czwartek, 30 listopada 2017

Kalendarz Adwentowy "Dobrze nam Razem" 2017 - START

Zaczynamy nasze Adwentowe Wyzwanie! Na początek przypominamy zasady :)
  •  Można uczestniczyć w nim razem, wspólnie, ale jeśli to nie jest możliwe, podejmij je sam/ sama i podążaj i tak za naszymi wskazówkami. Może kolejne wyzwanie podejmiecie już razem?
  • W tym roku budujemy naszą dobrą historię (więcej na ten temat TUTAJ)
  • Codziennie wieczorem, koło godziny 19.00, na naszym profilu facebookowym i blogu znajdą się wskazówki na dzień następny. Na Facebooku będą one w wersji graficznej, skróconej, a na blogu, czyli tutaj, opisane dokładniej.
  • Zaczynamy dzisiaj, tj. 30 listopada wskazówkami na 1 grudnia i kończymy 23 grudnia wskazówkami na Wigilię 
ZAPRASZAMY!!!


Dzień pierwszy:
Zadanie polega na zrobieniu czegoś lub przypomnieniu sobie czegoś związanego z Waszą ulubioną fotografią. Generalnie mamy mnóstwo zdjęć, ale chodzi o znalezienie tej najlepszej, najulubieńszej - co takiego przedstawia i dlaczego jest ulubiona; w jakich okolicznościach została zrobiona? Co wtedy robiliście?
Może warto tę fotografię oprawić i postawić w jakimś widocznym miejscu?
Może to okazja do przeglądnięcia starych zdjęć w ogóle? Niektórzy z nas mają ich naprawdę sporo:)
Może się okazać, że jeszcze ciągle takiej jedynej, ulubionej nie macie - może to jest dobra okazja, żeby to zmienić? No, chyba, że macie (tak jak my) kilka takich najulubieńszych.
Do dzieła!

Wdzięczność
Wdzięczność jest podobno kluczem do spełnienia i radości. Wydaje się nam, ze jest coś na rzeczy, ale wydaje się nam również, że o tę wdzięczność trzeba w naszym życiu trochę zawalczyć. Dlatego nasz Adwentowy Kalendarz będzie miał tak naprawdę dwa wyzwania. Jak szaleć, to szaleć :)
Codziennie na karteczce, wzorku bombki, gwiazdki, choinki lub po prostu  napisz za co dziś jesteś wdzięczny/wdzięczna. Nie odkładaj pisania kartek na później, każdego dnia zapisz jedną konkretną rzecz i myśl w ciągu dnia o tym, co jest tam zapisane. Zachowuj karteczki bo ostatniego dnia znajdą swoje specjalne miejsce :)
poniżej zamieszczamy nasze wzorki, z których można skorzystać.



wtorek, 28 listopada 2017

Kalendarz Adwentowy 2017 - podejmij wyzwanie


…Albowiem dziecię narodziło się nam, 
Syn jest nam dany
i spocznie władza na jego ramieniu, 
i nazwą go:
Cudowny Doradca, Bóg Mocny, 
Ojciec Odwieczny, Książę Pokoju… 
Izajasz 9: 5


Boże Narodzenie – historia, która zmieniła nasze życie. Ponad dwa tysiące lat temu, w małej, raczej zapomnianej miejscowości, w niezbyt luksusowych warunkach, po trudach podróży rodziców, przyszło na świat Dziecko. Urodził się Mały Chłopiec. Emmanuel. I od tej pory Bóg jest z nami.  Historia, konkretne wydarzenie w miejscu i czasie, spowodowało w świecie ogromną zmianę. Bez tego dnia, wszystko byłoby zupełnie inne. Nawet rok mielibyśmy jakoś zupełnie inaczej liczony.
W tej opowieści Bóg wchodzi do świata ludzi, jako jeden z nich właśnie. Dlatego naprawdę wie o co w tym wszystkim chodzi. Nie jest odległym demiurgiem otoczonym wielkimi ideami, tylko dzieckiem, małym chłopcem, który urodził się żeby naprawić wszystko, co zostało zepsute i zniszczone. Czyż nie o tym marzyliśmy?

