środa, 3 czerwca 2020

Zbiornik miłości i cysterna w Al Dżadida

Cysterna na wodę w twierdzy El Dżadida
W starej, portugalskiej twierdzy El Dżadida (Maroko) można do dziś zobaczyć cysternę, która zaopatrywała w słodką wodę całe miasto w porze suchej oraz w trakcie ewentualnych oblężeń. W czasie deszczu kanałami zbierano do niej wodę, a następnie z tej zebranej wody korzystano. W Maroku jeszcze nie byliśmy  cysternę znamy ze zdjęć i opisów, ale może kiedyś? 
Po lekturze książki Gary'ego Chapmana "5 języków miłości" nietrudno o skojarzenie ze zbiornikiem miłości, o którym pisze. Każdy z nas ma podobny zbiornik i chociaż nie zbieramy w nim wody, jest nam niezbędny do życia. Zbieramy w nim bowiem miłość; poczucie bycia ważnym i kochanym. A to ono daje nam siły do życia. To z jego powodu czasem potrafimy przejść nawet najtrudniejsze chwile i wręcz czuć się silniejsi, a czasem najdrobniejsza sprawa urasta do rangi nierozwiązywalnego problemu. To trochę jak z kontem w banku. Jeśli mamy na nim mnóstwo zgromadzonych oszczędności, nawet dość spore wydatki powodują poczucie ulgi i bezpieczeństwa. Wydaliśmy wprawdzie sporo, ale coś za to mamy (kupiliśmy) i jeszcze całkiem sporo nam zostało. Jest dobrze. Zupełnie inna sprawa jeśli jesteśmy od dawna na debecie, bank nie chce nawet z nami rozmawiać, mamy długi - wtedy nawet najdrobniejsza konieczność wydania kilkunastu złotych owocuje ogromnym stresem, poczuciem bezsilności i utraty bezpieczeństwa. W pewnym sensie obiektywnie nie da się więc ocenić skali finansowych problemów, bo zależy ona przede wszystkim od zasobności naszego portfela. I ze zbiornikiem miłości jest podobnie - jeśli jest zapełniony; czujemy się ważni i kochani - nie ma sprawy przez którą nie damy rady przejść. Bywa trudno, jasne że tak, ale jakoś dajemy radę i na koniec czujemy się wręcz wzmocnieni. 
Zbiornik miłości, konto emocjonalne - obojętnie jak nazwane, zapełniamy w bliskich relacjach. I nie robimy tego sami. Robią to dla nas nasi bliscy - to oni "są deszczem", który na nas pada. W dzieciństwie są to przede wszystkim rodzice (dbajmy więc o to poczucie bycia kochanym u naszych dzieci) a później inni, przede wszystkim najbliższa osoba; żona czy mąż. 
Życiowe problemy, zmęczenie, wyzwania, stres, codzienna praca wyciągają nasze środki bez litości, ważne jest więc zapełnianie zbiornika miłości tych, których kochamy - to największa rzecz jaką możemy dać naszym bliskim. A i dla nas samych o wiele lepiej jest być z kimś, kto jest szczęśliwy i czuje naszą miłość :).
Porównanie do konta jest o tyle lepsze, że podobnie jak w finansach, funkcjonuje tutaj coś w rodzaju walut - języki miłości. Jest ich 5 i w najbliższym czasie przyjrzymy się każdemu z nich po kolei, bo zwykle jeden z nich jest naszym własnym i to w nim najlepiej emocje wyrażamy i sami rozumiemy. Kiedy ktoś mówi do nas w obcym języku, mimo jego najlepszych chęci możemy nigdy nie zrozumieć o co mu chodzi - i tak się czasem dzieje kiedy ktoś okazuje miłość swoim sposobem, który niekoniecznie oznacza to samo dla jego najbliższych. 

