piątek, 14 lipca 2017

27 lat i wciąż dobrze nam razem :)

1989 impreza po maturze - tacy byliśmy :)
No i kolejny raz świętujemy rocznicę naszego ślubu. 27 lat temu powiedzieliśmy sobie TAK i dobrze zrobiliśmy. Najlepiej!
Gdybyśmy decydowali dzisiaj, powiedzielibyśmy to jeszcze głośniej:). Te 27 lat może nie zawsze było bardzo łatwe, ale zawsze, zawsze zawsze była to najlepsza decyzja. Razem jest po prostu lepiej. Można się razem śmiać - samemu to zawsze trochę głupie, można razem podróżować, dzielić się wrażeniami, razem jeść i gadać godzinami, wspólnie pić kawę, albo herbatę, albo wodę, albo sok. Można razem gdzieś iść, albo razem zostać w domu, razem się wygłupiać albo smucić. Możemy się wspierać gdy jest ciężko, być blisko kiedy potrzebujemy, pomagać sobie, być dla siebie oparciem. Robimy to wszystko i każdy dzień jest wypełniony tą decyzją sprzed 27 lat. 
WYBIERAM CIEBIE! 
Wybieram Ciebie kiedy stawiam wodę na herbatę dla nas obojga, kiedy robię obiad, jaki lubisz, kiedy siedzę z Tobą, chociaż chce mi się spać, albo kiedy idę spać razem z Tobą, chociaż w sumie wolę jeszcze posiedzieć. Wybieram Ciebie, kiedy planujemy wspólne wakacje i kiedy robimy codzienne zakupy. Jesteś dla mnie zawsze numerem 1. 
Nie ma większej radości w życiu. 
To było wspaniałe 27 lat i jesteśmy gotowi na następne :)

A tacy byliśmy jeszcze wczoraj :)



środa, 12 lipca 2017

Slot Art Festiwal 2017... tydzień po

Kilka dni temu wróciliśmy ze Slot Art Festiwalu (SAF2017). Życie ma swoje prawa i od razu wkręciło nas w swoje tryby i trybiki. Nie chce się wierzyć, że tylko tydzień temu zaczynaliśmy pierwszy pełny festiwalowy dzień. A jednak.
Jak było tym razem? Jak zwykle, a jednocześnie zupełnie inaczej niż do tej pory - i tak jest zawsze. Jeśli spoglądać na całość - mnóstwo ludzi, fantastyczne spotkania, przyjaźnie, koncerty, wykłady i dłuuuugie rozmowy, kolorowo, raczej głośno, ciekawie, twórczo, pyszna kawa, super ekipa na naszych wykładach (dzięki!), piękny stary klasztor, muzyka, zabawa ... czyli - jak co roku. Ale kiedy przyjrzeć się z bliska - to jednak inne rozmowy, inne miejsca, inne koncerty... Kilkoro przyjaciół nie dało rady przyjechać, przyjechali za to inni; słuchaliśmy innej niż na przykład w zeszłym roku muzyki (tym razem nasze rewelacje to tęskno i Madam Jean Pierre. Fruhstuck'i również dali super koncert, a nawet dwa, ale to akurat nie jest odkrycie tego roku tylko wieloletni podziw :), był też wyjątkowy koncert wyjątkowego Szefa Ochrony - Piotr, dałeś radę!), siedzieliśmy w innym miejscu, a raczej tym razem nie mieliśmy konkretnego ulubionego miejsca do siedzenia, było wyjątkowo spokojnie jak dla nas (choć pewnie nie dla wszystkich).  A więc... inaczej niż dotychczas.
Jak zawsze, ale też inaczej, mieliśmy na Slocie swoje święto - raz jest to nasza rocznica ślubu, a raz urodziny Janusza - tym razem odśpiewano huczne 100 lat przy bramie, a zespół Sarang - laureat sceny konkursowej dał ognia z Dużej Sceny. W pewnym sensie był to specjalny koncert urodzinowy, a w każdym razie tak uznaliśmy. Jubilat dostał też wyjątkowy prezent - płytę zespołu.
Jak zwykle, ale jednak inaczej... Kiedy się człowiek przygląda swojemu życiu, zawsze może dopatrzyć się tych dwóch perspektyw i chyba ich wzajemne przenikanie się tworzy najlepszy obraz. I pozwala cieszyć się tym, co było i z radością oczekiwać Slot Art Festiwalu 2018. W tym samym czasie :).

