piątek, 23 października 2020

Języki wyrażania emocji - Wspólny czas

Kolejny raz dzisiaj o językach miłości, zwanych inaczej walutami emocjonalnymi. Jak już wiadomo (jak nie wiadomo, to zachęcamy do poprzednich postów), każdy z nas posiada coś w rodzaju zbiornika emocjonalnego i do dobrego funkcjonowania w relacjach potrzebujemy aby był on maksymalnie zapełniony.

Waluta WSPÓLNY CZAS

Wspólny czas to o tyle ciekawa "waluta" wyrażania emocji, że w zasadzie zawsze kiedy chcemy coś zbudować, w tym relacje, musimy jakiś czas na to poświęcić. I robimy to. Spędzamy razem czas. Jeśli nie, to mamy naprawdę poważną sytuację. O co więc chodzi jeśli mówimy o wspólnym czasie jako o języku wyrażania emocji?
Języki wyrażania emocji mają w ogóle to do siebie, że są raczej pewnymi niuansami, sposobem najefektywniejszym a nie jedynym, bo przecież wszyscy czasem potrzebujemy pomocy, przytulenia, dobrego słowa czy prezentu, a jednak czas jest tutaj dość specyficzny, bo każdy przecież poświęca drugiej osobie jakiś czas. A jednak jest pewna ważna różnica. Kiedy mówimy o wspólnym czasie jako języku wyrażania miłości chodzi o skupiony na byciu razem, wspólny czas, w którym nie robimy nic innego poza byciem razem. Siedzimy, albo idziemy, rozmawiamy albo nie, jesteśmy razem i jakby nasiąkamy wzajemną obecnością. Chodzi o czas, który jest wyłączony z normalnego, codziennego funkcjonowania i poświęcony na bycie razem. Nie musi go być jakoś szczególnie dużo, nawet krótkie chwile specjalnie dla ciebie - zdadzą egzamin. Jedna z najważniejszych rzeczy - jesteśmy wtedy offline. Nic tak nie potrafi chyba zepsuć wspólnej godziny jak konieczność odebrania telefonu i rozmowa przez dwadzieścia minut, czy przewijanie kolejnych tablic Facebooka. Wtedy czas się nie liczy jak wspólny, a czasem nawet działa raczej jak wylewanie wody ze zbiornika emocji niż jego napełnianie. Dla osób, które biegle posługują się tym właśnie językiem spędzanie czasu razem jest właśnie najważniejszym sposobem okazania tego, że ktoś jest dla nich ważny. Poświęcają mu swój czas. A w dzisiejszej kulturze jest to bardzo cenny dar. 
Dla niektórych osób (ponieważ języki miewają dialekty :)) ten wspólny czas może polegać na wspólnym robieniu czegoś - gotowaniu, spacerach, wycieczkach rowerowych czy jakichkolwiek innych, ale sednem tej waluty nigdy nie będą właśnie te wycieczki czy przygotowanie posiłku, tylko właśnie to, że spędzamy ten czas  r a z e m.

Pomoc dla osób spoza powyższego obszaru językowego:
* najważniejsze jest, jak zawsze, zaakceptowanie tego, że dla bliskiej ci osoby wspólne spędzanie czasu ma decydujące znaczenie w kwestii tego czy czuje się kochana i akceptowana przez ciebie. Jeśli nie chcesz poświęcić jej swojego czasu, wniosek dla takiej osoby jest bardzo prosty i trudny do podważenia.
* pamiętaj o uczciwości. To nie działa tak, ze jak poświęcasz swoje pół godziny, to teraz druga osoba teraz powinna... (dotyczy to wszystkich języków)
* pamiętaj, że to nie jest zamach na twoje życie, i twoją wolność. Nie chodzi o całe długie godziny. Najprawdopodobniej najbliższa ci osoba, jeśli jest to jej waluta, doceni oddanie jej w całkowite władanie twoich 15 minut raz czy dwa w tygodniu. Ważne, że to ona decyduje co wtedy robicie.
* pamiętaj, że czas poświęcony na budowanie bliskości tak naprawdę jest bardzo dobrą inwestycją, to jakość naszych relacji jest podstawowym wyznacznikiem naszego poczucia szczęścia. Nie można więc "marnować czasu" na siedzenie i nic-nie-robienie w ten sposób. Jasne, jeśli oglądamy ciągle razem jakieś średnio mądre seriale (albo nawet mądre), możemy ten czas marnować, ale nie o tym tutaj mówimy.
* Praktyczne rady dla osób, które stawiają pierwsze kroki w nauce języka czasu:
  • wiadomo, że czasu nikt chyba nie ma dziś zbyt dużo, celebrujcie chwile, które jednak mamy - wspólne picie porannej kawy w niedzielę, wspólny powrót z zakupów, jazda samochodem, - warto doceniać i zauważać te momenty. Nie są długie i nie ma ich bardzo dużo, ale są!
  • odłóż telefon, wyłącz komputer, zostaw książkę, robótkę na drutach czy cokolwiek tam masz :) i skup się na drugiej osobie. 
  • zdecyduj oddać jakiś swój czas na bycie razem. Możecie się umówić ile czasu i kiedy to będzie. Koniecznie możliwie regularnie i możliwie często (bo przecież raz na godzinę w marcu co pięć lat też jest regularnie) - sobotnie śniadanie, czwartkowe wieczory, niedzielne popołudnia, cokolwiek.
  • niektórym bardzo pomaga wpisanie tego rodzaju terminów w kalendarz. Ręczę, że taki pomysł spotka się z docenieniem przez osobę ceniącą wspólny czas jako walutę emocjonalną.
  • jeśli jesteś bardzo aktywną osobą i masz poczucie marnowania czasu w powyższy sposób, potraktuj to jako inwestycję w związek. Sam, czy sama nigdy być tak nie funkcjonował, ale uczysz się nowego języka :)
  • zwykle warto konkretnie to wyrazić - mam teraz pół godziny i chcę spędzić jest z Tobą; wyłączam komórkę a Ty zrób herbatę - czy jakoś podobnie, żeby druga osoba wiedziała, że to teraz.
  • pamiętaj, że nie możesz robić pięciu innych rzeczy przy okazji, ani nawet jednej.

Powodzenia!






 

czwartek, 17 września 2020

Języki wyrażania emocji - Praktyczna pomoc


Nikomu nie trzeba chyba uświadamiać w jak stresujących czasach żyjemy. Wszyscy zmagamy się z tym samym pędem i problemami, a każdy z nas ma dodatkowo swoje własne wyzwania i konkretne, czasem bardo trudne sytuacje. Kiedy żyjemy razem, warto raczej sobie pomagać i się wspierać niż dokładać sobie nawzajem kłopotów - warto okazywać ciepłe uczucia, bo jakkolwiek bywa to trudne i wcale nieoczywiste, to jednak robi ogromną różnice w tym jak się czujemy i w jaki sposób pokonujemy wspomniany powyżej stres. Oczywistym jest, że spełnionemu człowiekowi będącemu w głębokiej, dobrej relacji jest po prostu łatwiej. Warto więc nawzajem o to dbać.

