innemu, bywa nam po prostu lżej. Przerywamy zaklęty krąg samodołowania się, zajmujemy się drugim człowiekiem, a na dodatek mamy satysfakcję z tego, że pomimo naszej nienajlepszej kondycji, komuś pomogliśmy. Czasem nawiązujemy w ten sposób fajne relacje. Może kiedyś indziej też ktoś nam pomoże. To może zadziałać, nie? :)
Skupienie się na swoich problemach i rozmyślanie o nich w kółko nie pomaga - to wie każdy, kto tego próbował. Pogrążamy się coraz głębiej i coraz rozpaczliwiej próbujemy jakoś się wydostać. A czym takie próby bardziej przypominają przygody Barona Munchhausena (to ten gość, który kiedy wpadł w bagno, sam się z niego wyciągnął za własne włosy), tym mniej jest nam do śmiechu. Okazuje się, że szamoczemy się coraz bardziej i coraz głębiej w bagnie tkwimy. Baron fantasta raczej nam nie pomaga. 
Nasze problemy, nasze emocje, nasze, mnie, moje, ja. 
A tu taki rewolucyjny pomysł: przestać myśleć o sobie, a zająć się pomocą komuś, kto tego potrzebuje. Tak całkiem zwyczajnie.
Nie zawsze tak pewnie będzie, bo życie to nie matematyka i raczej trudno napisać zawsze działający algorytm na ludzkie emocje, ale warto się zastanowić nad jednym z najlepszych sposobów radzenia sobie ze swoimi emocjami.  I nad tym dlaczego tak rzadko z niego korzystamy.

czwartek, 23 lutego 2017

Tłusty czwartek - jeść czy nie jeść?


Tłusty czwartek. To dziś. Dla niektórych dzień objadania się pączkami, dla innych dzień zgrozy. Przyglądam się temu szaleństwu z pozycji zjedzonych dwóch pączków (po dwóch godzinach na basenie :) z lekkim niedowierzaniem. Potrafimy się ostro kłócić nawet o... pączki. Które lepsze, jak smażyć, a może piec?, co dodawać, a czego absolutnie nie, nie wspominając już z bezsilności o tym czy pączki w ogóle wolno jeść, a jeśli tak to jakie - czy dozwolone są tylko z batatów, bez cukru i bez tłuszczu, i bez jajek, i laktozy, i w ogóle bez pączków, czy można jeść wszystkie, nawet te ze znanych sieci handlowych pakowane po 10 tysięcy sztuk za 5 zł?
No i to są ważne pytania. Bez odpowiedzi na nie nie wiadomo jak przeżyć dzisiejszy dzień.
Tylko czy aby na pewno jest to temat, o który warto kruszyć kopie? 
Jak zwykle doradzałabym dużą dozę zdrowego rozsądku - jeśli masz cukrzycę, nie szalej! Jeśli alergię na gluten - odpuść, albo znajdź przepis na bezglutenowe (ewentualnie cukiernię, które takie oferuje :). Podobnie jeśli nie trawisz laktozy czy czegokolwiek innego. Nie zjadaj również dzisiaj raczej stu dwudziestu czterech pączków, ani nawet czternastu. Osiem to też za dużo. My zdecydowaliśmy się na dwa pączki w zestawie z dwugodzinnym pobytem na basenie. Tak, również pływaliśmy :P
Jak ktoś lubi pączki z marmoladą, smażone na smalcu, a ty jadasz tylko z budyniem/advocatem/serem/konfiturąróżaną/czym-tam-jeszcze i tylko smażone na oleju/pieczone w piekarniku - weź głęboki oddech i daj drugiemu człowiekowi żyć. Nawet jeśli to Twój Mąż. Albo dziecko. 
Niech zje tego pączka. Albo niech nie je. Albo zje dwa. Dobra, trzy. Sama też zjedz. Albo nie. Ale pamiętaj, że z powodu zjadania pączków do tej pory nie zanotowano gwałtownych zgonów w Tłuste Czwartki ani dzień po. Również osoby, które nie zjadają żadnego, lub zjadają, ale taki z batatów bez cukru i bez tłuszczu i w ogóle bez, wcale gwałtownie nie głupieją od tego do reszty, nie są również głęboko nieszczęśliwe-z-powodu-niezjedzenia-pączka-dzisiaj. Czy nie możemy po prostu sobie odpuścić. I innym? 
Są w naszym życiu rzeczy, o które warto walczyć. Za niektóre warto nawet oddać życie. Ale jeśli zamiast skupić się na tych najważniejszych będziemy walczyć o pączki i rzeczy im podobne, może się okazać, że kiedy przyjdzie mierzyć się z tymi naprawdę ważnymi, nie będziemy mieli już siły na kolejną potyczkę. Człowiek nie jest w stanie walczyć o wszystko. Zwłaszcza o wszystko na raz. Wycofuje się w końcu i przestaje walczyć o cokolwiek. Z drugiej strony, jeśli walczymy o każdą głupotę, nie możemy też mieć pretensji, kiedy ten drugi nas nie słucha kiedy mówimy, walczymy o coś ważnego. Naprawdę ważnego. Skąd niby ma wiedzieć, że akurat to jest ważne? Przyzwyczaił się (albo przyzwyczaiła) do ciągłego marudzenia i wytworzył obronną reakcję - nie słucha cię. To jedyny sposób. Ale sposób niszczący związek. 
Warto zrozumieć, że nasi bliscy naprawdę mogą lubić inne pączki niż my. Albo w ogóle nie lubić pączków. I mnóstwa innych rzeczy. I mimo to, możemy być razem i cieszyć się bliskością. 
Ale trzeba o tym rozmawiać z życzliwością i przestrzenią na tę inność:
"- nie obraź się, ale twój pączek smakuje jak trociny...
- a twój jak przepracowany olej samochodowy 
-- nie szkodzi, właśnie takie pączki lubię najbardziej" :)