Każdy z nas ma swoją historię - lepsze i gorsze chwile, dzięki którym jednak jesteśmy właśnie tym, kim jesteśmy. Tysiące decyzji w przeróżnych okolicznościach splatają się w nasz charakter i budują nasze więzi z innymi. Wiele chwil, które, gdyby się nie wydarzyły, zmieniłyby bieg naszej małej historii – a zatem i historii kolejnych pokoleń. Piękna rodzinna historia o tym jak babcia spotkała dziadka… i już wiemy o co chodzi. Nasza historia jest ważna. I nieprawda, że tylko dla nas. 

W tym roku, podczas Adwentu, chcemy skupić się na budowaniu naszej własnej, wspólnej, dobrej historii. I taki właśnie będzie tegoroczny Kalendarz Adwentowy Dobrze nam Razem.

Podobno kluczem do szczęścia jest wdzięczność, ale tej przecież nie da się pielęgnować jeśli nie pamiętamy o dobrych rzeczach. A w codzienności, kolejnych szarych dniach, natłoku spraw, terminów i obowiązków tak łatwo zostawić je na później, odłożyć i w końcu zapomnieć. Pędzić i nie wiedząc nawet kiedy, stracić coś najcenniejszego. O wiele ważniejszego niż te wszystkie obowiązki, terminy i sprawy. I dlatego potrzebujemy Świąt. Żeby nie zapomnieć o Bożym Narodzeniu i o tym co ono dla nas znaczy, ale też o nas, o tym kim jesteśmy i jak to się stało. A jeśli trochę się pogubiliśmy, może te Święta pomogą nam się odnaleźć?




Zapraszamy do naszego Kalendarza Adwentowego. 

Startujemy w czwartek, 30 listopada. Codziennie, przez kolejne 24 dni będziemy stawiać przed Wami, i przed nami samymi, kolejny temat - wyzwanie na kolejny dzień Adwentu. 

poniedziałek, 27 listopada 2017

Kalendarz Adwentowy 2017 już wkrótce


Już za kilka dni, a konkretnie w czwartek, 30 listopada, rozpoczynamy kolejny już Kalendarz Adwentowy Dobrze nam Razem. W zeszłym roku pomysł został bardzo dobrze przyjęty, więc doczekał się właśnie kolejnej edycji. Oczywiście nie jest to nasz oryginalny pomysł :). Kalendarz Adwentowy wymyślili niemieccy luteranie w XIX wieku. Adwent - czas oczekiwania na Boże Narodzenie może być fantastycznym czasem przygotowań przyjemniejszych i głębszych niż jedynie robienie porządków i przygotowywanie jedzenia. Każdy kolejny dzień będzie wyzwaniem do konkretnego działania.
Więcej w czwartek 30 listopada. 
Zapraszamy 