Waluta - PRAKTYCZNA POMOC

Są takie osoby, które ponad wszystko inne doceniają praktyczny udział najbliższych w codziennych obowiązkach. Zmęczona po całym dniu żona wraca do domu z myślą o górze naczyń do umycia i uporządkowania, czy prasowaniu. Wchodzi do domu a tu kuchnia posprzątana, mokre ścierki wiszą sobie na swoich miejscach. W tym domu ktoś ją kocha! Zadbał o jej potrzeby, zrozumiał zmęczenie i wyręczył w codzienności. Albo mąż już chce siadać do kolejnego odcinka serialu, padnięty po całym dniu w pracy i przypomina sobie, że musi wynieść śmieci. I dowiaduje się, że nie musi bo są już wyniesione, na stół wjeżdżają chrupki i będziemy oglądać film. Ktoś go kocha! I jeszcze przyniósł (ten Ktoś) jego ulubione chrupki. Chce się żyć!
Oczywiście, że są to bardzo stereotypowe przykłady, ale i tak dość dobrze pokazują o co chodzi. Pomagamy sobie nawzajem. Nie liczymy ile razy ktoś poszedł, pomógł czy zrobił tylko po prostu sobie nawzajem pomagamy. 
Dla osób, które wcale lub bardzo słabo posługują się tym językiem może to być delikatnie mówiąc zaskakujące. Co ma wspólnego odkurzanie czy mycie naczyń z miłością???
Otóż dla niektórych właśnie bardzo wiele. Dla tych osób oczywistym jest, że jeśli się kogoś kocha, to mu się po prostu pomaga, robi się dla niego różne rzeczy, poświęca swój czas i energię. Zauważa się jego czy jej potrzeby i się na nie reaguje. To jest właśnie miłość. Co komu po miłych słowach, przytulaniu czy prezentach, jak ja potrzebuję mieć na kogo liczyć! To oczywiste.
No i tutaj miewamy problemy, bo "oczywiste" niekoniecznie znaczy oczywiste dla wszystkich. 
Przy prezentach pisałam, ze dzieci są w tym dobre. Tutaj też mogą nas sporo nauczyć. Mają jakąś wewnętrzną potrzebę angażowania się w życie i pomaganie. Chcą pomagać, chcą być potrzebne. Zwykle niestety z tego wyrastają. Ale zapomnianą umiejętność można przecież przywrócić!

Pomoc dla osób spoza prezentowego obszaru językowego:
* uwierz, że tak jest, że dla drugiej osoby twoje zaangażowanie w jej obowiązki i chęć pomocy to oczywisty znak miłości
*osoby wyrażające tak emocje wiążą to zwykle z byciem potrzebnym i ważnym. Chcą być potrzebne i pomóc, a z drugiej strony chcą też być na tyle ważne, że ich potrzeby się liczą.
* pamiętaj, że nie chodzi o wielkie czyny. Nie musisz przygotowywać wielkich działań ani absolutnie nie chodzi o wyręczanie we wszystkim. Sednem jest twoja wrażliwość i zaangażowanie. 
* czasem bardzo fajnie działa praktyczna pomoc przy robieniu czegoś konkretnego. Robimy to wtedy razem. 
* rób też drobnostki, podaj kawę czy herbatę, kiedy sobie coś przygotowujesz zapytaj, czy przygotować też dla niej/ dla niego.
* nawet nie próbuj zabawy w "ja za ciebie zrobiłem/zrobiłam, to ty teraz...", to po prostu nie fair.
* A teraz lista, która może być pomocna dla osób chcących nauczyć się tego języka: 
  • jak już wiadomo, chodzi o twoje zaangażowanie; obserwuj w czym i kiedy możesz pomóc.
  • możesz zapytać - czy jest coś, co mogę teraz dla ciebie zrobić? - ryzyko takie, że odpowiedź może ci się nie spodobać, ale jak pytasz, to wypadałoby zrobić. Raczej nie obracaj sprawy w żart ani nie unikaj pomocy nawet jeśli myślałeś/myślałaś raczej o czymś innym. 
  • inna nazwa tego języka to "drobne przysługi" - pamiętaj o tym. Zrób kanapkę głodnemu, podaj coś do picia, zapytaj będąc w sklepie czy czegoś ci nie kupić, 
  • pomagaj w drodze, podaj rękę, ponieś ciężką torbę, podziel się jedzeniem czy piciem
  • możesz dać osobie, która wyraża i przyjmuje emocje w ten sposób "dzień wolnego", ok, może być wieczór i wtedy ty wykonujesz wszystkie obowiązki a druga osoba nie musi nic robić. 
  • nie narzucaj swoich pomysłów, i swoich sposobów działania. Możesz pozmywać, pokroić czy poskładać to tak jak ona/on lubi. Serio możesz. Dasz radę. W innym wypadku twoje starania mogą napotkać reakcję - uważasz, ze jak to źle robię, tak?  A przecież nie o to ci chodzi.
  • podobnie jak przy prezentach zapisuj w notatniku pomysły, które możesz mieć podczas rozmów, wyjazdów etc. Zwłaszcza, kiedy wydaje ci się, że przecież zapamiętasz. Czasem można usłyszeć jakiego rodzaju pomocy ktoś oczekuje. 
Powodzenia!

czwartek, 10 września 2020

Języki wyrażania emocji - Prezenty


Jak już wiadomo, każdy z nas posiada w swoim wnętrzu zbiornik emocjonalny, w którym gromadzi  emocje. (więcej tutaj - Zbiornik emocjonalny). Niestety czasem jest on pusty i wiatr w nim hula zamiast zapasów miłości na trudny czas, i wtedy jest nam szczególnie ciężko. Jak go zapełnić na nowo? (A najlepiej zapełniać stale, bo wszak wiadomo nie od dziś, że lepiej zapobiegać niż leczyć). Są na to sposoby, o których będziemy przez jakiś czas pisać, i zależą one trochę od osobowości i historii każdej konkretnej osoby. Zasady, przy pewnym uproszczeniu, jednak działają. Pamiętacie porównanie do konta emocjonalnego? No więc pytanie jakimi walutami posługiwać się w ramach operacji na tym koncie? :). Jeszcze tylko jedno małe zastrzeżenie, bo w życiu nie może być przecież tak całkiem prosto - nie do końca jest tak, że posługujemy się jednym językiem i reszta w ogóle nas nie obchodzi. Wszystko co dla siebie nawzajem robimy jest ważne i konkretne "języki miłości" o których piszemy to sposoby okazywania emocji, które przemawiają do nas najmocniej ale nie jedynie.