Twórczość i rozwój - hasła tegorocznej, minionej już edycji...
Tak sobie myślę, wspominam. To był naprawdę dobrze spędzony tydzień. Ale dobrze jest też wrócić.
Spotkałam ostatniego dnia dziewczynkę, która strasznie płakała, że Slot się już kończy i następny będzie dopiero za rok. A rok to przecież tak strasznie długo. Nie udało mi się pocieszyć Małej, ale znalazłam pocieszające myśli dla siebie. Może dziewczynkę też zdołałyby pocieszyć, ale odeszła a ja nie wiem kim była.
Pierwsza myśl to właśnie taka, że dobrze jest z pięknych miejsc wracać. Wtedy można część tych dobrych i pięknych przeżyć przenieść w inne miejsca. To trochę jak z górami - część ich wspaniałości i piękna polega na tym, że gdzieś tam, w dolinie, jest mój dom, w którym jest mój fotel, ulubiony kubek, kapcie i przyjaciele, z którymi mogę wspominać to, co przeżyliśmy razem. Można też planować następne wyprawy albo następne festiwale (swoją drogą rzeczywiście mamy już kilka pomysłów na SAF 2018)
Druga z tych myśli jest taka, że dobrze jest nie być już małą dziewczynką. Kiedy jest się starszym, rok wydaje się krótszy i człowiek ma jednak większy wpływ na to w jaki sposób i dlaczego ten rok przeżyje. Bycie starszym ma oczywiście swoje wady, ale ma też zalety i kiedyś o tym napiszę.
Trzecia jest taka, że twórczość i rozwój, miłość, spotkanie, wolność i Bóg  nie powinny towarzyszyć mi tylko podczas tygodnia Festiwalu. I to ode mnie zależy jak będzie.
Obyśmy 10 lipca 2018 stawili się pod platanem lepsi, mądrzejsi, bardziej twórczy, bardziej kochający, bardziej wolni i bliżsi obrazu Boga. mamy na to cały rok.
 DO ZOBACZENIA 