czwartek, 23 listopada 2017

Strefa komfortu

"Zmieniaj życie i pozostań w strefie komfortu" - SMS o takiej treści ostatecznie obudził mnie któregoś dnia podczas śniadania. Wstałam znacznie wcześniej, ale jakoś niekoniecznie oznaczało to obudzenie się. Nawet bardzo niekoniecznie. Mętny wzrok i baaardzo powolne tempo myślenia i wszystkiego innego jakoś nie mogły mnie opuścić. Chyba całe długie kilka sekund zajęło mi zrozumienie, że SMS jest początkiem reklamy zachęcającej mnie do całkowitego przemeblowania mieszkania i wymiany sprzętu AGD. Super. Taki komfort, że hej! Obudziłam się natychmiast. NIE!!! Żadnych nowych mebli, garnków, lodówek i sztućców! Nawet 50% taniej. 
No ale ostatnio pisałam o tym, że zawsze jest czas na zmiany, i to czy ich dokonujemy zależy tylko od nas (tutaj), to dziś może o tej strefie komfortu. Bo chyba, choć hasło brzmi kusząco, niekoniecznie jest możliwe do zrealizowania. I to nie tylko w sprawie remontu, przemeblowania, przeprowadzki  czy innych podobnych kataklizmów. Podejrzewam, że generalnie niemal żadne zmiany nie przychodzą całkiem bezboleśnie; nawet te "na lepsze" (jeśli ktoś ma jakieś naukowe dowody na to, że jest inaczej, proszę o kontakt). Jesteśmy jakoś tak przyzwyczajeni do starych butów, że wchodzenie w nowe jakoś zwykle, przynajmniej na początku, nam nie leży. I oczywiście im ważniejsza sprawa, a więc i zmiana, tym trudniej przychodzi. I tym bardziej się przed nią bronimy. Święty niemal argument, że ZAWSZE TAK BYŁO, I BYŁO DOBRZE urasta do rangi życiowej prawdy i jedynie słusznego celu w życiu. Istnieje nawet powiedzenie, że lepszy jest stary wróg niż nowy przyjaciel. Co??? No to już przesada!
A jednak. Czy możliwe jest, że tak bardzo przyzwyczaiłam się do starego, że nowe, chociaż lepsze, nie ma żadnej racji bytu? Czy możliwe jest, że wolę starego wroga, z którym jakoś nauczyłam się już żyć, niż nowego przyjaciela, który samym swoim istnieniem szykuje dla mnie kilka niespodzianek?
Czy jest możliwe, że  wolę przykryć głowę kocem i przeczekać, aż zmiana sobie pójdzie i nigdy nie wróci? Otóż niestety jest. Nie tylko możliwe, ale nawet całkiem prawdopodobne. I kilka takich doświadczeń mam już na koncie. Dumna z tego nie jestem, ale tak jest. Co więcej... coraz częściej wolałabym, żeby było po staremu...
Można przespać życie z głową pod kocem. Ale czy warto? 
Bo zmiana zawsze kosztuje. Tak, drogocenne rzeczy kosztują dużo... Dlatego są cenne... Ale kiedy przychodzi za nie płacić, zwykle tracę entuzjazm. Moja wygoda, na którą już sobie zapracowałam, do której mam chyba prawo, nie?, którą już polubiłam i w ogóle jest jak stare kapcie, domaga się swoich praw. Niech no ktoś tylko jej zagrozi! 
Czasem tylko narzekam, że moje życie jest puste, niewiele warte, nudne, nieszczęśliwe... 
No cóż... Jakie walki, takie zwycięstwa. 
Hurraaaa!!!!! Znalazłam kapcie, były pod łóżkiem!!!  
A jednak wcale nie jestem zwolennikiem "wychodzenia ze strefy komfortu". Zwłaszcza jako sposobu na zmianę. Jestem mocno przekonana, że wcale nie o to chodzi. 
Ponad już rok temu byliśmy na absolutnie najcudowniejszych wakacjach w naszym życiu. Wymagało to spakowania się i wyjechania z domu, ogólnego obniżenia standardów wypoczynku (spaliśmy we własnym aucie), mierzenia się z obcym i zupełnie nieznanym językiem i kulturą, i ogólnej oraz szczegółowej zgody na niewygodę. Strefa komfortu pozostała mglistym wspomnieniem, które pozostawiliśmy zamknięte na klucz. Warto było? Oj, tak! 
Ale sednem wspaniałości naszych wakacji wcale nie było opuszczenie strefy komfortu! To była cena, którą musieliśmy zapłacić za cel. I naprawdę nie chodzi o to by płacić i płacić, tylko nie wiadomo za co.  
Zmiana, przygoda, musi mieć cel i powód, przyczynę, chęć, potrzebę, może nawet marzenie, i prawdą jest, że trzeba za to zapłacić. Inaczej się nie da. Ale nie ta zapłata jest celem. Warto w życiu znaleźć sobie jakiś większy. I wtedy okazuje się, że brzemiona naprawdę mogą być lekkie.
Bo nie chodzi o to by wyjść, ale by gdzieś iść. Dopiero wtedy już sama droga jest wartościowa. 