poniedziałek, 9 marca 2020

Piękne chwile

Podobno są miliony sposobów na zabijanie czasu, ale nikt jeszcze nie wymyślił jak o wskrzesić. Tak przynajmniej twierdził Albert Einstein i chyba miał rację. Wczoraj przeczytałam też, że potrzeba lat aby zorientować się, że w życiu chodzi o chwile. Rzeczywiście to o nie chodzi.
O to byśmy w kolejnych chwilach naszego życia dobrze wybierali, dobrze i pięknie żyli. Teraz, w tej chwili. Bo kiedy zajmujemy się całością na raz, często nas to przerasta. Mnie w każdym razie tak. Pewnie, że planujemy, mamy marzenia, pragnienia, dążenia i cele. Jasne. Ale wiele z nich może pozostać niezrealizowane, a my i tak będziemy żyć dalej. Więc może, jakkolwiek plany są potrzebne, może nie warto się do nich zbytnio przywiązywać i na nich polegać w 100 procentach?
Tak często pędzimy w naszym codziennym życiu, narzekamy że brak czasu, że ciągle zajęci, że tyle obowiązków, a jakże często to my sami je na siebie nakładamy, choć naprawdę nikt oprócz nas samych od nas tego nie oczekuje. Dajemy się nabrać instagramowym reklamom super-figury, super-cery, super-pracy, super-włosów, super-mieszkania, super-porządku, super-produktywności, super-celów, super-ludzi i w ogóle super-życia. Gonimy i gonimy, lata mijają niepostrzeżenie i okazuje się, że zostaliśmy oszukani. Tylko przez kogo? Ale tak serio.
A ważne są właśnie chwile. Kiedy nie jest idealnie, ale jest cudownie. Kiedy zostawiamy brudne naczynia w zlewie i idziemy na spacer, bo pozmywać można później, a jak zajdzie słońce, to już nie będzie tak fajnie na spacerze. Kiedy udaje się nam wyrwać na krótkie wakacje. Kiedy wstajemy rozczochrani i zaspani, i słyszymy, że "pięknie wyglądasz" i nawet wiemy, że to nie do końca prawda, ale i tak się cieszymy. Kiedy jest pierwszy dzień, w którym czuć wiosnę. Albo zimę jak lubimy zimę.
Jest na prawdę mnóstwo takich chwil, tylko czasem trzeba się bliżej przyjrzeć.
A czasu niestety nie mamy tyle, żeby go pobieżnie spędzać albo wręcz zabijać. Warto się zatrzymać, warto tworzyć wspomnienia.


poniedziałek, 2 marca 2020

Czego się dziś boimy?

Ponieważ jest to blog o relacjach a nie o zdrowiu, niekoniecznie mieliśmy zamiar komentować koronawirusa. Ale strach przed nim tak bardzo się rozpanoszył, że zaczyna zdecydowanie mieć wpływ na nasze relacje. Strach, nie koronawirus. 
Na ulicy, w autobusie, w sklepie, no dosłownie wszędzie, temat zdominował rozmowy. Goniące się w parku dzieci z okrzykiem "jestem koronawirus!" dopełniły dziś całości. Tymczasem warto pamiętać, że ciągle w skali świata, a tym bardziej Europy, zdecydowanie łatwiej zarazić się na przykład żółtaczką (średnio 1,2 - 1,4 mln zachorowań każdego roku). Nie jestem ani lekarzem, ani wirusologiem, ani jasnowidzem, żeby wiedzieć jak cała sprawa się potoczy, ale żyję na tyle długo, że wiem już, że histeria i panika to nie są dobrzy sprzymierzeńcy. 
I tak sobie myślę - jacy my dziwni jesteśmy jako ludzie. Z jednej strony cenimy sobie wygodę i święty spokój, z drugiej - kiedy tylko nadarza się jakaś okazja wpadamy w obłęd, kompletnie tracimy zdrowy rozsądek, nakręcamy się jak sprężynki, wykupujemy cały ryż z popularnej sieci handlowej (ciekawe, że nie mydło), rezygnujemy z wyjazdów i ze spacerów, i śledzimy wszystkie możliwe kanały informacji. Czy aż tak boimy się utraty tych pierwszych? 
W ogóle łatwiej reagujemy paniką niż rozsądkiem. Ilość informacji o nadchodzącym w 2020 roku końcu świata, o kolejnej zasłużonej karze, o upadku cywilizacji, o apokalipsie, o spełnionych przepowiedniach, spiskach i celowych działaniach, które wymknęły się (lub nie) spod kontroli itp. zdecydowanie przekracza wytrzymałość; w każdym razie moją.
Co ciekawe, rzeczywiście nie reagujemy w ten sposób na informacje o głodzie, prześladowaniach na świecie i różnych okropieństwach, które nawet w liczbach są przerażająco większe niż ten cały koronawirus. Nie umiem się oprzeć wrażeniu, że cały czas chodzi właśnie o naszą wygodę i święty spokój. Pytanie nie brzmi - czy światu coś zagraża, czy ludzkości coś zagraża, a jedynie czy coś zagraża mi. I jak już jesteśmy przy strachu, to chyba ta właśnie refleksja przeraża mnie o wiele bardziej niż wszystkie wirusy razem wzięte. 