Waluta PREZENTY

Dla osób z tego "obszaru walutowego" ważne jest otrzymywanie prezentów - zapewnień o trwającym uczuciu i dobrej woli. I nie ma to naprawdę nic wspólnego z materializmem, bo wartość prezentów jest emocjonalna a nie finansowa, i tak, kamyk znaleziony wspólnie w górach może być znacznie cenniejszy od złotej biżuterii wysadzanej brylantami. Dlaczego? Bo jest związany z konkretną sytuacją, z konkretnym wspomnieniem, odczuciem czy atmosferą i jedno spojrzenie na niego w pluchowaty jesienny wieczór sprawia, że w pewnym sensie przenosi nas on do tamtej chwili. Trochę jak portal międzywymiarowy. Ale tylko trochę. :) I nie żeby biżuteria tego nie potrafiła :)
Oczywiście dla osoby, która posługuje się innym językiem czy walutą może to być niezrozumiałe. Stąd zresztą mnóstwo nieporozumień. 
- Ty mi tutaj nie dawaj głupot, tylko pozmywaj naczynia/zajmij się dziećmi/przytul mnie/spędź ze mną trochę czasu, etc., etc... - to nie jest tak, że osoby "prezentowe" starają się w ten sposób obejść zasady czy uniknąć zaangażowania w rodzinne życie. Po prostu w najszczerszy sposób okazują miłość, szacunek i przywiązanie wręczając prezenty. No oczywiście, że nie wszyscy na świecie są milutcy i   różne manipulacje i inne podłości mogą się zdarzyć, ale zupełnie nie o tym teraz.
Dla osoby z prezentowego obszaru walut prezent jest najoczywistszym sposobem wyrażenia miłości, pocieszenia, czy przeproszenia. Tak się przecież robi! I prezent staje się przypieczętowaniem dobrej relacji czy zgody. 
Językiem tym w szczególnie uroczy sposób posługują się dzieci. I potrafimy ze szczerą wdzięcznością przyjmować nieudolnie narysowane obrazki, ugryzione już ciasteczka czy pogniecione czekoladki. Intuicyjnie wiemy, że przyjęcie daru jest dla naszych dzieci niezwykle ważne. Strasznie szkoda, że jakoś zupełnie inaczej podchodzimy do sprawy wobec dorosłych. Czasem wręcz nie potrafimy przyjmować darów. Wietrzymy podstęp, czy podejrzewamy o materializm nawet najbliższe nam osoby. 
A przecież potrzebujemy miłości i akceptacji tak samo mocno.

Dla jednego z nas język ten bynajmniej nie jest oczywisty. Janusz kilka- (naście? dziesiąt?) razy zgubił prezenty ode mnie i długo kompletnie nie rozumiał o co chodzi z moim zbieractwem. Po co mi pamiątki z różnych miejsc, po co łapacze kurzu i mnóstwo niepraktycznych rzeczy. No właśnie po to żeby w symboliczny sposób przenosiły mnie w dobre, piękne miejsca, żeby pamiętać, wspominać i czuć się ważna i kochana. Ja z kolei długo zupełnie nie mogłam pojąć dlaczego On nie przywiązuje wagi do tak istotnych spraw. To przecież nie jest obojętne! Rozmowy, rozmowy i jeszcze trochę rozmów. Dlaczego ty tak, a dlaczego ty tak, a jak to rozumiesz, a jak myślisz... Godziny, kolejne godziny i jeszcze kolejne. I zrozumieliśmy. 
I uczymy się nadal, bo nawet kiedy już wiemy i rozumiemy, wcale nie jest to całkowicie proste i oczywiste; podobnie jak przy mówieniu w obcym języku poznanie reguł i odpowiedniej ilości słów to wcale nie wszystko - trzeba się jeszcze "otrzaskać" i nie przychodzi to łatwo, a już na pewno nie od razu. 

Pomoc dla osób spoza prezentowego obszaru językowego:
* uwierz, że tak jest, że druga osoba serio dając i otrzymując prezenty czuje się ważna i kochana; trudno "przebić" ten sposób jakimkolwiek innym
* pamiętaj, że prezenty nie muszą znacznie obciążać twojej kieszeni i zapasów energii - chodzi o gest, symbol a nie przygotowywany przez bite 3 lata wielki dar. Czas też gra rolę. Ogromny prezent to nadal jeden prezent. Raz na trzy lata to za mało. Oczywiście wielkie okazje czasem wymagają szczególnych prezentów, ale mówimy tutaj o prezentach BEZ okazji. Serio.
* kiedy przepraszasz, pamiętaj o tym sposobie - zobaczysz, że drobny prezent dołożony do słów może zdziałać cuda
* bądź uczciwy, nie próbuj wykorzystywać prezentów do swoich celów; osoby "prezentowe" zwykle mają specjalny detektor nieszczerze danych prezentów
* A teraz, specjalnie dla osób naprawdę nierozumiejących prezentów, lista tego, co może takim prezentem być (kolejność nie ma żadnego znaczenia): 
  • tak naprawdę cokolwiek, ale ważne aby prezent 
    1.  znaleźć/zrobić/zorganizować/kupić
    2. wręczyć jako prezent (sic! bez tego elementu serio się nie liczy)
  • jedzenie - ulubione chrupki, czekoladki, warzywa, napoje (oczywiście ulubione rzeczy obdarowywanego a nie darczyńcy, no i nie obdarzamy wegetarian golonką ani osób na diecie pączkami)
  • gadżety związane z zainteresowaniami (czasem na przykład warto zanotować sobie zainteresowanie konkretnym przedmiotem czy marką)
  • zaproszenie na wspólny wieczór, imprezę, do kawiarni/pubu/pizzerii etc,. zwykle wystarcza ustne ale next level to narysowanie czy wydrukowanie stosownego "bileciku"
  • zaproszenie na koncert, do kina etc. 
  • zorganizowanie i zaproszenie na wycieczkę (to już większa sprawa)
  • fajne rzeczy codziennego użytku, które w sumie i tak byśmy musieli kupić (tu szczególnie zadbaj o to by rzeczywiście wręczyć coś "specjalnie dla Ciebie")
  •  klasyka - krawaty, ubrania, biżuteria, zegarki, kwiaty, grawerowane drobiazgi ale to już raczej stosownie do okazji
  • bilet wstępu lub uczestnictwa - od dnia SPA, poprzez hotel w zamku, Muzeum Rolnictwa Ziemi Lubuskiej (jeśli takie jest), lot balonem, rajd samochodowy po błocie, kurs nurkowania, internetowy kurs szydełkowania masterclass. Cokolwiek o czym wiesz, że bliska Ci osoba chciałaby w tym wziąć udział. Uwaga! Absolutnie wykluczone jest uczestnictwo obdarowywanej osoby w imprezach, które twoim zdaniem "naprawdę by się jej przydały"!
  • voucher na "dzień lenia" - dzień całkowitego zwolnienia z wszelkich domowych obowiązków
  • fajnie zrobiony i podany posiłek - i to nie musi być nic wykwintnego
  • kawa, herbata etc. "Specjalnie dla Ciebie. Proszę"
  • zapisuj w notatniku pomysły, które możesz mieć podczas rozmów, wyjazdów etc. Zwłaszcza, kiedy wydaje ci się, że przecież zapamiętasz.