I nie będę przemeblowywać swojego mieszkania, bo naprawdę lubię te meble, które mam :)

czwartek, 16 listopada 2017

Kiedy jest za późno na zmiany?

Jak można się zorientować po naszym fanpage'u na Facebooku i Instagramie - znów jesteśmy na Exit Tour. Tym razem w Wodzisławiu Śląskim. Dobrze jest. Więcej o samym Exit Tour można znaleźć (tutaj), a dzisiaj nieco więcej o tym dlaczego w ogóle się tym zajmujemy. Temat wybrałam trochę z powodu pewnej rozmowy w dniu wczorajszym, która odbyła się między mną a dziewczyną z jednej ze szkół, w których realizujemy program Exit. Warto nadmienić, że dziewczyna miała lat 17, a program opiera się na profilaktyce dla uczniów szkół ponadpodstawowych. Dlaczego profilaktyka? Ano dlatego, że dawno już mądrzy ludzie uznali, że lepiej zapobiegać niż leczyć i dlatego, że sami też tak uważamy. Szczególnie od czasu, kiedy to osobiście przekonaliśmy się, że stawianie wszędzie gaśnic przeciwpożarowych naprawdę ma sens. Wydaje się na to mnóstwo czasu i energii i w zasadzie nie wierzymy, że do czegokolwiek oprócz przestrzegania przepisów się to przydaje, a tu proszę... okazuje się, że ma to jednak sens i czasami użycie takiej gaśnicy ratuje nas przed stratami o wiele, wiele większymi niż wydatki na rzeczoną gaśnicę. I dlatego profilaktyka. Może akurat ktoś zastosuje nasze rady i zamiast uczyć się na własnych błędach zrobi coś właściwego zanim nabroi. Podobno mądry Polak po szkodzie; niektórzy twierdzą, że i przed szkodą i po szkodzie głupi, ale... póki życia, póty nadziei. No i rozmawiamy z ekipą Exit o różnych sprawach, problemach, i decyzjach, które przed tymi młodymi ludźmi stoją. Jak zdecydują, tak będzie wyglądało ich życie; decyzje, które właśnie zapadają, określą ich nie tylko najbliższe dni i lata. Dlatego to jest ważne.
Ale dotyczy nie tylko młodych ludzi. Każdy z nas podejmuje różne decyzje, dokonuje ważnych, czasem kluczowych wręcz wyborów i żyje w ich konsekwencjach. No i wreszcie wracamy do mojej wczorajszej rozmowy. Dziewczyna, a z nią cała klasa zastanawiała się czy decyzje, które już zapadły są niezmienne. Czy nie jest już za późno na zmiany? Przypominam, że rozmawiamy o osobie. która ma obecnie 17 lat!
I jasne, że są takie sprawy, których konsekwencje niesiemy z sobą całe życie, ale na prawdę dużo możemy zrobić w każdym wieku. 
Zajmujemy się, jak wiadomo, głównie relacjami. Naprawdę to nie wiek ani długość okresu "błędów i wypaczeń"pozwalają (lub nie) na odbudowę, odnowienie naszej więzi. Jeśli chcemy, możemy wszystko naprawić póki jeszcze oddychamy. Potem rzeczywiście już nie.
Ale ta młoda dziewczyna uświadomiła mi, że każdy, nawet tak młodziutki człowiek, niemal u progu swojego życia, bywa kuszony myślą, że wszystko jest już stracone, że jest po prostu za późno. 
A to nie prawda!
Niekoniecznie będzie to łatwe, nawet na pewno nie obędzie się bez walki, potu i łez... Ale warto! Za dużo widziałam cudów nowego życia i odbudowanych bliskich relacji żeby w to wątpić. 
Póki żyjemy, póty jest dla nas nadzieja; możemy odbudować to, co zepsuliśmy. To naprawdę nie wiek ani ilość krzywd decydują. Decydujemy my sami.