poniedziałek, 24 lutego 2020

Czasem nie ogarniam

Siedzę i układam plan tygodnia. Co kiedy, gdzie i z kim, otwarty kalendarz, kolejne dni i godziny. szykuje się dobry, pracowity tydzień. Za oknem leje, koło mnie ulubiony kubek gorącej herbaty, w pokoju, obok mnie stoi choinka. Serio?
No tak. Wiem, że dziś 24 lutego i powoli raczej już Wielkanoc, ale no... nie ogarnęliśmy.
Nie jesteśmy idealni, doskonali i zawsze zapięci na ostatni guzik. Niestety. A tak szczerze mówiąc, to wcale nie wiem czy rzeczywiście niestety. W sumie zawsze to kwestia wyborów. I ja z moich jestem raczej zadowolona. Może nie jestem dumna z tego, że nadal stoi u mnie bożonarodzeniowa choinka i mogłabym zamiast o tym pisać zabrać się za nią, ale jest duża i potrzeba do tego dwóch osób. Jest plan, że to właśnie dziś, ale póki co Mąż śpi po nocce w pracy.
Byłam chora, miałam do przygotowania dość sporo rzeczy i wszystko zrobiłam, tydzień pracowaliśmy poza domem (w sensie ponad 400 km, bo przecież dość sporo pracujemy poza domem :)), i nawet niekoniecznie jestem tym jakoś przytłoczona; to raczej zmęczenie i satysfakcja - jak dla mnie jedno z lepszych połączeń.
W międzyczasie byłam na super konferencji, jeden cały dzień pojechaliśmy we dwójkę na termy, kilka razy udało się nam wyjść na kilkugodzinny spacer. No a kilka rzeczy nie dałam rady ogarnąć, zrobić i jedną z nich jest nasza choinka.
Wiele już lat temu doznałam Wielkiej Iluminacji - jeśli czegoś nie ogarnę - nic szczególnego się nie dzieje. Jedyna sztuka to wiedzieć co można odpuścić i wybrać. I na przykład jak mamy jeden całkowicie wolny dzień i Mąż chce jechać na termy warto odpuścić inne wspaniałe rzeczy (jak na przykład rozbieranie choinki :P) i pojechać. Spotkać się z Przyjaciółmi zamiast /tu dowolne "zamiast".
Co ciekawe - świetnie wszyscy rozumiemy własną ograniczoność w sensie geograficznym. Nie możemy być na raz w kilku miejscach i jest to dla wszystkich oczywiste. Nikt nie oczekuje, że jeśli jestem na Śląsku w domu to w tym samym czasie, jeśli tylko porządnie się zorganizuję, mogę być również w Gdańsku i Krakowie. Co więcej, nikt nie oczekuje że dam rady te dwa miasta ogarnąć w jeden dzień. A mam przecież cały dzień!
Kiedy chodzi o robienie różnych rzeczy, jakoś tę mądrość i zdrowy rozsądek tracimy i usiłujemy zrobić w tym samym czasie wszystko. I często nawet robimy i zmuszamy do tego innych. I nawet bywamy z tego dumni czy dumne; w zasadzie częściej dumne. Mnóstwo memów, cytatów i historyjek opiewają kobiecą umiejętność robienia stu rzeczy na raz i wciskają w nas przekonanie, ze inni dają radę to ja też mogę. A to bzdura przecież.
Na instagramie każdy może mieć wszystko idealne, ale kiedy staramy się to dogonić w normalnym życiu, cierpimy sami, i cierpią nasi bliscy. Poświęcamy życie na gonitwę donikąd. Bo przecież zawsze jest jeszcze coś do zrobienia.
A życie jest krótsze niż nam się wydaje i jak wiadomo rzadko kto żałuje u jego kresu, że nie zdążył zrobić kolejnego remontu, że nie skończył kolejnego projektu czy porządku w dużym pokoju. Zwykle żałujemy bliskich relacji, utraconych chwil młodości, zabaw z dziećmi czy wspólnych wyjazdów, które się nie odbyły.
I dlatego czasem (bo nie zawsze) warto zostawić choinkę do drugiej połowy lutego i zająć się ważniejszymi sprawami. A zawsze warto wybrać czym się zajmę, a co zostawię, odpuszczę. wszystkiego nie zrobię i tak, i tak.