Powodzenia!






środa, 3 czerwca 2020

Zbiornik miłości i cysterna w Al Dżadida

Cysterna na wodę w twierdzy El Dżadida
W starej, portugalskiej twierdzy El Dżadida (Maroko) można do dziś zobaczyć cysternę, która zaopatrywała w słodką wodę całe miasto w porze suchej oraz w trakcie ewentualnych oblężeń. W czasie deszczu kanałami zbierano do niej wodę, a następnie z tej zebranej wody korzystano. W Maroku jeszcze nie byliśmy  cysternę znamy ze zdjęć i opisów, ale może kiedyś? 
Po lekturze książki Gary'ego Chapmana "5 języków miłości" nietrudno o skojarzenie ze zbiornikiem miłości, o którym pisze. Każdy z nas ma podobny zbiornik i chociaż nie zbieramy w nim wody, jest nam niezbędny do życia. Zbieramy w nim bowiem miłość; poczucie bycia ważnym i kochanym. A to ono daje nam siły do życia. To z jego powodu czasem potrafimy przejść nawet najtrudniejsze chwile i wręcz czuć się silniejsi, a czasem najdrobniejsza sprawa urasta do rangi nierozwiązywalnego problemu. To trochę jak z kontem w banku. Jeśli mamy na nim mnóstwo zgromadzonych oszczędności, nawet dość spore wydatki powodują poczucie ulgi i bezpieczeństwa. Wydaliśmy wprawdzie sporo, ale coś za to mamy (kupiliśmy) i jeszcze całkiem sporo nam zostało. Jest dobrze. Zupełnie inna sprawa jeśli jesteśmy od dawna na debecie, bank nie chce nawet z nami rozmawiać, mamy długi - wtedy nawet najdrobniejsza konieczność wydania kilkunastu złotych owocuje ogromnym stresem, poczuciem bezsilności i utraty bezpieczeństwa. W pewnym sensie obiektywnie nie da się więc ocenić skali finansowych problemów, bo zależy ona przede wszystkim od zasobności naszego portfela. I ze zbiornikiem miłości jest podobnie - jeśli jest zapełniony; czujemy się ważni i kochani - nie ma sprawy przez którą nie damy rady przejść. Bywa trudno, jasne że tak, ale jakoś dajemy radę i na koniec czujemy się wręcz wzmocnieni. 
Zbiornik miłości, konto emocjonalne - obojętnie jak nazwane, zapełniamy w bliskich relacjach. I nie robimy tego sami. Robią to dla nas nasi bliscy - to oni "są deszczem", który na nas pada. W dzieciństwie są to przede wszystkim rodzice (dbajmy więc o to poczucie bycia kochanym u naszych dzieci) a później inni, przede wszystkim najbliższa osoba; żona czy mąż. 
Życiowe problemy, zmęczenie, wyzwania, stres, codzienna praca wyciągają nasze środki bez litości, ważne jest więc zapełnianie zbiornika miłości tych, których kochamy - to największa rzecz jaką możemy dać naszym bliskim. A i dla nas samych o wiele lepiej jest być z kimś, kto jest szczęśliwy i czuje naszą miłość :).
Porównanie do konta jest o tyle lepsze, że podobnie jak w finansach, funkcjonuje tutaj coś w rodzaju walut - języki miłości. Jest ich 5 i w najbliższym czasie przyjrzymy się każdemu z nich po kolei, bo zwykle jeden z nich jest naszym własnym i to w nim najlepiej emocje wyrażamy i sami rozumiemy. Kiedy ktoś mówi do nas w obcym języku, mimo jego najlepszych chęci możemy nigdy nie zrozumieć o co mu chodzi - i tak się czasem dzieje kiedy ktoś okazuje miłość swoim sposobem, który niekoniecznie oznacza to samo dla jego najbliższych. 

poniedziałek, 9 marca 2020

Piękne chwile

Podobno są miliony sposobów na zabijanie czasu, ale nikt jeszcze nie wymyślił jak o wskrzesić. Tak przynajmniej twierdził Albert Einstein i chyba miał rację. Wczoraj przeczytałam też, że potrzeba lat aby zorientować się, że w życiu chodzi o chwile. Rzeczywiście to o nie chodzi.
O to byśmy w kolejnych chwilach naszego życia dobrze wybierali, dobrze i pięknie żyli. Teraz, w tej chwili. Bo kiedy zajmujemy się całością na raz, często nas to przerasta. Mnie w każdym razie tak. Pewnie, że planujemy, mamy marzenia, pragnienia, dążenia i cele. Jasne. Ale wiele z nich może pozostać niezrealizowane, a my i tak będziemy żyć dalej. Więc może, jakkolwiek plany są potrzebne, może nie warto się do nich zbytnio przywiązywać i na nich polegać w 100 procentach?
Tak często pędzimy w naszym codziennym życiu, narzekamy że brak czasu, że ciągle zajęci, że tyle obowiązków, a jakże często to my sami je na siebie nakładamy, choć naprawdę nikt oprócz nas samych od nas tego nie oczekuje. Dajemy się nabrać instagramowym reklamom super-figury, super-cery, super-pracy, super-włosów, super-mieszkania, super-porządku, super-produktywności, super-celów, super-ludzi i w ogóle super-życia. Gonimy i gonimy, lata mijają niepostrzeżenie i okazuje się, że zostaliśmy oszukani. Tylko przez kogo? Ale tak serio.
A ważne są właśnie chwile. Kiedy nie jest idealnie, ale jest cudownie. Kiedy zostawiamy brudne naczynia w zlewie i idziemy na spacer, bo pozmywać można później, a jak zajdzie słońce, to już nie będzie tak fajnie na spacerze. Kiedy udaje się nam wyrwać na krótkie wakacje. Kiedy wstajemy rozczochrani i zaspani, i słyszymy, że "pięknie wyglądasz" i nawet wiemy, że to nie do końca prawda, ale i tak się cieszymy. Kiedy jest pierwszy dzień, w którym czuć wiosnę. Albo zimę jak lubimy zimę.
Jest na prawdę mnóstwo takich chwil, tylko czasem trzeba się bliżej przyjrzeć.
A czasu niestety nie mamy tyle, żeby go pobieżnie spędzać albo wręcz zabijać. Warto się zatrzymać, warto tworzyć wspomnienia.


poniedziałek, 2 marca 2020

Czego się dziś boimy?

