czwartek, 10 sierpnia 2017

Ratunku - mój Syn się żeni!!!

Jeszcze nie teraz. Za półtora miesiąca...
Toż to prawie jutro!!!
Aaaaaaa!!!!!! 
(wykonuję teraz chaotyczne ruchy rękami i patrzę gdzieś w dal błądząc nieobecnym wzrokiem).
Naprawdę nie mam pojęcia kiedy to wszystko się stało. Hmmm... No niby jednak mam, w końcu te 25 lat naprawdę minęło i nawet pamiętam kolejne lata, fajnie spędzone wakacje, albo te trochę mniej dla mnie fajne, bo nie dostałam urlopu i dzieci pojechały z Tatą... Więc niby wiem kiedy to minęło, ale tak zaraz ślub? Moje dziecko? Jak to? Pamiętam malutkiego Synka, pamiętam trochę większego. Pamiętam jak sam uznał, że jest już duży i teraz "ja sam". Jasne, że tak. Przedszkole, jedna szkoła, druga, trzecia, różne szkolne historie... Jedne lepsze, inne trochę gorsze. Siedzenie przy łóżeczku, kiedy mój mały, a potem już trochę większy Synek nie umiał zasnąć. Godziny, a nawet chyba dziesiątki godzin wspomnień. Bycie mamą małego urwisa jest pełne wydarzeń, śmiesznych, a czasem i strasznych historii (jak ta o pierwszym samodzielnym spacerze na wczasach, który to spacer został przez wszystkich odebrany jako zgubienie się...). Bycie mamą trochę większego urwisa również obfituje we wspomnienia. I również jest ich mnóstwo. 
I przyszedł kiedyś taki dzień, w którym zadzwonił telefon. 
- Mamo, poznałem cudowną dziewczynę! Módl się chyba.
Minęło kilka tygodni Kolejny telefon od Syna, który właśnie miał przyjechać do domu.
- Hej, to ja. Będę za jakieś 20 minut, a i jestem z Kasią. To się poznacie.
Zawsze nasz dom był również domem naszych dzieci i mieliśmy zasadę, że nie muszą pytać czy wolno im kogoś do domu przyprowadzać. Należało jedynie jasno poinformować resztę domowników kto będzie i kiedy.
Chwilę później wielkie, nieco przestraszone oczy zza długich jasnych włosów powiedziały nam 
- Dzień dobry, jestem Kasia.


I tak to się wszystko zaczęło :).
A tu teraz proszę - tylko trochę ponad miesiąc do ślubu.
I mnóstwo pytań. Co Im radzić? - gdzie powinni zamieszkać, gdzie pojechać na podróż poślubną, jak się ubrać, gdzie pracować, z kim przyjaźnić, co dalej ze studiami, i jak powinni radzić sobie z własnymi konfliktami? To tylko najważniejsze z pytań, które przetaczają się z hukiem po mojej matczynej głowie tam i z powrotem. No i najgorsze w tym jest to, że nawet najlepsze moje odpowiedzi, są moimi odpowiedziami... I... tylko moimi. Młodzi mogą nawet (i byłoby miło) wziąć je pod uwagę, ale odpowiedzi muszą znaleźć sami, bo to oni będą żyli w ich konsekwencjach. A nie ja. Ups.
A jak kiedyś, kilka epok temu, znajomi mówili mi, że "małe dzieci - mały kłopot; duże dzieci - duży kłopot", to myślałam sobie, że chyba już zapomnieli jak to jest mieć małe dzieci i ogarniać cały ich świat. Nie zapomnieli, ale właśnie uczyli się jak przestać ten świat ogarniać, nie umierać z niepokoju i w prezencie dla swoich dzieci żyć z radością własnym życiem. A ogarnianiem świata mojego Syna zajmie się teraz zupełnie inna kobieta. 
I tak chyba powinno być.


czwartek, 3 sierpnia 2017

Czy da się ciekawie spędzić wakacje?