poniedziałek, 17 lutego 2020

Zwykła kawa

Jesteśmy w kolejnej podróży i właśnie zatrzymaliśmy się na krótka przerwę i kawę. Taką zupełnie zwykłą, ale po przejechaniu sporej drogi ta kawa była na prawdę wspaniała. Nie były to ani wyżyny sztuki baristycznej, ani najlepsze miejsce na świecie - fajna kawa na stacji benzynowej w przerwie w podróży. Mało instagramowa i w ogóle całkiem zwykła, ale tak właśnie jest przecież najczęściej. Nikt chyba nie pija kawy wyłącznie w topowych miejscach. No dobra, my nie pijamy. W każdym razie nie tylko :).
Kiedyś przeczytałam, że szkoda życia na marną kawę - mi chyba bardziej szkoda życia na marudzenie szczerze mówiąc.
A za takie zwykłe dni, zwykłe podróże do pracy, zwykłe przerwy na zwykłe kawy jestem bardzo wdzięczna.
Koniec przerwy i jedziemy dalej.

poniedziałek, 10 lutego 2020

Mój skarb

Wiele lat temu natknęłam się na opowiadanie o mędrcu, który szukał kamienia filozoficznego (niestety nie pamiętam kto był jego autorem). Mędrzec całe swoje życie podporządkował poszukiwaniom. Nosił żelazny pas, którym dotykał kolejnych kamieni i sprawdzał w ten sposób czy mają moc zamiany żelaza w złoto. Spędził w ten sposób, podróżując po całym świecie, całe swoje życie. W końcu, będąc już bardzo starym człowiekiem, spotkał młodego chłopaka, który na widok jego pasa aż zakrzyknął ze zdumienia - pas był szczerozłoty! 
I rzeczywiście, tak właśnie było. Mędrzec w rozpaczy usiłował odtworzyć swoją drogę, dojść w miejsca, w których był i znaleźć kamień filozoficzny, który przecież przez moment był w jego posiadaniu, ale nadaremno. Tak bardzo skupił się na szukaniu, że przeoczył moment, w którym znalazł to, czego szukał. Mamy też rodzimą postać, która zmagała się z poszukiwaniami szczęścia, ale nie pretendowała do roli mędrca - Koziołek Matołek. Szczęściem dla Koziołka był Pacanów, gdzie, jak wiadomo "kują kozy". A nasz Koziołek właśnie o tym marzył - być podkutym jak prawdziwy koń, rumak właściwie (podobne marzenie miała zresztą i inny bohater - Osioł ze Shreka, ale nie o tym dzisiaj). Wtedy dopiero byłby szczęśliwy. 
I tak sobie myślę, w poniedziałkowe popołudnie, zakatarzona jak nieszczęście, gdzie jest mój Pacanów? Jak często daję się oszukać, że dopiero jak (.........................tu wpisz właściwe), będę szczęśliwa? Czego mi do tego szczęścia brakuje? I gdzie ono niby jest?
I tak sobie dzisiaj myślę, że bardzo bym chciała po prostu mieć odetkany nos. Czy to za dużo? Czy nie mam prawa do swobodnego oddychania? 
I gdybym się na tym skupiła, być może umknęłoby mi na przykład to, że mam dom, a w nim ciepło, że z kuchni dochodzą dźwięki przygotowywania obiadu (dzięki Kochany), że mogę dziś trochę zwolnić, a nie wszyscy mogą. To ode mnie zależy na co patrzę i czego szukam. To ja decyduję co jest dla mnie skarbem, co będę ceniła. A gdzie będzie mój skarb, tam też pójdzie moje serce. I w końcu albo będę szczęśliwa tu, gdzie jestem (i silna aby zmieniać to, co mi się tu nie podoba), albo wzorem Koziołka Matołka, czy jeszcze gorzej - Mędrca z opowieści, zmarnuję życie na poszukiwania.
Z silnym postanowieniem, że nie dam sobie odebrać tego, co dla mnie cenne biorę leki i wracam do łóżka :)