Ponieważ jest to blog o relacjach a nie o zdrowiu, niekoniecznie mieliśmy zamiar komentować koronawirusa. Ale strach przed nim tak bardzo się rozpanoszył, że zaczyna zdecydowanie mieć wpływ na nasze relacje. Strach, nie koronawirus. 
Na ulicy, w autobusie, w sklepie, no dosłownie wszędzie, temat zdominował rozmowy. Goniące się w parku dzieci z okrzykiem "jestem koronawirus!" dopełniły dziś całości. Tymczasem warto pamiętać, że ciągle w skali świata, a tym bardziej Europy, zdecydowanie łatwiej zarazić się na przykład żółtaczką (średnio 1,2 - 1,4 mln zachorowań każdego roku). Nie jestem ani lekarzem, ani wirusologiem, ani jasnowidzem, żeby wiedzieć jak cała sprawa się potoczy, ale żyję na tyle długo, że wiem już, że histeria i panika to nie są dobrzy sprzymierzeńcy. 
I tak sobie myślę - jacy my dziwni jesteśmy jako ludzie. Z jednej strony cenimy sobie wygodę i święty spokój, z drugiej - kiedy tylko nadarza się jakaś okazja wpadamy w obłęd, kompletnie tracimy zdrowy rozsądek, nakręcamy się jak sprężynki, wykupujemy cały ryż z popularnej sieci handlowej (ciekawe, że nie mydło), rezygnujemy z wyjazdów i ze spacerów, i śledzimy wszystkie możliwe kanały informacji. Czy aż tak boimy się utraty tych pierwszych? 
W ogóle łatwiej reagujemy paniką niż rozsądkiem. Ilość informacji o nadchodzącym w 2020 roku końcu świata, o kolejnej zasłużonej karze, o upadku cywilizacji, o apokalipsie, o spełnionych przepowiedniach, spiskach i celowych działaniach, które wymknęły się (lub nie) spod kontroli itp. zdecydowanie przekracza wytrzymałość; w każdym razie moją.
Co ciekawe, rzeczywiście nie reagujemy w ten sposób na informacje o głodzie, prześladowaniach na świecie i różnych okropieństwach, które nawet w liczbach są przerażająco większe niż ten cały koronawirus. Nie umiem się oprzeć wrażeniu, że cały czas chodzi właśnie o naszą wygodę i święty spokój. Pytanie nie brzmi - czy światu coś zagraża, czy ludzkości coś zagraża, a jedynie czy coś zagraża mi. I jak już jesteśmy przy strachu, to chyba ta właśnie refleksja przeraża mnie o wiele bardziej niż wszystkie wirusy razem wzięte. 


poniedziałek, 24 lutego 2020

Czasem nie ogarniam

Siedzę i układam plan tygodnia. Co kiedy, gdzie i z kim, otwarty kalendarz, kolejne dni i godziny. szykuje się dobry, pracowity tydzień. Za oknem leje, koło mnie ulubiony kubek gorącej herbaty, w pokoju, obok mnie stoi choinka. Serio?
No tak. Wiem, że dziś 24 lutego i powoli raczej już Wielkanoc, ale no... nie ogarnęliśmy.
Nie jesteśmy idealni, doskonali i zawsze zapięci na ostatni guzik. Niestety. A tak szczerze mówiąc, to wcale nie wiem czy rzeczywiście niestety. W sumie zawsze to kwestia wyborów. I ja z moich jestem raczej zadowolona. Może nie jestem dumna z tego, że nadal stoi u mnie bożonarodzeniowa choinka i mogłabym zamiast o tym pisać zabrać się za nią, ale jest duża i potrzeba do tego dwóch osób. Jest plan, że to właśnie dziś, ale póki co Mąż śpi po nocce w pracy.
Byłam chora, miałam do przygotowania dość sporo rzeczy i wszystko zrobiłam, tydzień pracowaliśmy poza domem (w sensie ponad 400 km, bo przecież dość sporo pracujemy poza domem :)), i nawet niekoniecznie jestem tym jakoś przytłoczona; to raczej zmęczenie i satysfakcja - jak dla mnie jedno z lepszych połączeń.
W międzyczasie byłam na super konferencji, jeden cały dzień pojechaliśmy we dwójkę na termy, kilka razy udało się nam wyjść na kilkugodzinny spacer. No a kilka rzeczy nie dałam rady ogarnąć, zrobić i jedną z nich jest nasza choinka.
Wiele już lat temu doznałam Wielkiej Iluminacji - jeśli czegoś nie ogarnę - nic szczególnego się nie dzieje. Jedyna sztuka to wiedzieć co można odpuścić i wybrać. I na przykład jak mamy jeden całkowicie wolny dzień i Mąż chce jechać na termy warto odpuścić inne wspaniałe rzeczy (jak na przykład rozbieranie choinki :P) i pojechać. Spotkać się z Przyjaciółmi zamiast /tu dowolne "zamiast".
Co ciekawe - świetnie wszyscy rozumiemy własną ograniczoność w sensie geograficznym. Nie możemy być na raz w kilku miejscach i jest to dla wszystkich oczywiste. Nikt nie oczekuje, że jeśli jestem na Śląsku w domu to w tym samym czasie, jeśli tylko porządnie się zorganizuję, mogę być również w Gdańsku i Krakowie. Co więcej, nikt nie oczekuje że dam rady te dwa miasta ogarnąć w jeden dzień. A mam przecież cały dzień!
Kiedy chodzi o robienie różnych rzeczy, jakoś tę mądrość i zdrowy rozsądek tracimy i usiłujemy zrobić w tym samym czasie wszystko. I często nawet robimy i zmuszamy do tego innych. I nawet bywamy z tego dumni czy dumne; w zasadzie częściej dumne. Mnóstwo memów, cytatów i historyjek opiewają kobiecą umiejętność robienia stu rzeczy na raz i wciskają w nas przekonanie, ze inni dają radę to ja też mogę. A to bzdura przecież.
Na instagramie każdy może mieć wszystko idealne, ale kiedy staramy się to dogonić w normalnym życiu, cierpimy same, i cierpią nasi bliscy. Poświęcamy życie na gonitwę donikąd. Bo przecież zawsze jest jeszcze coś do zrobienia.
A życie jest krótsze niż nam się wydaje i jak wiadomo rzadko kto żałuje u jego kresu, że nie zdążył zrobić kolejnego remontu, że nie skończył kolejnego projektu czy porządku w dużym pokoju. Zwykle żałujemy bliskich relacji, utraconych chwil młodości, zabaw z dziećmi czy wspólnych wyjazdów, które się nie odbyły.
I dlatego czasem (bo nie zawsze) warto zostawić choinkę do drugiej połowy lutego i zająć się ważniejszymi sprawami. A zawsze warto wybrać czym się zajmę, a co zostawię, odpuszczę. wszystkiego nie zrobię i tak, i tak.