Indiański wigwam bez ścian. Jak nie można, jak można? :)
Zrobił się dziś 3 sierpnia, czyli mamy połowę wakacji. Pogoda jak marzenie (przynajmniej moje) o wakacjach - koło 30 stopni i słońce. Wcześniej było chłodniej i padało, więc nie mam wyrzutów sumienia, że teraz to ja się cieszę. O narzekaniu na pogodę kiedyś już było - nigdy jeszcze nie było tak mokrego/zimnego/wietrznego/gorącego lata jak to, które mamy teraz (niepotrzebne skreślić). Ostatnio usłyszałam, że "gorąco - nie mogę wytrzymać - taki upał" to stan umysłu, bo człowiek generalnie jest przystosowany do radzenia sobie w takich temperaturach. Już, już chciałam radośnie przyklasnąć, kiedy pomyślałam o tym, że jeśli tak, to "zimno - nie mogę wytrzymać - taki mróz" też może jest stanem umysłu... No i rzecz na razie pozostaje nierozstrzygnięta. Tym lepiej, że teraz jednak jest ciepło. 
No ale do rzeczy. Kilka osób w młodym wieku dzieliło się ze mną ostatnio tym, że niby są wakacje, ale jest strasznie nudno. Najpierw - tu rozlega się głęboki dźwięk dudnienia, ponieważ biję się w pierś - pomyślałam sobie, że tak to już jest z tą współczesną młodzieżą. 10 minut offline i się nudzą. Ale zatrzymałam się z wnioskami i poprzyglądałam wakacyjnemu wypoczynkowi i rozmowom o nim. Cóż się okazało?
Otóż mam podejrzenie, że przynajmniej w dużym stopniu ktoś te dzieciaki tego...nauczył!!!
Dlaczego tak straszna myśl zrodziła się w moim umyśle?
Otóż dlatego:
scenka 1
* rodzice w liczbie 2, dziecko w liczbie 1, wiek (dziecka) jakieś 5, może 6 lat
* okoliczności przyrody sprzyjające - słonko, piasek, jezioro z całkiem czystą plażą i wodą, dość płytko przy brzegu.
- Mamo! ja chcę iść do wody! 
- Daj mi spokój!, Poproś tatę, ja się teraz opalam, tyle co się kremem posmarowałam.
- Tato...
- Czekaj, czytam
Mija 30 sekund, może minuta
- Tato!..
- Weź tu masz grę, daj mi chwilę spokoju chociaż.
Kurtyna. 
Oklaski... :(
scenka 2
Dwie panie w sklepie, obie w wieku około 35-40 lat.
- I co, opowiadaj jak było w tej Chorwacji!
- No Chorwacja, jak Chorwacja. Niby fajne plaże, no i jest pogoda, nie to co nad naszym morzem, wiesz. O rany! pamiętasz jak byłyśmy z chłopakami, czekaj jak on się nazywał... Krzysiek, tak!
- No, pamiętam, tak Krzysiek! To był wariat. Zimno jak szlag a on całą ekipę wyciągnął na plażę. Wszyscy się kąpaliśmy a ludzie patrzeli jak na idiotów. 
- No... kiedyś to były wakacje...
Też kurtyna. I też oklaski. 
Coś się z nami dzieje, i nie jest to nic dobrego. Kiedy kąpaliśmy się w zimnym morzu tydzień temu wiele osób pytało czy upadliśmy na głowę, bo tak zimno, a my w wodzie. Wczoraj byliśmy w górach i... pytano nas czy serio chce nam się w taki upał. 18 stopni to nie są mrozy, a 28 nie grozi natychmiastowym udarem. No w zasadzie można było obejrzeć cały sezon ulubionego serialu, tylko po co?
Jeśli się nie wysilimy, nie będziemy mieli fajnych wakacji, nawet jeśli kosztem całorocznej pracy sporo za nie zapłacimy. Może i nawet odpoczniemy w jakiś sposób, ale czy będziemy mieli co wspominać w listopadzie? A za kilka lat? 
W połowie wakacji mam w związku z tym propozycję:
Zróbmy coś naprawdę fajnego. To jest możliwe w każdym miejscu i w każdą pogodę.
Kilkoro z moich znajomych i przyjaciół tak właśnie postanowiło i robi to.
- Główny Szlak Beskidzki w 21 dni. Plecaki i wędrówka. Szacun! Kto z nas nie miał kiedyś tego w planach?
- Kilka krótkich wypadów "tam, gdzie nigdy jeszcze nie byliśmy" po okolicy (w tym roku nie ma urlopu...:( ) w weekendy
- "przechodzimy, ale nigdy nie zwiedziliśmy"- odkryj swoją okolicę
- nastolatek i wakacje w domu - spotkania z przyjaciółmi, deskorolka i "ułożę kostkę Rubika, tym razem mi się uda!"