poniedziałek, 3 lutego 2020

Co się stało z naszym entuzjazmem?

W tym roku będziemy mieli trzydziestą rocznicę ślubu. Kawał czasu. Pewnie pojawi się tutaj więcej refleksji na ten temat, bo trudno powstrzymać się od głębokich (i nieco płytszych) przemyśleń. Z grubsza trzydzieści lat temu, na początku lutego byliśmy w Urzędzie Stanu cywilnego zarezerwować termin ślubu. Piękni, młodzi i pełni entuzjazmu. Nic jeszcze nie wiedzieliśmy o wspólnym życiu, a naszym największym zasobem był właśnie entuzjazm. Prawdę mówiąc bardzo wiele osób robiło dość sporo żeby go zgasić, a przynajmniej poddać w wątpliwość:
Zobaczysz jeszcze jakie to szczęście... (cynicznym tonem)
Czekaj, czekaj, przekonasz się.
Niby dlaczego akurat wam miałoby się udać lepiej niż innym.
No już nie bądź taka pewna ( to było moje "ulubione").
I tak dalej, i tak dalej, aż w końcu sami zaczęliśmy się obawiać. No bo w sumie... rzeczywiście.
Małżeństwa wokół często nie są zbytnio zachęcające.
Pamiętam nasze ówczesne rozmowy - pełne wątpliwości i niepokoju, ale też nadziei, zaufania i szukania mądrości. I rzecz jasna - entuzjazmu. Damy radę! Nigdy, przenigdy się nie poddamy!
I entuzjazm wygrał.
Dziś żyjemy w konsekwencjach. I nawet nie tyle tego początkowego entuzjazmu, który wprawdzie pozwolił nam wyruszyć w drogę, co jeszcze bardziej decyzji żeby się nie poddawać kiedy ten entuzjazm minie. Bo minie na pewno, jak każdy entuzjazm towarzyszący początkowi drogi.
Ten czas przygotowań, planowania wielkiej podróży jest w sumie na entuzjazm niemal skazany. Na początku podróży fale entuzjazmu dosłownie nas przecież zalewają!
Pamiętam jak dwa lata temu planowaliśmy nasze niemal 400 kilometrów piechotą w Portugalii i Hiszpanii. Mieliśmy zamiar przejść Camino z Porto do Santiago.
Kolejne przygotowania, planowanie trasy, w końcu dzień wyjazdu po niemal nieprzespanej z emocji nocy, lotnisko i start. Portugalia. Drzewa, kwiaty, zapachy, budynki, morze, plaże, skały - ależ wspaniale!
Porto. Wyruszamy pełni entuzjazmu :)
Czwartego dnia głównie bolały mnie nogi i ciążył plecak. Piątego dnia w ogóle byłam trochę zła, że w ogóle wyruszyłam w tę podróż. Szóstego dnia na szczęście zmienił się krajobraz.
U końcu szlaku nie czekał entuzjazm. Była tam głęboka satysfakcja. Daliśmy radę! Widzieliśmy tyle pięknych miejsc! Spróbowaliśmy tylu nowych smaków, poznaliśmy ludzi, pokonaliśmy własną słabość. Okazało się, że satysfakcja, jakkolwiek inna, jest równie dobra, jeśli nie lepsza od entuzjazmu. Kłopot, kiedy człowiek poddaje się w chwili, w której ten entuzjazm wygasa. Wydaje mu się, że to entuzjazm nadawał sens drodze. A to przecież wcale nie tak. Może mniej efektowna, ale chyba nawet ważniejsza jest prosta wytrwałość.
Trzymając się metafory naszej hiszpańskiej drogi - trzeba w życiu przejść kilometry "asfaltówki" pomiędzy aromatycznymi eukaliptusowymi lasami, plażami i miasteczkami odpoczynku. To prawda, że bywają chwile, kiedy prawda o nas najbliżej ma do formularza podatkowego. Kolejne tabelki, cyferki, daty. Niby wszystko prawda, ale duszy nie porywa, nie powoduje drżenia serca. Mijają kolejne dni i tygodnie pełne obowiązków i są one nawet prawidłowo wykonane, ale... szału nie ma. "Już tego nie czuję". I tęsknimy do romantycznych wieczorów, do drżenia serca na widok ukochanej postaci. I dajemy się oszukać, że to już koniec, że nic już nas nie czeka. Asfaltowa droga jest nużąca, odbite ciepło słońca parzy w stopy nawet przez buty, mijają nas kolejne samochody, my mijamy kolejne zakręty, droga się nie kończy.
Lecz jeśli wytrwamy, okaże się, że za kolejnym, nie pamiętamy którym, bo dawno przestaliśmy liczyć, wyłania się kolejne cudowne miejsce pełne wytchnienia i piękna. Świeża bryza, błękitna woda, czysty piasek, opodal cienisty lasek. Życie jest piękne! Warto było!
Odpoczywamy, napawamy się satysfakcją, opalamy się, pływamy, jemy coś pysznego, znów odpoczywamy i powoli, spokojnie, rodzi się w nas pragnienie pójścia w dalszą drogę.
Co jest dalej? Co jeszcze nas czeka? I może nie ma w nas tyle młodzieńczego entuzjazmu co kiedyś, ale nigdy w życiu nie oddałabym spokojnej radości, satysfakcji i zaufania, które pojawiły się w jego miejsce.
Najlepsze jeszcze przed nami.