czwartek, 29 czerwca 2017

Co posiejesz, to wyrośnie


Namnożyło się ostatnio super sposobów na życie - książki, poradniki, kursy, spotkania, szkolenia. I dobrze. Dobrze, że szukamy dróg i sposobów na naszą codzienność, na wychowanie dzieci, na sukces w pracy, na komunikację z najbliższymi i na zdrowe gotowanie. Naprawdę dobrze. Ale jest tego wszystkiego druga strona. Kiedyś (na prawdę dawno) Ryszard Kapuściński na jednym ze swoich wykładów o informacji mówił, że zbyt wiele uwagi poświęca się problemom technicznym, prawom rynku i konkurencji, udoskonaleniom wszelkiego rodzaju a zbyt mało ludzkim, humanistycznym aspektom. I chyba właśnie to jest największym problemem wielu z nas, czasem i moim. 
Niezwykle łatwo jest zapędzić się właśnie w techniczne sposoby i rozwiązania, i pędzić gdzieś z szaloną prędkością zanim jeszcze zadam sobie pytanie gdzie i dlaczego chcę się udać. 
Jeśli nie odrobię tego zdania domowego, nie popracuję najpierw, może się okazać, że znalazłam się w miejscu, w którym nigdy znaleźć się nie chciałam i już niespecjalnym pocieszeniem jest to, że znalazłam się tam szybko, efektywnie i w ogóle w dobrym stylu. 
Dotyczy to w zasadzie każdego aspektu mojego życia. 
Nawet tak trywialnej sprawy jak zgromadzenie na pintereście dwunasty tysięcy wegańskich przepisów, chociaż uwielbiam mięso, jajka, masło i mleko, i nie zamierzam z nich zrezygnować. Czy nie zmarnowałam trochę czasu? Czy nie zapędziłam się trochę?
Wychowanie dzieci - miliony sprawdzonych rad jak nauczyć spać we własnym łóżeczku, jak pobudzać kreatywność od trzeciej godziny życia, jak zrobić z dziecka genialnego naukowca/ przedsiębiorcę, "i twój maluch wkrótce zostanie miliarderem", jak nauczyć dziecko posłuszeństwa, a może właśnie nie powinno być posłuszne...
I znowu - a gdzie w tym wszystkim miejsce na mamę, na tatę i na samo dziecko? I co jeśli nasz doskonale zaplanowany sportowiec-przedsiębiorca- geniusz odkrywa w sobie duszę poety? Poradniki jakich pełno odbierają rodzicom już nawet nie pewność siebie, ale w ogóle możliwość samodzielnego zdecydowania - posłać do przedszkola czy nie (że o żłobku nie wspomnę), kurs chińskiego, chodzenia na linie i liczenia od tyłu czy może spacery z rodzicami. I nie chodzi mi o to, że my podjęliśmy takie a nie inne wybory, ale o to, że każdy powinien dokonywać ich osobiście i w zgodzie z własnymi przekonaniami i potrzebami. A te się różnią. Nie da się w jednym życiu użyć tego wszystkiego, co działa w innym. A już na pewno nie w 100 %.

No i niestety działa to tak, że co posiejesz, to zbierzesz, a jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz...
Znamy człowieka, który wielkim nakładem pracy, poświęcając relacje z dziećmi i żoną, bez wytchnienia wybudował piękny 600 metrowy dom. Żona zajmuje się swoimi sprawami, trójka dzieci dawno się wyprowadziła, facet pracuje jak oszalały, bo się przyzwyczaił, domu nikt nie chce kupić. Kot ma niezłe warunki. Mężczyzna świeżo po 50-tce twierdzi, że zmarnował najlepsze lata swojego życia żeby wybudować 600 metrowy domek dla kota.
Znam też małżeństwo, które, kiedy odchowało już swoje własne dzieci, zajęło się pomaganiem innym. Ludzie otwarli rodzinny dom dziecka. Może nie zawsze jest łatwo, ale satysfakcja z życia - jakże inna. 

Stara przypowieść mówi, o tym, że dom postawiony na skale ma zasadniczo większe szanse postania dość długo, niż dom postawiony na piasku. 
Bajka o trzech świnkach też mówi o budowaniu domku - z cegieł, z drewna i z siana. Wiadomo jak było, kiedy przyszedł wilk.
Znamy te historie, a jednak bardzo trudno jest nam w dzisiejszym świecie zatrzymać się i pomyśleć o tym dokąd, z kim idę i dlaczego.
Żył kiedyś król, podobno najmądrzejszy na ziemi. Miał wiele, wiele widział, wiele przeżył, sam mimo swojej mądrości kilka głupot w życiu zrobił. I wyciągnął wnioski. 
Między innymi taki, że kiedy nie staram się być mądrym człowiekiem, to nie powinnam być zdziwiona, kiedy "kończy się rumakowanie" i przychodzą kłopoty. 