Jaki jest Twój pomysł?




piątek, 14 lipca 2017

27 lat i wciąż dobrze nam razem :)

1989 impreza po maturze - tacy byliśmy :)
No i kolejny raz świętujemy rocznicę naszego ślubu. 27 lat temu powiedzieliśmy sobie TAK i dobrze zrobiliśmy. Najlepiej!
Gdybyśmy decydowali dzisiaj, powiedzielibyśmy to jeszcze głośniej:). Te 27 lat może nie zawsze było bardzo łatwe, ale zawsze, zawsze zawsze była to najlepsza decyzja. Razem jest po prostu lepiej. Można się razem śmiać - samemu to zawsze trochę głupie, można razem podróżować, dzielić się wrażeniami, razem jeść i gadać godzinami, wspólnie pić kawę, albo herbatę, albo wodę, albo sok. Można razem gdzieś iść, albo razem zostać w domu, razem się wygłupiać albo smucić. Możemy się wspierać gdy jest ciężko, być blisko kiedy potrzebujemy, pomagać sobie, być dla siebie oparciem. Robimy to wszystko i każdy dzień jest wypełniony tą decyzją sprzed 27 lat. 
WYBIERAM CIEBIE! 
Wybieram Ciebie kiedy stawiam wodę na herbatę dla nas obojga, kiedy robię obiad, jaki lubisz, kiedy siedzę z Tobą, chociaż chce mi się spać, albo kiedy idę spać razem z Tobą, chociaż w sumie wolę jeszcze posiedzieć. Wybieram Ciebie, kiedy planujemy wspólne wakacje i kiedy robimy codzienne zakupy. Jesteś dla mnie zawsze numerem 1. 
Nie ma większej radości w życiu. 
To było wspaniałe 27 lat i jesteśmy gotowi na następne :)

A tacy byliśmy jeszcze wczoraj :)



środa, 12 lipca 2017

Slot Art Festiwal 2017... tydzień po

Kilka dni temu wróciliśmy ze Slot Art Festiwalu (SAF2017). Życie ma swoje prawa i od razu wkręciło nas w swoje tryby i trybiki. Nie chce się wierzyć, że tylko tydzień temu zaczynaliśmy pierwszy pełny festiwalowy dzień. A jednak.
Jak było tym razem? Jak zwykle, a jednocześnie zupełnie inaczej niż do tej pory - i tak jest zawsze. Jeśli spoglądać na całość - mnóstwo ludzi, fantastyczne spotkania, przyjaźnie, koncerty, wykłady i dłuuuugie rozmowy, kolorowo, raczej głośno, ciekawie, twórczo, pyszna kawa, super ekipa na naszych wykładach (dzięki!), piękny stary klasztor, muzyka, zabawa ... czyli - jak co roku. Ale kiedy przyjrzeć się z bliska - to jednak inne rozmowy, inne miejsca, inne koncerty... Kilkoro przyjaciół nie dało rady przyjechać, przyjechali za to inni; słuchaliśmy innej niż na przykład w zeszłym roku muzyki (tym razem nasze rewelacje to tęskno i Madam Jean Pierre. Fruhstuck'i również dali super koncert, a nawet dwa, ale to akurat nie jest odkrycie tego roku tylko wieloletni podziw :), był też wyjątkowy koncert wyjątkowego Szefa Ochrony - Piotr, dałeś radę!), siedzieliśmy w innym miejscu, a raczej tym razem nie mieliśmy konkretnego ulubionego miejsca do siedzenia, było wyjątkowo spokojnie jak dla nas (choć pewnie nie dla wszystkich).  A więc... inaczej niż dotychczas.
Jak zawsze, ale też inaczej, mieliśmy na Slocie swoje święto - raz jest to nasza rocznica ślubu, a raz urodziny Janusza - tym razem odśpiewano huczne 100 lat przy bramie, a zespół Sarang - laureat sceny konkursowej dał ognia z Dużej Sceny. W pewnym sensie był to specjalny koncert urodzinowy, a w każdym razie tak uznaliśmy. Jubilat dostał też wyjątkowy prezent - płytę zespołu.
Jak zwykle, ale jednak inaczej... Kiedy się człowiek przygląda swojemu życiu, zawsze może dopatrzyć się tych dwóch perspektyw i chyba ich wzajemne przenikanie się tworzy najlepszy obraz. I pozwala cieszyć się tym, co było i z radością oczekiwać Slot Art Festiwalu 2018. W tym samym czasie :).

