poniedziałek, 26 sierpnia 2019

A miało być tak pięknie...

Szczęśliwie wróciliśmy z wszystkich wykładów i obozów, zrobiłam prawie całe pranie, pochowałam większość rzeczy, zabrałam się za kalendarz na jesień, przygotowania i... dokładnie w momencie, w którym poczułam, że zaczynam ogarniać i że jest dobrze, dopadł mnie wściekły ból. Uznano, że to zapalenie korzonków i zalecono leżenie. Bez zaleceń też leżenie, bo okazuje się, że te wszystkie historie o "korzonkach" są ze wszech miar prawdziwe. Rzeczywiście niemal nie można wstać z łóżka. Kolejnego dnia, po dawce leków przeciwbólowych było troszkę lepiej. Wtedy okazało się, że ibuprom max jednak nie jest dla każdego. Żadne tam przedawkowanie. 2x jedna kapsułka jednego dnia i 1x1 kolejnego. Skończyło się kilkoma kroplówkami i paroma godzinami w szpitalu. Ale po wycieczce do szpitala trochę się te "korzonki" rozruszaly i dopiero wtedy się dowiedziałam co to jest ból.
A miało być tak pięknie. Kilka dni odpoczynku i pracy w domu, urodzinowa impreza przyjaciela, a potem tydzień w górach na zakończenie wakacji z zaprzyjaźnioną rodzinką. Potem jesień pełna pracy.
A jest leżenie plackiem...

Co ciekawe, ostatnio zaczęłam przygotowywać kilka wykładów, może postów o emocjach. I od razu zajęcia praktyczne. No bo przecież mam chyba prawo się w tej sytuacji wściec, nie?
Prawo może i mam, ale szkoda życia. Na dodatek złość nie pomaga w leczeniu, no i szkodzi piękności jak wiadomo.
Trzymam więc jak potrafię nerwy na wodzy, dziękuję Bogu, że nie złapało mnie na obozie - lumbago w namiocie to by dopiero było wyzwanie 😁.
Plusem całej historii jest to, że z pewnością sobie odpocznę. No serio NIC nie mogę teraz robić. Pisanie tego co teraz piszę na leżąco i na komórce jest szczytem moich możliwości na teraz i już czuję się zmęczona... Inna rzecz, że trzeba pilnować głowy żeby nie poszła w poczucie winy, że tak sobie beztrosko odpoczywam a robota leży i czeka. I inni muszą dookoła mnie wszystko robić.
"podaj mi proszę herbatę"
"czy możesz podnieść chusteczkę bo mi spadła"
"zrobisz mi kanapkę?"
"jak możesz, to kup po drodze banany, bo mam smaka"
Jakoś często o wiele łatwiej ogarniać i pomagać niż być ogarnianym i o pomoc prosić...
No cóż; podobno człowiek uczy się całe życie. No to kolejna lekcja.

Swoją drogą kolejny raz mam okazję być wdzięczna za Kogoś, kto to wszystko wokół mnie może poogarniać i robi to na dodatek z uśmiechem na twarzy.
Mam się nic nie martwić bo przecież kolejny raz damy radę 🙂

środa, 21 sierpnia 2019

Najpiękniejsze miejsce na świecie


Wakacje powoli dobiegają końca. Kwitnie nawłoć i każdy kolejny spacer przypomina, że lato powoli się kończy. Ostatnimi czasy udawało się nam dopiero w tym mniej więcej okresie przygotowywać się do wakacyjnego wyjazdu. Lato trwało dłużej. Nie tym razem. Czeka nas jeszcze kilka fajnych chwil i bardzo o to dbamy, ale wakacyjny wyjazd jest już w tym roku za nami. Piękne miejsca, cudowne spotkania, nowi ludzie. Z niektórymi być może nasz los zwiąże się na długo, innych spotkaliśmy tylko na chwilę. Ale i taka chwila bywa znacząca.
Jedno z takich spotkań odbyło się w szczególnych okolicznościach. Otóż okoliczności zaistniały w Wenecji. Dalej nie było już aż tak romantycznie, bo zamiast gondoli było vaporetto, czyli tramwaj. Oczywiście w Wenecji jest to pływający tramwaj ale bardzo romantyczny i tak nie jest :)
Zakupiliśmy całodniowy bilet i wybraliśmy się na całodzienne zwiedzanie okolicy. Absolutnie pięknie. Wenecja zachwyciła nas już trzy lata temu, a w tym roku pokazała nam nowe miejsca i zachęciła aby jeszcze tu wrócić. Ale dziś nie o Wenecji (może innym razem), tylko o rozmowie, w której dane nam było uczestniczyć. W weneckim tramwaju, przy otoczonej barierką burcie, spotkaliśmy starsze małżeństwo i mamę z synkiem. Droga trochę trwała, więc dowiedzieliśmy się kilku rzeczy o naszych współpasażerach. Oni o nas zresztą też. Wszyscy byliśmy turystami. Starsze małżeństwo wróciło do Wenecji pięćdziesiąt lat po swojej podróży poślubnej. Wtedy też byli właśnie tutaj. Żartowali, że zmienili się w tym czasie bardziej niż Wenecja  i zastanawiali się czy miasto ich poznaje. Podróż była prezentem od dzieci i wnuków. Byli w wielu miejscach na świecie, ale teraz chcieli być właśnie tu.
Chłopiec, może dziesięcioletni, opowiadał o swoim domu, o koledze z którym spędza zwykle czas, o szkole, i o psie.
Rozmowa zeszła na turystyczne tematy - co widzieliśmy we Włoszech, co polecamy sobie nawzajem do zwiedzenia, gdzie trzeba koniecznie pojechać, a co można sobie odpuścić.
Chłopca rozmowa zaczęła trochę nudzić. W pewnym momencie zapytał starszą Panią:
- A gdzie się Pani najbardziej podobało. Ale tak całkiem. Jakie miejsce jest najpiękniejsze na świecie?
Starsza pani uśmiechnęła się i spojrzała na męża. Powiedziała, że jest wiele pięknych miejsc na świecie i wiele bardzo się jej podobało, ale najlepsze były te, w których była ze swoim mężem. I własnie te miejsca najlepiej wspomina, bo kiedy gdzieś była sama, to też było bardzo pięknie, ale najpiękniejsze są jednak te miejsca, gdzie jest miłość. Tam, gdzie jest to, co kochamy - tam jest najpiękniej.
Mąż przytulił ją delikatnie, kilka osób stojących blisko potwierdzało.
Tak, rzeczywiście, najpiękniej jest tam, gdzie ktoś nas kocha. Fajnie jest czasem być samemu, zobaczyć coś, przeżyć, wejść na jakiś szczyt czy do katedry, ale jednak kiedy jesteśmy z kimś kogo kochamy, piękno jakoś się dopełnia.

Byliśmy w wielu miejscach. I w tym roku i w poprzednich latach, i potwierdzamy - najpiękniej jest w tych miejscach, gdzie udało się nam być razem.

PS.
- A Tobie gdzie się najbardziej na świecie podobało? zapytała chłopca po chwili starsza pani.
- Tutaj! - odpowiedział z entuzjazmem - bo ja proszę Pani, kocham pizzę! A tutaj jest najlepsza! I już jadłem trzy razy!