poniedziałek, 17 lutego 2020

Zwykła kawa

Jesteśmy w kolejnej podróży i właśnie zatrzymaliśmy się na krótka przerwę i kawę. Taką zupełnie zwykłą, ale po przejechaniu sporej drogi ta kawa była na prawdę wspaniała. Nie były to ani wyżyny sztuki baristycznej, ani najlepsze miejsce na świecie - fajna kawa na stacji benzynowej w przerwie w podróży. Mało instagramowa i w ogóle całkiem zwykła, ale tak właśnie jest przecież najczęściej. Nikt chyba nie pija kawy wyłącznie w topowych miejscach. No dobra, my nie pijamy. W każdym razie nie tylko :).
Kiedyś przeczytałam, że szkoda życia na marną kawę - mi chyba bardziej szkoda życia na marudzenie szczerze mówiąc.
A za takie zwykłe dni, zwykłe podróże do pracy, zwykłe przerwy na zwykłe kawy jestem bardzo wdzięczna.
Koniec przerwy i jedziemy dalej.

poniedziałek, 10 lutego 2020

Mój skarb

Wiele lat temu natknęłam się na opowiadanie o mędrcu, który szukał kamienia filozoficznego (niestety nie pamiętam kto był jego autorem). Mędrzec całe swoje życie podporządkował poszukiwaniom. Nosił żelazny pas, którym dotykał kolejnych kamieni i sprawdzał w ten sposób czy mają moc zamiany żelaza w złoto. Spędził w ten sposób, podróżując po całym świecie, całe swoje życie. W końcu, będąc już bardzo starym człowiekiem, spotkał młodego chłopaka, który na widok jego pasa aż zakrzyknął ze zdumienia - pas był szczerozłoty! 
I rzeczywiście, tak właśnie było. Mędrzec w rozpaczy usiłował odtworzyć swoją drogę, dojść w miejsca, w których był i znaleźć kamień filozoficzny, który przecież przez moment był w jego posiadaniu, ale nadaremno. Tak bardzo skupił się na szukaniu, że przeoczył moment, w którym znalazł to, czego szukał. Mamy też rodzimą postać, która zmagała się z poszukiwaniami szczęścia, ale nie pretendowała do roli mędrca - Koziołek Matołek. Szczęściem dla Koziołka był Pacanów, gdzie, jak wiadomo "kują kozy". A nasz Koziołek właśnie o tym marzył - być podkutym jak prawdziwy koń, rumak właściwie (podobne marzenie miała zresztą i inny bohater - Osioł ze Shreka, ale nie o tym dzisiaj). Wtedy dopiero byłby szczęśliwy. 
I tak sobie myślę, w poniedziałkowe popołudnie, zakatarzona jak nieszczęście, gdzie jest mój Pacanów? Jak często daję się oszukać, że dopiero jak (.........................tu wpisz właściwe), będę szczęśliwa? Czego mi do tego szczęścia brakuje? I gdzie ono niby jest?
I tak sobie dzisiaj myślę, że bardzo bym chciała po prostu mieć odetkany nos. Czy to za dużo? Czy nie mam prawa do swobodnego oddychania? 
I gdybym się na tym skupiła, być może umknęłoby mi na przykład to, że mam dom, a w nim ciepło, że z kuchni dochodzą dźwięki przygotowywania obiadu (dzięki Kochany), że mogę dziś trochę zwolnić, a nie wszyscy mogą. To ode mnie zależy na co patrzę i czego szukam. To ja decyduję co jest dla mnie skarbem, co będę ceniła. A gdzie będzie mój skarb, tam też pójdzie moje serce. I w końcu albo będę szczęśliwa tu, gdzie jestem (i silna aby zmieniać to, co mi się tu nie podoba), albo wzorem Koziołka Matołka, czy jeszcze gorzej - Mędrca z opowieści, zmarnuję życie na poszukiwania.
Z silnym postanowieniem, że nie dam sobie odebrać tego, co dla mnie cenne biorę leki i wracam do łóżka :)



poniedziałek, 3 lutego 2020

Co się stało z naszym entuzjazmem?