Twórczość i rozwój - hasła tegorocznej, minionej już edycji...
Tak sobie myślę, wspominam. To był naprawdę dobrze spędzony tydzień. Ale dobrze jest też wrócić.
Spotkałam ostatniego dnia dziewczynkę, która strasznie płakała, że Slot się już kończy i następny będzie dopiero za rok. A rok to przecież tak strasznie długo. Nie udało mi się pocieszyć Małej, ale znalazłam pocieszające myśli dla siebie. Może dziewczynkę też zdołałyby pocieszyć, ale odeszła a ja nie wiem kim była.
Pierwsza myśl to właśnie taka, że dobrze jest z pięknych miejsc wracać. Wtedy można część tych dobrych i pięknych przeżyć przenieść w inne miejsca. To trochę jak z górami - część ich wspaniałości i piękna polega na tym, że gdzieś tam, w dolinie, jest mój dom, w którym jest mój fotel, ulubiony kubek, kapcie i przyjaciele, z którymi mogę wspominać to, co przeżyliśmy razem. Można też planować następne wyprawy albo następne festiwale (swoją drogą rzeczywiście mamy już kilka pomysłów na SAF 2018)
Druga z tych myśli jest taka, że dobrze jest nie być już małą dziewczynką. Kiedy jest się starszym, rok wydaje się krótszy i człowiek ma jednak większy wpływ na to w jaki sposób i dlaczego ten rok przeżyje. Bycie starszym ma oczywiście swoje wady, ale ma też zalety i kiedyś o tym napiszę.
Trzecia jest taka, że twórczość i rozwój, miłość, spotkanie, wolność i Bóg  nie powinny towarzyszyć mi tylko podczas tygodnia Festiwalu. I to ode mnie zależy jak będzie.
Obyśmy 10 lipca 2018 stawili się pod platanem lepsi, mądrzejsi, bardziej twórczy, bardziej kochający, bardziej wolni i bliżsi obrazu Boga. mamy na to cały rok.
 DO ZOBACZENIA 


czwartek, 29 czerwca 2017

Co posiejesz, to wyrośnie


Namnożyło się ostatnio super sposobów na życie - książki, poradniki, kursy, spotkania, szkolenia. I dobrze. Dobrze, że szukamy dróg i sposobów na naszą codzienność, na wychowanie dzieci, na sukces w pracy, na komunikację z najbliższymi i na zdrowe gotowanie. Naprawdę dobrze. Ale jest tego wszystkiego druga strona. Kiedyś (na prawdę dawno) Ryszard Kapuściński na jednym ze swoich wykładów o informacji mówił, że zbyt wiele uwagi poświęca się problemom technicznym, prawom rynku i konkurencji, udoskonaleniom wszelkiego rodzaju a zbyt mało ludzkim, humanistycznym aspektom. I chyba właśnie to jest największym problemem wielu z nas, czasem i moim. 
Niezwykle łatwo jest zapędzić się właśnie w techniczne sposoby i rozwiązania, i pędzić gdzieś z szaloną prędkością zanim jeszcze zadam sobie pytanie gdzie i dlaczego chcę się udać. 
Jeśli nie odrobię tego zdania domowego, nie popracuję najpierw, może się okazać, że znalazłam się w miejscu, w którym nigdy znaleźć się nie chciałam i już niespecjalnym pocieszeniem jest to, że znalazłam się tam szybko, efektywnie i w ogóle w dobrym stylu. 
Dotyczy to w zasadzie każdego aspektu mojego życia. 
Nawet tak trywialnej sprawy jak zgromadzenie na pintereście dwunasty tysięcy wegańskich przepisów, chociaż uwielbiam mięso, jajka, masło i mleko, i nie zamierzam z nich zrezygnować. Czy nie zmarnowałam trochę czasu? Czy nie zapędziłam się trochę?
Wychowanie dzieci - miliony sprawdzonych rad jak nauczyć spać we własnym łóżeczku, jak pobudzać kreatywność od trzeciej godziny życia, jak zrobić z dziecka genialnego naukowca/ przedsiębiorcę, "i twój maluch wkrótce zostanie miliarderem", jak nauczyć dziecko posłuszeństwa, a może właśnie nie powinno być posłuszne...
I znowu - a gdzie w tym wszystkim miejsce na mamę, na tatę i na samo dziecko? I co jeśli nasz doskonale zaplanowany sportowiec-przedsiębiorca- geniusz odkrywa w sobie duszę poety? Poradniki jakich pełno odbierają rodzicom już nawet nie pewność siebie, ale w ogóle możliwość samodzielnego zdecydowania - posłać do przedszkola czy nie (że o żłobku nie wspomnę), kurs chińskiego, chodzenia na linie i liczenia od tyłu czy może spacery z rodzicami. I nie chodzi mi o to, że my podjęliśmy takie a nie inne wybory, ale o to, że każdy powinien dokonywać ich osobiście i w zgodzie z własnymi przekonaniami i potrzebami. A te się różnią. Nie da się w jednym życiu użyć tego wszystkiego, co działa w innym. A już na pewno nie w 100 %.