czwartek, 9 listopada 2017

Sądny dzień

Podobno jednym z większych źródeł stresu we współczesnym świecie jest wolno działający internet i ogólnie "mulący" komputer. Nie sprawdzałam tego bardzo wnikliwie, ale wydaje się to dość prawdopodobne. My już od jakiegoś czasu doświadczaliśmy tego stresu tym bardziej, że korzystaliśmy ze starego systemu, który niemal ciągle informował nas o tym, że nie jest już wspierany i nic, ale to nic nie będzie dobrze działało. Może trochę dramatyzuję, ale tylko trochę. W każdym razie nastał ów dzień. Po zaopatrzeniu się w stosowne urządzenia, programy i takie tam, Mąż wcielił się w rolę Pana Od Komputerów i zabrał się do roboty. Fizycznie, nie jest to ciężka praca, ale jak dawno już zauważył Pan Murphy - jeśli coś może się nie udać, nie uda się na pewno. Zgodnie z jego prawami (pana Murphy'ego) nie wszystko okazało się proste i stąd tytuł dzisiejszego posta. No bo tego typu działania zwykle właśnie taki sądny dzień przypominają. Chyba znów trochę dramatyzuję. Ale tylko trochę :).
Mąż nieco się zdenerwował, kiedy komputer, który "nie widzi" klawiatury z uporem godnym czegoś większego nalegał "wciśnij ENTER". No ciekawe jak to zrobić! 
Generalnie takie rzeczy zajmują jakieś dwa do trzech razy tyle czasu ile zostało zaplanowane. Jakimś pomysłem jest planowanie śmiesznie krótkich chwil na takie zajęcia w nadziei, że uda się oszukać system i uda się zamknąć sprawę w jakimś rozsądnym czasie. Pracujący nad sztuczną inteligencją powinni się tym poważnie zainteresować, bo to się jakoś nigdy nie udaje. Złośliwość rzeczy martwych mówią jedno, ale inni twierdzą, że do bycia złośliwym potrzebna jest pewna doza inteligencji...
W każdym razie dzieje się, a my jak na razie ciągle wychodzimy z tego obronną ręką. Jak wiadomo w takie dni bardzo łatwo jest zapomnieć o tych wszystkich miłych słowach, wielkiej miłości, a nawet elementarnej uprzejmości, trudno natomiast docenić obiad, zrobić herbatę i nie burczeć na siebie nawzajem. Życie. I nie ułatwia sprawy grubszy porządek w kuchni w wykonaniu drugiej połowy naszego małżeństwa. Ani to, że nie wszystko udało się kupić (bo zapomniałam...), i muszę pisać na laptopie, a nie lubię, i trzeba z YouTube'a uczyć się jak podzielić dysk na partycje. A ten nowy dysk chrupie prawie tak jak stary, a zmień tę muzykę na jakąś prawdziwą muzykę... Macie to?
No własnie. 
Ale w takie dni też możemy jednak być dla siebie po prostu mili, możemy o siebie nawzajem dbać, dawać sobie trochę więcej przestrzeni i trochę więcej się troszczyć. Trochę się jednak postarać. I trochę pomyśleć. I nie palnąć "to może jednak poproś Rysia o pomoc, sam proponował", bo przecież sama tłumaczę innym kobietom, że mężowi się tego nie robi. To On jest przecież najlepszy na całym świecie i tak ma być :) (a jak coś mu się nie uda, to przecież w końcu znajdzie jakiegoś specjalistę; a i tak zna się na tym lepiej niż ja). I można przytulić i powiedzieć, że się lubimy, i zrobić serduszko z jakiegoś niepotrzebnego drucika, i powiedzieć, że pyszny obiad i iść na kawę do zaprzyjaźnionej kawiarni, w której ktoś ma dziś urodziny, i zaplanować, że o 21.00 kończymy wszystkie prace - najwyżej zostaną na jutro (albo zrobić wszystko do końca, żeby jutro wstać w nowym świecie - jak kto woli :); można mieć naprawdę dobry dzień.
Wtedy okazuje się, że taki sądny dzień można wygrać :) i na dodatek mieć kilka fajnych wspomnień.

czwartek, 2 listopada 2017

Samowystarczalność?