W tym roku będziemy mieli trzydziestą rocznicę ślubu. Kawał czasu. Pewnie pojawi się tutaj więcej refleksji na ten temat, bo trudno powstrzymać się od głębokich (i nieco płytszych) przemyśleń. Z grubsza trzydzieści lat temu, na początku lutego byliśmy w Urzędzie Stanu cywilnego zarezerwować termin ślubu. Piękni, młodzi i pełni entuzjazmu. Nic jeszcze nie wiedzieliśmy o wspólnym życiu, a naszym największym zasobem był właśnie entuzjazm. Prawdę mówiąc bardzo wiele osób robiło dość sporo żeby go zgasić, a przynajmniej poddać w wątpliwość:
Zobaczysz jeszcze jakie to szczęście... (cynicznym tonem)
Czekaj, czekaj, przekonasz się.
Niby dlaczego akurat wam miałoby się udać lepiej niż innym.
No już nie bądź taka pewna ( to było moje "ulubione").
I tak dalej, i tak dalej, aż w końcu sami zaczęliśmy się obawiać. No bo w sumie... rzeczywiście.
Małżeństwa wokół często nie są zbytnio zachęcające.
Pamiętam nasze ówczesne rozmowy - pełne wątpliwości i niepokoju, ale też nadziei, zaufania i szukania mądrości. I rzecz jasna - entuzjazmu. Damy radę! Nigdy, przenigdy się nie poddamy!
I entuzjazm wygrał.
Dziś żyjemy w konsekwencjach. I nawet nie tyle tego początkowego entuzjazmu, który wprawdzie pozwolił nam wyruszyć w drogę, co jeszcze bardziej decyzji żeby się nie poddawać kiedy ten entuzjazm minie. Bo minie na pewno, jak każdy entuzjazm towarzyszący początkowi drogi.
Ten czas przygotowań, planowania wielkiej podróży jest w sumie na entuzjazm niemal skazany. Na początku podróży fale entuzjazmu dosłownie nas przecież zalewają!
Pamiętam jak dwa lata temu planowaliśmy nasze niemal 400 kilometrów piechotą w Portugalii i Hiszpanii. Mieliśmy zamiar przejść Camino z Porto do Santiago.
Kolejne przygotowania, planowanie trasy, w końcu dzień wyjazdu po niemal nieprzespanej z emocji nocy, lotnisko i start. Portugalia. Drzewa, kwiaty, zapachy, budynki, morze, plaże, skały - ależ wspaniale!
Porto. Wyruszamy pełni entuzjazmu :)
Czwartego dnia głównie bolały mnie nogi i ciążył plecak. Piątego dnia w ogóle byłam trochę zła, że w ogóle wyruszyłam w tę podróż. Szóstego dnia na szczęście zmienił się krajobraz.
U końcu szlaku nie czekał entuzjazm. Była tam głęboka satysfakcja. Daliśmy radę! Widzieliśmy tyle pięknych miejsc! Spróbowaliśmy tylu nowych smaków, poznaliśmy ludzi, pokonaliśmy własną słabość. Okazało się, że satysfakcja, jakkolwiek inna, jest równie dobra, jeśli nie lepsza od entuzjazmu. Kłopot, kiedy człowiek poddaje się w chwili, w której ten entuzjazm wygasa. Wydaje mu się, że to entuzjazm nadawał sens drodze. A to przecież wcale nie tak. Może mniej efektowna, ale chyba nawet ważniejsza jest prosta wytrwałość.
Trzymając się metafory naszej hiszpańskiej drogi - trzeba w życiu przejść kilometry "asfaltówki" pomiędzy aromatycznymi eukaliptusowymi lasami, plażami i miasteczkami odpoczynku. To prawda, że bywają chwile, kiedy prawda o nas najbliżej ma do formularza podatkowego. Kolejne tabelki, cyferki, daty. Niby wszystko prawda, ale duszy nie porywa, nie powoduje drżenia serca. Mijają kolejne dni i tygodnie pełne obowiązków i są one nawet prawidłowo wykonane, ale... szału nie ma. "Już tego nie czuję". I tęsknimy do romantycznych wieczorów, do drżenia serca na widok ukochanej postaci. I dajemy się oszukać, że to już koniec, że nic już nas nie czeka. Asfaltowa droga jest nużąca, odbite ciepło słońca parzy w stopy nawet przez buty, mijają nas kolejne samochody, my mijamy kolejne zakręty, droga się nie kończy.
Lecz jeśli wytrwamy, okaże się, że za kolejnym, nie pamiętamy którym, bo dawno przestaliśmy liczyć, wyłania się kolejne cudowne miejsce pełne wytchnienia i piękna. Świeża bryza, błękitna woda, czysty piasek, opodal cienisty lasek. Życie jest piękne! Warto było!
Odpoczywamy, napawamy się satysfakcją, opalamy się, pływamy, jemy coś pysznego, znów odpoczywamy i powoli, spokojnie, rodzi się w nas pragnienie pójścia w dalszą drogę.
Co jest dalej? Co jeszcze nas czeka? I może nie ma w nas tyle młodzieńczego entuzjazmu co kiedyś, ale nigdy w życiu nie oddałabym spokojnej radości, satysfakcji i zaufania, które pojawiły się w jego miejsce.
Wiele dobrego jeszcze przed nami.








poniedziałek, 27 stycznia 2020

Ile szczęścia daje nam podróżowanie?

Natrafiłam wczoraj na przedziwne badanie, według którego podróżowanie jest czymś, co daje najwięcej satysfakcji w życiu. Autorzy badania twierdzili z dużym przekonaniem, a w zasadzie z pewnością, że to właśnie podróżowanie jest jedynym pewnym źródłem prawdziwego szczęścia w życiu (badanie nie było bardzo poważne, nie było podane ani kogo badano, ani ile osób, ani jakie zadano im pytanie, więc aż tak bym się nawet nie przejęła, gdyby nie komentarze, które nieopatrznie zaczęłam czytać).
Iluś tam respondentów uznało, że podróżowanie dało im więcej radości niż ślub, a kolejna spora grupa uznała, że podróże są bardziej satysfakcjonujące niż posiadanie dzieci.
Jakkolwiek uwielbiam, no po prostu uwielbiam podróżowanie, to zatrzęsłam się z niedowierzania.
Poczułam się wezwana do odpowiedzi, bo, jak pisałam, uwielbiam podróżować. Postanowiłam napisać dlaczego lubimy podróżować i dlaczego można ( i warto) żyć również bez niego. Bo podróżowanie nie jest najważniejsze w życiu i choć może dostarczyć wielu wspaniałych przeżyć, nie nadaje się na jego cel.
Dlaczego wolę mój ślub niż wszystkie podróże razem wzięte?
Dlatego, że właśnie moim ślubem rozpoczęła się największa przygoda mojego życia. Fakt - sama impreza była taka sobie, ale to co ze sobą niosła! Znaliśmy się, oczywiście wcześniej, i pomysł o ślubie wynikał z relacji, która już istniała, ale to trochę tak, jak przed każdą inną podróżą - jest czas planowania, pakowania, przygotowań wszelkiego rodzaju aż nadchodzi ten dzień i...podróż się zaczyna. Startujemy. Wyjechaliśmy z domu. No i latem minie 30 lat tego podróżowania. Zawsze będziemy razem, zawsze po swojej stronie, jesteśmy teamem, drużyna, która nie da się przeciwnościom. I zdobywamy szczyty, czasem doliny, przemierzamy fascynujące krajobrazy i nudne kilometry asfaltem. I to jest ŻYCIE. Cudowne, barwne, czasem przerażające, fascynujące i pełne... życia właśnie. I wszystkie nasze podróże mają swoje źródło właśnie w tej pierwszej podróży w nieznane. I po 30 niemal latach to nieznane jest znane i "swoje własne" o wiele bardziej, ale nadal jest mnóstwo do odkrycia, do przeżycia i zobaczenia.
Co można jeszcze odkryć po 30 latach małżeństwa?
Można by spytać podróżnika, który podróżuje od 30 lat po Europie i wybiera się w kolejną podróż, tym razem na kontynent, na którym jego stopy jeszcze nie stały - co ty jeszcze chcesz odkryć po 30 latach podróżowania?
Zobaczymy, odkryjemy to, co jest jeszcze zakryte. Następne 30 lat przed nami :)
No i te dzieci - nawet rozumiem, że podróże są mniej wymagające, że bywają przyjemniejsze, że święty spokój i wygoda, ale że bardziej satysfakcjonujące???
Chyba mam całkiem inne zrozumienie znaczenia słowa satysfakcja.
Ups. Słownik podaje, że satysfakcja to uczucie zadowolenia i przyjemności z czegoś.
Rozmawiamy więc o zupełnie innej skali. Zupełnie innej. Siedzenie przy kałuży z wodą w upał pewnie jest satysfakcjonujące. Jasne, że tak. Zwłaszcza jak kałuża jest sporych rozmiarów.
Tylko ja starałam się rozmawiać o zanurzeniu w oceanie.
Co nie zmienia faktu, że uwielbiam podróżować. I pewnie tutaj wcale nie jestem oryginalna jeśli chodzi o powody. Poznawanie nowych miejsc, ludzi, kultury; bycie w miejscach, w których nigdy nie byłam jest po prostu fascynujące. No i można naprawdę odpocząć :) Ale ogromna część wspaniałości podróży jest w tym, ze podróżujemy razem, że mamy z kim w tępo dróż jechać i komu o niej potem opowiadać.