No i niestety działa to tak, że co posiejesz, to zbierzesz, a jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz...
Znamy człowieka, który wielkim nakładem pracy, poświęcając relacje z dziećmi i żoną, bez wytchnienia wybudował piękny 600 metrowy dom. Żona zajmuje się swoimi sprawami, trójka dzieci dawno się wyprowadziła, facet pracuje jak oszalały, bo się przyzwyczaił, domu nikt nie chce kupić. Kot ma niezłe warunki. Mężczyzna świeżo po 50-tce twierdzi, że zmarnował najlepsze lata swojego życia żeby wybudować 600 metrowy domek dla kota.
Znam też małżeństwo, które, kiedy odchowało już swoje własne dzieci, zajęło się pomaganiem innym. Ludzie otwarli rodzinny dom dziecka. Może nie zawsze jest łatwo, ale satysfakcja z życia - jakże inna. 

Stara przypowieść mówi, o tym, że dom postawiony na skale ma zasadniczo większe szanse postania dość długo, niż dom postawiony na piasku. 
Bajka o trzech świnkach też mówi o budowaniu domku - z cegieł, z drewna i z siana. Wiadomo jak było, kiedy przyszedł wilk.
Znamy te historie, a jednak bardzo trudno jest nam w dzisiejszym świecie zatrzymać się i pomyśleć o tym dokąd, z kim idę i dlaczego.
Żył kiedyś król, podobno najmądrzejszy na ziemi. Miał wiele, wiele widział, wiele przeżył, sam mimo swojej mądrości kilka głupot w życiu zrobił. I wyciągnął wnioski. 
Między innymi taki, że kiedy nie staram się być mądrym człowiekiem, to nie powinnam być zdziwiona, kiedy "kończy się rumakowanie" i przychodzą kłopoty. 

Mądrość woła głośno na ulicy, na placach podnosi swój głos, woła na rogu ulic pełnych wrzawy, wygłasza swoje mowy w bramach miasta. Jak długo wy, prostaczkowie, kochać się będziecie w prostactwie, a wy, szydercy, upodobanie mieć będziecie w szyderstwie, a wy, głupcy, nienawidzić będziecie poznania? Zwróćcie uwagę na moje ostrzeżenie! Oto chcę wam wyjawić moje myśli, obwieścić wam moje słowa:
Ponieważ wołałam, a nie chcieliście słuchać, wyciągałam ręce, a nikt nie zważał, ponieważ nie poszliście za moją radą i nie przyjęliście mojego ostrzeżenia, dlatego i ja śmiać się będę z waszej niedoli, szydzić będę z was, gdy was ogarnie strach, gdy padnie na was strach jak burza, a nieszczęście przyjdzie na was jak wicher, gdy was ogarnie niedola i utrapienie.
Wtedy wzywać mnie będą, lecz ich nie wysłucham, szukać mnie będą, lecz mnie nie znajdą, bo nienawidzili poznania i nie obrali bojaźni Pana, nie chcieli mojej rady, gardzili każdym moim ostrzeżeniem, dlatego muszą spożywać owoc swojego postępowania i sycić się swoimi radami, gdyż odstępstwo prostaków zabija ich, a niefrasobliwość głupców ich gubi.
Lecz kto mnie słucha, bezpiecznie mieszkać będzie i będzie wolny od strachu przed nieszczęściem.
Księga Przypowieści Salomona