Mądrość woła głośno na ulicy, na placach podnosi swój głos, woła na rogu ulic pełnych wrzawy, wygłasza swoje mowy w bramach miasta. Jak długo wy, prostaczkowie, kochać się będziecie w prostactwie, a wy, szydercy, upodobanie mieć będziecie w szyderstwie, a wy, głupcy, nienawidzić będziecie poznania? Zwróćcie uwagę na moje ostrzeżenie! Oto chcę wam wyjawić moje myśli, obwieścić wam moje słowa:
Ponieważ wołałam, a nie chcieliście słuchać, wyciągałam ręce, a nikt nie zważał, ponieważ nie poszliście za moją radą i nie przyjęliście mojego ostrzeżenia, dlatego i ja śmiać się będę z waszej niedoli, szydzić będę z was, gdy was ogarnie strach, gdy padnie na was strach jak burza, a nieszczęście przyjdzie na was jak wicher, gdy was ogarnie niedola i utrapienie.
Wtedy wzywać mnie będą, lecz ich nie wysłucham, szukać mnie będą, lecz mnie nie znajdą, bo nienawidzili poznania i nie obrali bojaźni Pana, nie chcieli mojej rady, gardzili każdym moim ostrzeżeniem, dlatego muszą spożywać owoc swojego postępowania i sycić się swoimi radami, gdyż odstępstwo prostaków zabija ich, a niefrasobliwość głupców ich gubi.
Lecz kto mnie słucha, bezpiecznie mieszkać będzie i będzie wolny od strachu przed nieszczęściem.
Księga Przypowieści Salomona

Tak więc życzymy udanych wakacji i wiele mądrości :)

