poniedziałek, 3 lutego 2020

Co się stało z naszym entuzjazmem?

W tym roku będziemy mieli trzydziestą rocznicę ślubu. Kawał czasu. Pewnie pojawi się tutaj więcej refleksji na ten temat, bo trudno powstrzymać się od głębokich (i nieco płytszych) przemyśleń. Z grubsza trzydzieści lat temu, na początku lutego byliśmy w Urzędzie Stanu cywilnego zarezerwować termin ślubu. Piękni, młodzi i pełni entuzjazmu. Nic jeszcze nie wiedzieliśmy o wspólnym życiu, a naszym największym zasobem był właśnie entuzjazm. Prawdę mówiąc bardzo wiele osób robiło dość sporo żeby go zgasić, a przynajmniej poddać w wątpliwość:
Zobaczysz jeszcze jakie to szczęście... (cynicznym tonem)
Czekaj, czekaj, przekonasz się.
Niby dlaczego akurat wam miałoby się udać lepiej niż innym.
No już nie bądź taka pewna ( to było moje "ulubione").
I tak dalej, i tak dalej, aż w końcu sami zaczęliśmy się obawiać. No bo w sumie... rzeczywiście.
Małżeństwa wokół często nie są zbytnio zachęcające.
Pamiętam nasze ówczesne rozmowy - pełne wątpliwości i niepokoju, ale też nadziei, zaufania i szukania mądrości. I rzecz jasna - entuzjazmu. Damy radę! Nigdy, przenigdy się nie poddamy!
I entuzjazm wygrał.
Dziś żyjemy w konsekwencjach. I nawet nie tyle tego początkowego entuzjazmu, który wprawdzie pozwolił nam wyruszyć w drogę, co jeszcze bardziej decyzji żeby się nie poddawać kiedy ten entuzjazm minie. Bo minie na pewno, jak każdy entuzjazm towarzyszący początkowi drogi.
Ten czas przygotowań, planowania wielkiej podróży jest w sumie na entuzjazm niemal skazany. Na początku podróży fale entuzjazmu dosłownie nas przecież zalewają!
Pamiętam jak dwa lata temu planowaliśmy nasze niemal 400 kilometrów piechotą w Portugalii i Hiszpanii. Mieliśmy zamiar przejść Camino z Porto do Santiago.
Kolejne przygotowania, planowanie trasy, w końcu dzień wyjazdu po niemal nieprzespanej z emocji nocy, lotnisko i start. Portugalia. Drzewa, kwiaty, zapachy, budynki, morze, plaże, skały - ależ wspaniale!
Porto. Wyruszamy pełni entuzjazmu :)
Czwartego dnia głównie bolały mnie nogi i ciążył plecak. Piątego dnia w ogóle byłam trochę zła, że w ogóle wyruszyłam w tę podróż. Szóstego dnia na szczęście zmienił się krajobraz.
U końcu szlaku nie czekał entuzjazm. Była tam głęboka satysfakcja. Daliśmy radę! Widzieliśmy tyle pięknych miejsc! Spróbowaliśmy tylu nowych smaków, poznaliśmy ludzi, pokonaliśmy własną słabość. Okazało się, że satysfakcja, jakkolwiek inna, jest równie dobra, jeśli nie lepsza od entuzjazmu. Kłopot, kiedy człowiek poddaje się w chwili, w której ten entuzjazm wygasa. Wydaje mu się, że to entuzjazm nadawał sens drodze. A to przecież wcale nie tak. Może mniej efektowna, ale chyba nawet ważniejsza jest prosta wytrwałość.
Trzymając się metafory naszej hiszpańskiej drogi - trzeba w życiu przejść kilometry "asfaltówki" pomiędzy aromatycznymi eukaliptusowymi lasami, plażami i miasteczkami odpoczynku. To prawda, że bywają chwile, kiedy prawda o nas najbliżej ma do formularza podatkowego. Kolejne tabelki, cyferki, daty. Niby wszystko prawda, ale duszy nie porywa, nie powoduje drżenia serca. Mijają kolejne dni i tygodnie pełne obowiązków i są one nawet prawidłowo wykonane, ale... szału nie ma. "Już tego nie czuję". I tęsknimy do romantycznych wieczorów, do drżenia serca na widok ukochanej postaci. I dajemy się oszukać, że to już koniec, że nic już nas nie czeka. Asfaltowa droga jest nużąca, odbite ciepło słońca parzy w stopy nawet przez buty, mijają nas kolejne samochody, my mijamy kolejne zakręty, droga się nie kończy.
Lecz jeśli wytrwamy, okaże się, że za kolejnym, nie pamiętamy którym, bo dawno przestaliśmy liczyć, wyłania się kolejne cudowne miejsce pełne wytchnienia i piękna. Świeża bryza, błękitna woda, czysty piasek, opodal cienisty lasek. Życie jest piękne! Warto było!
Odpoczywamy, napawamy się satysfakcją, opalamy się, pływamy, jemy coś pysznego, znów odpoczywamy i powoli, spokojnie, rodzi się w nas pragnienie pójścia w dalszą drogę.
Co jest dalej? Co jeszcze nas czeka? I może nie ma w nas tyle młodzieńczego entuzjazmu co kiedyś, ale nigdy w życiu nie oddałabym spokojnej radości, satysfakcji i zaufania, które pojawiły się w jego miejsce.
Najlepsze jeszcze przed nami.








5 komentarzy:

  1. Bardzo trafnie napisane. Satysfakcja po dobrze wykonanym zadaniu jest przyjemna i daje ukojenie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Fajnie to napisałaś, mnie jak opuścił entuzjazm po trudzie i zmęczeniu ciężkiego dnia to pojawił się strach że nie dam rady, przecież nie mam juz sił. Jestem starszą kobietą .... ale jest coś to wiara,dla mnie to ona pozwoliła wytrwać i dojść do Santiago. Potem w sumie byłam jeszcze kilka razy :) Nigdy nie należy wątpić i się poddawać, chociaż w głwie rodzą się wątpliwośći. Najlepsze jeszcze przed wami !!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękujemy :) I przed Tobą jeszcze najlepsze :) i też wybieramy się jeszcze na Camino. Pozdrawiamy

      Usuń
  3. Czasem jednak towarzysz podróży rezygnuje i co wtedy - czekać aż mu się "zachce" (stoi w miejscu, nawet nie wraca) czy iść bez niego?

    OdpowiedzUsuń