Tak sobie myślę, że można biec z miejsca na miejsce, podziwiać fascynujące krajobrazy, zajadać się wspaniałym jedzeniem, dotykać historii wielu pokoleń, fascynować się zabytkami najbardziej nawet niezwykłych kultur, wspinać się na najwyższe góry i schodzić do najniższych dolin i nadal wcale nie być szczęśliwym człowiekiem. Bo w sumie po co?
I spotkałam kiedyś takiego starego, pełnego rozgoryczenia człowieka. Był muzykiem a ja byłam wtedy bardzo młodą osobą. Do dziś dźwięczą mi w uszach jego słowa:
"Świat jest bardzo monotonny, moja droga, naprawdę nic ciekawego na nim nie ma.
Albo jest sucho, albo mokro, albo ciepło, albo zimno, albo są góry, albo jest płasko,
 zielono albo żółto, czasem biało, i albo jest mnóstwo ludzi, albo jest pusto. Koniec. Byłem i widziałem. Szkoda życia".
Oby nasze podróże nigdy nas tam nie doprowadziły!

poniedziałek, 20 stycznia 2020

Blue Monday

Podobno dziś mamy najgorszy dzień w roku. Składa się na to wiele różnych czynników takich jak odległość do Świąt Bożego Narodzenia, wysokość zarobków, długość dnia, oraz coraz większa świadomość faktu, że raczej już się nam nie uda wypełnić wszystkich noworocznych postanowień wymieszana z poczuciem winy i brakiem motywacji oraz konieczności "zabrania się" za siebie. I podobno wszystko jest totalną bzdurą, ale jakoś się ludziom spodobało i mamy dzisiaj Blue Monday.
Dostałam już dzisiaj SMSa z zaleceniem nie poddawania się mimo wszystko, a w ostatnim tygodniu atakowało mnie, z siłą wartą większej sprawy, całe mnóstwo reklam i postów sponsorowanych o tym jak jednak jeszcze mogę stać się najlepszą wersją siebie, jak rozpisać grafik czytania żeby jednak wyrobić się z przeczytaniem 52 książek w 2020 roku, nawet jeśli jestem już 3 "w plecy" no i oczywiście drugie tyle diet i cudownych sposobów na zdrowie. Nawet mój kot może stać się "kotem jutra" już dziś dzięki super nowoczesnej bieżni dla kotów. Wczorajsze koty muszą w ogóle zmienić się w koty jutra. Serio. No sama bym tego nie wymyśliła.
Bądź wydajniejsza, lepiej wykorzystuj czas, lepiej gospodaruj energią, doskonale zarządzaj domem, zrób wreszcie porządek z papierami, wyglądaj jeszcze piękniej, regularnie wygładzaj zmarszczki naszym serum, dbaj o zdrowie i planetę, segreguj śmieci w szesnastu różnych pojemnikach, sama produkuj kompost, schudnij 10 kg w dwa tygodnie i popraw swoją sprawność fizyczną, naucz się jednej nowej rzeczy w każdym miesiącu, pamiętaj o suplementach, dbaj o skórę, włosy i paznokcie, no i te książki. 52, koniecznie. No i bądź doskonałą mama, żoną i pracownikiem roku.
No to ja się dziwię, że Blue Monday nie wypada co tydzień...
To zadziwiające jak w świecie, w którym mamy tyle ułatwień w postaci pralek, zmywarek, suszarek, samochodów, supermarketów, medycyny, i tak dalej,  zamiast z tego korzystać i ułatwiać sobie i innym życie w zasadzie ciągle zwiększamy presję na siebie i innych. Muszę to zrobić, muszę to mieć, muszę to osiągnąć. No nie muszę. Fajnie by było, ale naprawdę nie muszę.
I to nie jest wcale taki znowu nowy problem. W VIII wieku p n.e. pewien prorok pisał "biada tym, którzy przyłączają dom do domu i dołączają pole do pola tak, że nie ma już miejsca (...) nic nie rozumieją"*. No cóż, ludzie zawsze chcieli więcej i więcej, i zwykle są z tego same kłopoty.
Absolutnie nie chodzi o to by nie mieć celów, nie planować i się nie rozwijać. Jedynie o to, żeby nie zapomnieć, że realizowanie kolejnych celów i bycie nawet nie wiem jak bardzo produktywnym to jednak za mało na cel życia. Warto korzystając z najgorszego dnia w roku zatrzymać się na chwilę i bardzo poważnie zastanowić się nad tym czy to, do czego dążę naprawdę jest tym czego chcę? I czy przypadkiem cena jaką przyjdzie mi zapłacić nie jest zbyt wysoka. Mamy coraz więcej i coraz mniej nas to cieszy. To w sumie słabo, prawda?
Pamiętam jak kilka lat temu pojechaliśmy na wycieczkę życia do Włoch. Po zwiedzeniu Wenecji, Werony, Padwy, Pizy, Arezzo i kilku mniejszych miasteczek znaleźliśmy się w Sienie. Włoskie klimaty, sztuka, dosłownie już nas przenikały. A tutaj  kolejne muzea - pamiętam jak po chwili bicia się z myślami postanowiliśmy dać sobie spokój. Nie zobaczyliśmy wtedy nieukończonej z powodu dżumy nowej nawy katedry z pięknymi posadzkami, marmurowej ambony Pisaniego, rzeźb Donatella, Querciego i wielu innych pięknych rzeczy, o których istnieniu może nawet nie wiemy. Łaziliśmy po sieneńskich uliczkach wokół Piazza del Campo całe popołudnie, znaleźliśmy niemal pusty dziedziniec miejskiego zamku Palazzo Chigi-Saracini i przesiedzieliśmy tam co najmniej godzinę słuchając muzyki, trochę się pogubiliśmy i wyszliśmy inną bramą, więc mieliśmy okazję podziwiać miejskie mury. Cudowny dzień, piękne wspomnienia. Chciałabym wrócić tam jeszcze kiedyś. Zrozumiałam wtedy co to znaczy, że czasem mniej znaczy więcej, a pewien niedosyt, rodzaj pragnienia, które pozostało mi po dniu w Sienie jest całkiem dobrym poczuciem. W zasadzie nawet przyjemnym.
"nasz " dziedziniec Palazzo Chigi -Saracini

Z okazji Blue Monday życzę nam wszystkim właśnie tego zatrzymania, zwolnienia i zastanowienia się za czym pędzimy i czy na pewno warto. Może szczególnie dziś warto sobie odpuścić i spędzić przyjemnie wieczór.