czwartek, 15 czerwca 2017

Albo rybki, albo akwarium - sztuka wyboru


Mówi się "albo rybki, albo akwarium" - no to jak na razie wybrałam akwarium. Uznałam, póki co, że akwarium bez rybek i tak jest lepsze niż rybki bez akwarium. Cała sprawa trwała dość długo i jest propozycją mojej córki. Chyba razem z bratem postanowili zorganizować mi coś, czym będę się mogła opiekować kiedy oni oboje prowadzą już samodzielne życie, ale to temat na inną okazję. W każdym razie stanęło na tym, że będę miała akwarium. A nawet już mam. Złośliwy chichot losu prawił, że kiedyś, dawno, dawno temu było to marzenie mojego Ukochanego. Jemu marzenie przeszło, ale dzieci gdzieś zapamiętały, że "zawsze chcieliście mieć akwarium". No, ja nadal chcę :) i jest.
Jak napisałam powyżej, póki co wybraliśmy rozpoczęcie przygody od akwarium jako takiego, na rybki czas jeszcze przyjdzie - czyli wybraliśmy kolejność. To było dość łatwe: 
1. sam "akwariumowy" pojemnik (tu wybór był dość prosty, bo dostałam używany), 
2. podłoże - żwir, piasek, kamyczki, substrat dla roślin, drobniejszy piasek, grubszy żwir, większe kamienie??? - i już zaczyna być jasne o co mi tym razem chodzi.... 
3. woda - niby zwykła woda, ale jak się napisze do wujka Googla albo poczyta na akwarystycznych forach, to rozwija się sześć milionów witryn na ten temat - mineralna/ ze studni/ z kranu/ uzdatniana/ filtrowana etc, etc... Można się dowiedzieć jakiegoś miliona zupełnie sprzecznych informacji.
4. roślinki -  jakie??? Podobno szacuje się, że na świecie żyje około 500 tysięcy gatunków roślin. Czytając poradniki, można uwierzyć, że połowa z nich nadaje się do hodowania w jakiegoś rodzaju akwarium. RATUNKU!!! A może całkiem bez roślin? (myślałam, że to bez sensu, ale okazuje się, że są akwaria bez roślin i to przepiękne...)
"Zależy czego pani oczekuje i co się pani podoba" - tanganika, takashi amano, malawi, jedno czy wielogatunkowe? a może morskie? albo biotopowe w stylu "czarne wody"?
Głowa mała!!!
Okazuje się, że w dzisiejszym świecie, w sprawie akwarium można mieć w zasadzie całkiem wszystko. Ale niestety nie na raz. Jeśli założę jedno - nie będę miała drugiego. Ani trzeciego. Ani w ogóle żadnego innego. Ale podobają mi się oba. Chyba, że... zrobię dwa. Albo trzy......naście. Ale wtedy zapewne okaże się, że jeszcze pięć innych mi się podoba i ich akurat nie mam. Gdzie jest koniec? 
Wreszcie już miałam na końcu języka - wiecie co? jednak nie chcę akwarium. 
Ale chciałam. Tylko nie wiedziałam jakie...
Okazuje się, że kiedy jest tak wiele do wyboru, można z niego zrezygnować. Zupełnie nic nie wybrać, żeby nie tracić tych wszystkich akwariów, których nie zrobię, jeśli zrobię to jedno. 
I nie mieć nic. 
Jest o tym mnóstwo artykułów, które przekonują, że prościej jest wybrać jedno z dwóch niż z tysiąca. Ale zupełnie co innego - stanąć przed takim wyborem. Nawet w kwestii "głupiego"akwarium. 
Okazuje się, że w teorii "wybrać wystarczająco dobre" jest łatwo. Ale kiedy się przed tym wyborem stoi, nadal można nie wiedzieć jakie wyda mi się wystarczająco dobre...
I tak sobie myślę, że to może dotyczyć niemal wszystkiego - już wiadomo, że akwarium, ale też koloru ścian w kuchni, i mebli do tej kuchni, wyboru kierunku studiów, miejsca na wakacje, a nawet związania się z grupą przyjaciół czy podjęcia decyzji o związku z tą, a nie inną osobą. 
Nie jest to łatwe, ale żeby coś mieć, trzeba się na coś zdecydować i zrezygnować z czegoś innego. Nie mogę zjeść ciastka i nadal go mieć, ale mogę się cieszyć tym zjadaniem i pamiętać o jego dobrym smaku. Inaczej ciastko się zepsuje a ja nadal będę się zastanawiała. Jak osiołek nad żłobem ze starego wierszyka.
No i nie ma co przemyśliwać przez kolejne lata czy dobrze zrobiłam?, czy na pewno dobrze wybrałam? Można utknąć na bardzo, bardzo długo w takim miejscu bezsensownego rozmyślania i zgorzknieć na potęgę. A nie warto. Daleko lepiej przyjrzeć się ze spokojem temu, czego chcę i na spokojnie wybrać. W kwestii akwarium to, co podoba mi się bez przerabiania mieszkania i wzmacniania podłogi u sąsiada poniżej i ścian nośnych w całym budynku. W innych kwestiach - to co mogę i czego chcę tam, gdzie jestem. I już. Niby proste, ale niestety dość trudne. Czasem skomplikowane bywa jednak łatwiejsze :)

Wybrałam jakie chcę akwarium. Kupiłam i posadziłam roślinki. Teraz akwarium "dojrzewa", a jak skończy dostanie lokatorów. Wybrałam już rybki. Dwa gatunki.. 


wtorek, 30 maja 2017

Stara fotografia

Znalazłam ostatnio takie zdjęcie. Leżało sobie wsunięte między jakieś papiery. Dokładniej to Szanowny Małżonek znalazł. 
Dzisiaj mija równe 40 lat od dnia, w którym je zrobiono. Pamiętam, bo to było dzień przed moimi urodzinami, a jego robieniu towarzyszyło wiele emocji. W końcu było to pierwsze prawdziwe, poważne zdjęcie. Miało być dla babci i dziadka i do szkolnej legitymacji. Do dziś pamiętam te kokardy w kratkę; były kolorowe, błyszczące i bardzo je lubiłam...
No i minęło właśnie równe 40 lat. Wyglądam trochę inaczej i w ogóle wiele, wiele rzeczy się zmieniło. Przy takiej okazji trudno nie mieć refleksji o upływającym czasie, o dorośnięciu i w ogóle o życiu. Jak to się w ogóle stało, że oba zdjęcia pokazują tę samą osobę? 