Miniony tydzień spędziliśmy w Nowym Tomyślu i Zbąszyniu z projektem Exit Tour. W projekt zaangażowane jest w sumie kilkadziesiąt osób i raczej nikt się nie nudzi. Każdy robi co innego. I ta praca się uzupełnia w sposób, który daje o wiele więcej niż proste dodawanie naszych umiejętności, możliwości, czasu i tego wszystkiego, co w projekt wkładamy. Z drugiej strony czasem ktoś kogoś denerwuje, ktoś robi coś inaczej niż ja bym zrobiła - i to jest koszt współpracy tego rodzaju. Coś za coś, ale warto. I to jeszcze jak!
Po projekcie, ponieważ byłam już i tak niemal na drugim końcu Polski - odwiedziłam bliską mi osobę. Nie żeby przyjaciółkę z przedszkola; poznałyśmy się dużo, dużo później, jako dorosłe, zamężne i "dzieciate" kobiety i coś zaskoczyło. Podobne wartości, podobna sytuacja rodzinna, kilka długich rozmów i narodziła się przyjaźń. Trwa kilka lat. Odpoczęłam w weekend u przyjaciółki jak dawno już mi się nie udało. Nawet kiedy, a zdarzało się kilka razy, miałam dwa czy trzy dni tylko dla siebie, jakoś ten odpoczynek był nie do końca taki jak bym chciała. A tutaj - proszę. Kilka litrów herbaty, jakaś (pyszna) zupka na obiad, chlebek, powidła śliwkowe, pogaduchy, szybki wypad na zakupy... No było naprawdę cudnie. Poznałam kawał
Jej życia, ludzi, z którymi ma wiele wspólnego i tych, którzy goszczą w nim tylko na chwilkę, kiedy kupuje pyszny chlebek z ziarenkami czy jabłka. Przy okazji odgrzebałam starą pasję :).
I taka jest przyjaźń. No potem tłukłam się trochę przegrzanym pociągiem, nie na wszystkie tematy mamy to samo zdanie, ale warto. I to jeszcze jak!
Kiedy wracałam tym właśnie pociągiem byłam w zasadzie jedynym pasażerem jadącym samotnie. Jakoś tak się złożyło, że w przedziale oprócz mnie jechały trzy starsze panie-koleżanki (były w odwiedzinach u czwartej), dwie zaprzyjaźnione studentki, które chyba dobrze się nie znają, ale od początku roku akademickiego jeżdżą razem, i jedna para - dziewczyna co chwilę spoglądała na piękny, delikatny pierścionek. Wszyscy rozmawiali, pomagali sobie, pilnowali bagażu, kiedy ktoś wychodził z przedziału, dzielili się kanapkami. A ja jechałam sama. I nawet nie było mi smutno, bo jechałam od przyjaciółki do domu, a lubię jedno i drugie, ale obserwowałam i myślałam sobie. A kilka godzin na te obserwacje miałam. 
Nie chciałabym nigdy, przenigdy dojść w moim życiu do takiego momentu, w którym stwierdzę, że do szczęścia nie są mi potrzebni inni ludzie. Bywają okropni, nie rozumieją mnie, wkurzają, denerwują i wyprowadzają z równowagi, ale dzięki nim jestem tym, kim jestem. To oni mnie kochają, zależy im. Ja też bywam denerwująca, samolubna i niczego nie rozumiem. Bywa. Cieszę się, że Ci, na których mi zależy jakoś to wytrzymują i staram się, aby mieli ze mną jak najmniej kłopotów :).
  Dużo się mówi, pisze o konieczności bycia samowystarczalnym, i na pewnym poziomie, oczywiście trzeba być sobą samym, niekoniecznie wprost uzależniającym swoją wartość czy dobre samopoczucie od zdania czy opinii innej osoby, jasne, że tak. Ale jeśli dojdę do takiego momentu, w którym zdanie czy opinia innych naprawdę w ogóle nie będzie mnie obchodziła, stanę się zimna, smutna i nawet nie będę wiedziała jak bardzo samotna... A tego bym nie chciała. 
No i znów okazuje się, że mają rację ci, którzy twierdzą, że życie jest sztuką.