Życzymy udanego Tłustego Czwartku i udanych rozmów o tym co lubicie robić/jeść inaczej.




czwartek, 16 lutego 2017

Tryb niskiego zużycia baterii


No i ...nadal zima. Gdybym miała wskaźnik zużycia baterii, to zdecydowanie pulsowałby rytmicznie, a obok pojawiłby się komunikat o konieczności ładowania. Tak, wiem, że ostatnie kilka dni jest trochę lepsze, ale...
Wiosny!!!
Ale, ale... to przecież nie jest blog meteorologiczny, prawda? 
Tyle, że w naszych bliskich relacjach również możemy zaobserwować coś podobnego do pór roku. Pory te, podobnie jak te w przyrodzie przeplatają się na zmianę i następują po sobie. Może nie jest to aż tak cykliczne, ale i w naturze zdarza się czasem rok bez prawdziwej zimy czy lata. Bywa. 
W naszych związkach jest trochę podobnie. Miewamy wiosnę - to wtedy kiedy się zakochujemy - kwitną kwiatki, świeci słonko, podskakujemy radośnie w rytm naszych serc, wszystko jest najwspanialsze na świecie i entuzjastyczne. Mija jakiś czas i kwiatki przekwitają. Pojawiają się liście, owoce, inne kwiatki, czasem pada deszcz, ale ciepły. Świeci słońce i czasem aż nas lekko przypala. Częściej jesteśmy zmęczeni. Jest wspaniale, ale jednak mniej entuzjastycznie - napawamy się, ale już spokojniej :)
Mija znowu jakiś czas - nadchodzi jesień. Słońce ogrzewa ale raczej ciepłym spokojnym blaskiem, kwiatki zmieniają się w owoce; taki owocujący sad jest super. Wieczory są już dłuższe, możemy sobie razem posiedzieć, ale wcale nie musimy. Zdecydowanie nie jest już tak gorąco jak było wcześniej. Zdarzają się nawet przymrozki. Ale w ciągu dnia robi się cieplej i ogólnie jest fajnie. Tylko trochę obawiamy się przyszłości, bo jak się zrobi naprawdę zimno?...
Potem jest zima. Huhuha - zima zła. Ale też bywa ładna. Jest zimno, ale płatki śniegu są piękne. Spokojnie siedzimy przy kominku, pijemy gorącą herbatę. Nie chce nam się wstawać co chwilę, więc zrobiliśmy duży dzbanek herbaty i przykryliśmy go specjalnym pokrowcem żeby nie stygła. Trzymamy ciepłe kubeczki w dłoniach i patrzymy na siebie. Nikt nie obiecywał wiecznej wiosny, ani lata. Jesieni też nie. Ale jest w porządku. Może i zimno, ale spokojnie. Cicho. 
I pięknie. Niestety czasem trzeba wyjść, a na zewnątrz jest strasznie zimno.
W końcu się dłuży. Szkoda nam minionej jesieni, tęsknimy za latem, marzymy o wiośnie...
Prawda jest taka, że przedwiośnie, chociaż niesie z sobą nadzieję, jest najbrzydszą porą roku. Jeszcze jest zimno, słońce, jeśli świeci, to słabo i nie grzeje prawie wcale, a topniejący śnieg, który nawet sam w sobie nie wygląda dobrze, odkrywa na dodatek połamane gałązki i śmieci, które nazbierały się jakoś tak same. I nigdzie nie widać jeszcze nawet malutkich pączków. Wtedy naprawdę jest trudno. I w sensie meteorologicznym i, nawet bardziej, życiowym. Wszystko jest nie tak jak powinno, wydaje nam się, że wiosna nigdy tu już nie przyjdzie, a nawet jak zaświeci słońce, to widzimy tylko szarą burość i suche badyle. Jest po prostu okropnie i znikąd nadziei. Jak w takich warunkach w ogóle wierzyć w wiosnę???
Jak się przez takie kółko przejdzie kilka razy w życiu, trochę łatwiej o spokój. Wiemy już, że tak to jest: wiosna - lato - jesień - zima - wiosna - lato....