Wychodzi na to, że jutro kończę 47 lat. Zadziwiające.
Ale z drugiej strony... Jak pomyślę jaką drogę przeszłam, co udało mi się zrobić, ile przeżyłam... No gdzieś to trzeba upchnąć. 
A 47 lat to wcale nie aż tak dużo. 
Podróże - nie było tego imponująco dużo, ale dziewczynka ze zdjęcia na górze dopiero miała jechać na swoje pierwsze kolonie do Sandomierza i nic jeszcze na ten temat nie wiedziała. Morze, góry, jeziora, obozy i samotne wyprawy. Potem wyjazdy z dziećmi, a teraz już bez dzieci... Kawał życia :)
Spotkania z ludźmi... - jakiż ogrom różnych osób miał, i ma nadal, wpływ na mój sposób myślenia i na moje decyzje! No trudno tu nie wspomnieć najważniejszego człowieka, którego spotkałam, który zmienił moje życie kompletnie. Podjął ryzyko zostania moim Mężem i trwa w swoim postanowieniu 27 lat. Szacun i wdzięczność.
Nie wszystko oczywiście to cud, miód i orzeszki. Między różami zdarzały się ciernie, a droga pod górę bywała bardzo męcząca. Kilka razy spadłam i się potłukłam. Prawda, ale to co przeżyłam, ukształtowało to, kim jestem. Bez błędów i porażek byłabym kimś zupełnie  innym. 
Jednym słowem kończę czterdziesty siódmy rok życia z wdzięcznością Bogu i ludziom oraz oczekiwaniem co będzie dalej. 

czwartek, 25 maja 2017

Dokąd biegniesz?


To pytanie towarzyszy mi dzisiaj od czasu porannego kontaktu z bieżnią. Przeszłam w dość dobrym tempie 2 kilometry nie ruszając się z miejsca. Zawiedzionych moim "wynikiem" informuję, że to była rehabilitacja a nie trening :), ale do rzeczy - szłam sobie we wspomnianym już dobrym tempie, pilnowałam postawy i... miałam trochę czasu na myślenie. No i myślałam o celu właśnie. Dokąd idę? Ok, ćwiczyłam i cel w przestrzeni, oczywiście nie jest istotą treningu na bieżni, ale... 
Jak często biegniemy, spieszymy się, zdobywamy kolejne punkty, szczyty i pokonujemy trasy kompletnie nie zastanawiając się po co? Świat, w którym żyjemy trochę nas do tego skłania, ale na prawdę nie wszystko, co robimy i co dzieje się wokół jest winą tegoż świata! To my sami wybieramy mniej lub bardziej świadomie nasze cele. Generalnie nikt nas nie zmusza. To my sami gonimy za różnymi rzeczami, i jeśli źle wybierzemy, nasze cele mogą rozpłynąć się we mgle jakby nigdy nie istniały. 
Pytania po co, dokąd, dlaczego i dla kogo może nie zawsze są wygodne, ale warto je sobie postawić. 
Co jest moim celem? 
Dlaczego w ogóle gdzieś zmierzam?