Tak więc życzymy udanych wakacji i wiele mądrości :)

czwartek, 15 czerwca 2017

Albo rybki, albo akwarium - sztuka wyboru


Mówi się "albo rybki, albo akwarium" - no to jak na razie wybrałam akwarium. Uznałam, póki co, że akwarium bez rybek i tak jest lepsze niż rybki bez akwarium. Cała sprawa trwała dość długo i jest propozycją mojej córki. Chyba razem z bratem postanowili zorganizować mi coś, czym będę się mogła opiekować kiedy oni oboje prowadzą już samodzielne życie, ale to temat na inną okazję. W każdym razie stanęło na tym, że będę miała akwarium. A nawet już mam. Złośliwy chichot losu prawił, że kiedyś, dawno, dawno temu było to marzenie mojego Ukochanego. Jemu marzenie przeszło, ale dzieci gdzieś zapamiętały, że "zawsze chcieliście mieć akwarium". No, ja nadal chcę :) i jest.
Jak napisałam powyżej, póki co wybraliśmy rozpoczęcie przygody od akwarium jako takiego, na rybki czas jeszcze przyjdzie - czyli wybraliśmy kolejność. To było dość łatwe: 
1. sam "akwariumowy" pojemnik (tu wybór był dość prosty, bo dostałam używany), 
2. podłoże - żwir, piasek, kamyczki, substrat dla roślin, drobniejszy piasek, grubszy żwir, większe kamienie??? - i już zaczyna być jasne o co mi tym razem chodzi.... 
3. woda - niby zwykła woda, ale jak się napisze do wujka Googla albo poczyta na akwarystycznych forach, to rozwija się sześć milionów witryn na ten temat - mineralna/ ze studni/ z kranu/ uzdatniana/ filtrowana etc, etc... Można się dowiedzieć jakiegoś miliona zupełnie sprzecznych informacji.
4. roślinki -  jakie??? Podobno szacuje się, że na świecie żyje około 500 tysięcy gatunków roślin. Czytając poradniki, można uwierzyć, że połowa z nich nadaje się do hodowania w jakiegoś rodzaju akwarium. RATUNKU!!! A może całkiem bez roślin? (myślałam, że to bez sensu, ale okazuje się, że są akwaria bez roślin i to przepiękne...)
"Zależy czego pani oczekuje i co się pani podoba" - tanganika, takashi amano, malawi, jedno czy wielogatunkowe? a może morskie? albo biotopowe w stylu "czarne wody"?
Głowa mała!!!
Okazuje się, że w dzisiejszym świecie, w sprawie akwarium można mieć w zasadzie całkiem wszystko. Ale niestety nie na raz. Jeśli założę jedno - nie będę miała drugiego. Ani trzeciego. Ani w ogóle żadnego innego. Ale podobają mi się oba. Chyba, że... zrobię dwa. Albo trzy......naście. Ale wtedy zapewne okaże się, że jeszcze pięć innych mi się podoba i ich akurat nie mam. Gdzie jest koniec? 
Wreszcie już miałam na końcu języka - wiecie co? jednak nie chcę akwarium. 
Ale chciałam. Tylko nie wiedziałam jakie...
Okazuje się, że kiedy jest tak wiele do wyboru, można z niego zrezygnować. Zupełnie nic nie wybrać, żeby nie tracić tych wszystkich akwariów, których nie zrobię, jeśli zrobię to jedno. 
I nie mieć nic. 
Jest o tym mnóstwo artykułów, które przekonują, że prościej jest wybrać jedno z dwóch niż z tysiąca. Ale zupełnie co innego - stanąć przed takim wyborem. Nawet w kwestii "głupiego"akwarium. 
Okazuje się, że w teorii "wybrać wystarczająco dobre" jest łatwo. Ale kiedy się przed tym wyborem stoi, nadal można nie wiedzieć jakie wyda mi się wystarczająco dobre...
I tak sobie myślę, że to może dotyczyć niemal wszystkiego - już wiadomo, że akwarium, ale też koloru ścian w kuchni, i mebli do tej kuchni, wyboru kierunku studiów, miejsca na wakacje, a nawet związania się z grupą przyjaciół czy podjęcia decyzji o związku z tą, a nie inną osobą. 
Nie jest to łatwe, ale żeby coś mieć, trzeba się na coś zdecydować i zrezygnować z czegoś innego. Nie mogę zjeść ciastka i nadal go mieć, ale mogę się cieszyć tym zjadaniem i pamiętać o jego dobrym smaku. Inaczej ciastko się zepsuje a ja nadal będę się zastanawiała. Jak osiołek nad żłobem ze starego wierszyka.
No i nie ma co przemyśliwać przez kolejne lata czy dobrze zrobiłam?, czy na pewno dobrze wybrałam? Można utknąć na bardzo, bardzo długo w takim miejscu bezsensownego rozmyślania i zgorzknieć na potęgę. A nie warto. Daleko lepiej przyjrzeć się ze spokojem temu, czego chcę i na spokojnie wybrać. W kwestii akwarium to, co podoba mi się bez przerabiania mieszkania i wzmacniania podłogi u sąsiada poniżej i ścian nośnych w całym budynku. W innych kwestiach - to co mogę i czego chcę tam, gdzie jestem. I już. Niby proste, ale niestety dość trudne. Czasem skomplikowane bywa jednak łatwiejsze :)