Trudno, naprawdę trudno jeśli człowiek myślał, że wiosna będzie trwała całe życie. Jeszcze trudniej, gdy już nawet i wie, że nie, ale z całym zapałem i wiarą w czary pędzi za wiosną całe swoje życie. Albo usiłuje.
Życie to życie i rok potrzebuje wszystkich swoich pór. Prawdziwy związek też.
Ale też trzeba umieć sobie z nimi radzić. Podobnie jak w różny sposób przygotowujemy się do kolejnych pór roku, powinniśmy przygotować się na te dotyczące naszej relacji. Na jakimkolwiek etapie jesteś - będzie następny. A jeśli masz przygotowane kąpielówki, plażowy ręcznik i klapeczki a tu idzie zima - będzie słabo. Po jesieni spodziewaj się jednak raczej zimy i przygotuj gruby sweter, ciepłe buty i kocyk.
A tymczasem... przedwiośnie w całej pełni. Jak sobie radzić? Jak wytrzymać do upragnionej wiosny?
Jedna podpowiedź, która sprawdza się u nas podczas każdorazowego przedwiośnia (jeśli rozumiecie, co mam na myśli ;)
To coś, co mają nasze smartfony. Zwykle  jednym z rogów ekranu komórki jest pasek zużycia baterii. Tak, ten, który u mnie pulsuje od jakiegoś czasu. Właśnie o to pulsowanie chodzi. Zwróć na nie uwagę kiedy tylko się zaczyna, bo potem może być za późno.  Z jednej strony komunikat "zostało tylko 20% baterii" pojawia się zdecydowanie za wcześnie. Przecież  20% to naprawdę całkiem sporo! Dużo jeszcze można zrobić. No niby tak, ale zbyt wiele razy moja komórka padła w niewygodnym dla mnie momencie, żebym bardzo się upierała przy tym, że 20 % to za wcześnie. I przekonałam się ostatnimi czasy do używania nowej funkcji. Otóż jest w mojej komórce coś takiego jak "tryb niskiego zużycia baterii". I on się przydaje. W życiu baterii, ale i moim własnym. Kiedy pojawia się ten denerwujący komunikat, przechodzę na ten tryb. Komunikat może mieć różne formy, zwłaszcza jeśli właśnie zaczęło się przedwiośnie. Łatwo się denerwujemy,  irytują nas rzeczy, do których dawno już powinniśmy się przyzwyczaić (i to już samo w sobie nas irytuje), nic nam nie wychodzi, wszystkie szklanki, które do tej pory było w połowie pełne, stają się puste w tej drugiej połowie, ludzie wokół zaczynają się nas czepiać i wymagać za dużo, i nie w porę, a w ogóle to boli mnie głowa i dajcie mi wszyscy święty spokój - to znak, i to wyraźny, że należy przejść w tryb niskiego zużycia energii. To jedyny sposób aby przetrwać do wiosny, to znaczy do następnego ładowania.
Tak czy siak jesteśmy w takim czasie zdecydowanie mniej wydajni więc warto mieć to pod kontrolą. Nie chodzi o to, żeby wycofać się, gdzieś schować i po prostu przeczekać. To kuszące, ale zwykle całkiem zwyczajnie niemożliwe. Zachowując kontrolę i resztki sił przejrzyjmy nasze "ustawienia" i sprawdźmy z czego na razie możemy zrezygnować. Warto zatrzymać automatyczne pobieranie maili czy odświeżanie w tle całego mnóstwa aplikacji. Zostaw tylko te najważniejsze. To nie jest dobry czas na podejmowanie decyzji, angażowanie się w nowe pomysły; generalnie na nic, co wymaga poświęcenia energii. Poczekajmy z tymi rzeczami do wiosny, a tymczasem uzbrójmy się w cierpliwość.