czwartek, 11 maja 2017

Druga strona medalu

Jak wiadomo medale, i nie tylko one, mają dwie strony. Często o tych medalach mówimy, gdy dostrzegamy, że coś jest z jednej strony fajne i się nam podoba, ale z drugiej strony już takie fajne nie jest. Czasem mówimy po prosu o dwóch aspektach jakiejś sprawy ale częściej wygląda to tak, że o ile obie strony medalu - na przykład złotego, są złote, o tyle ta druga strona wydarzenia, czy sytuacji o której mówimy już taka złota nie jest. Zresztą po bliższym przyjrzeniu się i ta pierwsza też bywa tylko złotego koloru, albo jest nawet całkiem szara, ale tak jakoś zaświeciło słońce...
No i tym razem właśnie o tym. Kilka już razy pisaliśmy, że relacje kosztują, że trzeba nad nimi pracować, i że bez poświęcenia nic z tego nie będzie (na przykład tutaj i tutaj). Przyszedł czas na tę "drugą stronę". Wolelibyśmy pewnie wszyscy (my na pewno) żyć w świecie, w którym ten post byłby zupełnie niepotrzebny, ale taki świat jest niestety wyłącznie w filmach Disneya i kilku innych wytwórni.
W prawdziwym życiu, niestety, to o czym piszemy czasem nie działa. Istnieją na nim ludzie, którzy nie tylko nie docenią twojego poświęcenia, twojej miłości i zaangażowania, ale cynicznie je wykorzystają i jeszcze w tobie zbudują poczucie winy, kiedy tylko spróbujesz się od nich uwolnić. Nie będę się upierać, że to źli do szpiku kości ludzie i należy takich odizolować. Nie wiem. Czasem rzeczywiście sami też są ofiarami różnych historii, wydarzeń, czy po prostu poprzednich ofiar czegoś czy kogoś. I to prawda, że czasem sami potrzebują pomocy. Ale takie, najtrudniejsze nawet historie, a czasem wcale nie o nie chodzi, nie dają nikomu prawa do wykorzystywania drugiego człowieka. I nie wolno się na to godzić. Nigdy. 
Kilka razy spotykaliśmy się ostatnio z młodymi ludźmi. Rozmawiamy o życiu, o relacjach, o przyjaźni i miłości. I prawie zawsze pada pytanie - to jak mam wybrać? czym kierować się przy podejmowaniu decyzji o wspólnym życiu?
Odpowiedź jest dość prosta, choć czasem niełatwa. 
Kieruj się SERCEM I ROZUMEM!
Dzisiejszy świat trochę zwodzi nas swoim nastawieniem na emocje. Jeśli się zakochasz - nic nie da się z tym zrobić, musisz iść za głosem serca. I delikatne, wrażliwe osoby z tego właśnie powodu lądują czasem w bardzo nieprzyjemnych miejscach. Dlaczego? Bo ja go/ją tak bardzo kocham... Bo na pewno w końcu się zmieni... Bo jak ona/on poradzi sobie beze mnie? I jakieś dwa miliony podobnych przekonań łączących w sobie beznadzieję, strach, przekonanie o własnej małości z pewną nutką szlachetności, bo przecież "tylko ja potrafię tak kochać, nikt inny by z nim/ z nią nie wytrzymał". I mijają kolejne lata rozpaczy, samotności, żalu, rozczarowania, beznadziei, strachu i przekonania o własnej małości, a jednak z nutką szlachetności... już było? tak, bo to zaklęty krąg, z którego strasznie trudno się wyplątać. Na dodatek z czasem człowiek przyzwyczaja się do zimy, śniegu, deszczu i szarości, i z niedowierzaniem wita każdy promień słońca. Jak wilk w ZOO wydeptuje sobie ścieżkę, z której nie potrafi już zejść nawet kiedy krat dawno już nie ma. 
Tak więc wspomagaj się sercem, pewnie, że tak, uczucia są dość ważne w naszym życiu. Ale rozumu nie zastąpią. I jeśli serce podpowiada ci źle - nie idź za nim. Z całym szacunkiem do serca własnego i do każdego z Waszych serc - one naprawdę bywają zwodnicze. Przykra sprawa. Nasze własne serce potrafi nas oszukać i dlatego niestety nie jest dobrym doradcą. Nie chodzi przy tym o to, by serce z życia wyrzucić, ale o to, by nie pozwolić mu kierować. 
Jeśli kierujemy się tylko rozumem, to też nie najlepiej, oczywiście. Sami stajemy się trochę bezduszni, łatwo ranimy innych. Równowaga przydaje się i w tę stronę. 
Tak więc kiedy podejmujemy w naszym życiu decyzje, które nie tylko nas dotyczą, kierujmy się i sercem i rozumem.