Wybrałam jakie chcę akwarium. Kupiłam i posadziłam roślinki. Teraz akwarium "dojrzewa", a jak skończy dostanie lokatorów. Wybrałam już rybki. Dwa gatunki.. 


wtorek, 30 maja 2017

Stara fotografia

Znalazłam ostatnio takie zdjęcie. Leżało sobie wsunięte między jakieś papiery. Dokładniej to Szanowny Małżonek znalazł. 
Dzisiaj mija równe 40 lat od dnia, w którym je zrobiono. Pamiętam, bo to było dzień przed moimi urodzinami, a jego robieniu towarzyszyło wiele emocji. W końcu było to pierwsze prawdziwe, poważne zdjęcie. Miało być dla babci i dziadka i do szkolnej legitymacji. Do dziś pamiętam te kokardy w kratkę; były kolorowe, błyszczące i bardzo je lubiłam...
No i minęło właśnie równe 40 lat. Wyglądam trochę inaczej i w ogóle wiele, wiele rzeczy się zmieniło. Przy takiej okazji trudno nie mieć refleksji o upływającym czasie, o dorośnięciu i w ogóle o życiu. Jak to się w ogóle stało, że oba zdjęcia pokazują tę samą osobę? 

Wychodzi na to, że jutro kończę 47 lat. Zadziwiające.
Ale z drugiej strony... Jak pomyślę jaką drogę przeszłam, co udało mi się zrobić, ile przeżyłam... No gdzieś to trzeba upchnąć. 
A 47 lat to wcale nie aż tak dużo. 
Podróże - nie było tego imponująco dużo, ale dziewczynka ze zdjęcia na górze dopiero miała jechać na swoje pierwsze kolonie do Sandomierza i nic jeszcze na ten temat nie wiedziała. Morze, góry, jeziora, obozy i samotne wyprawy. Potem wyjazdy z dziećmi, a teraz już bez dzieci... Kawał życia :)
Spotkania z ludźmi... - jakiż ogrom różnych osób miał, i ma nadal, wpływ na mój sposób myślenia i na moje decyzje! No trudno tu nie wspomnieć najważniejszego człowieka, którego spotkałam, który zmienił moje życie kompletnie. Podjął ryzyko zostania moim Mężem i trwa w swoim postanowieniu 27 lat. Szacun i wdzięczność.
Nie wszystko oczywiście to cud, miód i orzeszki. Między różami zdarzały się ciernie, a droga pod górę bywała bardzo męcząca. Kilka razy spadłam i się potłukłam. Prawda, ale to co przeżyłam, ukształtowało to, kim jestem. Bez błędów i porażek byłabym kimś zupełnie  innym. 
Jednym słowem kończę czterdziesty siódmy rok życia z wdzięcznością Bogu i ludziom oraz oczekiwaniem co będzie dalej.