poniedziałek, 27 stycznia 2020

Ile szczęścia daje nam podróżowanie?

Natrafiłam wczoraj na przedziwne badanie, według którego podróżowanie jest czymś, co daje najwięcej satysfakcji w życiu. Autorzy badania twierdzili z dużym przekonaniem, a w zasadzie z pewnością, że to właśnie podróżowanie jest jedynym pewnym źródłem prawdziwego szczęścia w życiu (badanie nie było bardzo poważne, nie było podane ani kogo badano, ani ile osób, ani jakie zadano im pytanie, więc aż tak bym się nawet nie przejęła, gdyby nie komentarze, które nieopatrznie zaczęłam czytać).
Iluś tam respondentów uznało, że podróżowanie dało im więcej radości niż ślub, a kolejna spora grupa uznała, że podróże są bardziej satysfakcjonujące niż posiadanie dzieci.
Jakkolwiek uwielbiam, no po prostu uwielbiam podróżowanie, to zatrzęsłam się z niedowierzania.
Poczułam się wezwana do odpowiedzi, bo, jak pisałam, uwielbiam podróżować. Postanowiłam napisać dlaczego lubimy podróżować i dlaczego można ( i warto) żyć również bez niego. Bo podróżowanie nie jest najważniejsze w życiu i choć może dostarczyć wielu wspaniałych przeżyć, nie nadaje się na jego cel.
Dlaczego wolę mój ślub niż wszystkie podróże razem wzięte?
Dlatego, że właśnie moim ślubem rozpoczęła się największa przygoda mojego życia. Fakt - sama impreza była taka sobie, ale to co ze sobą niosła! Znaliśmy się, oczywiście wcześniej, i pomysł o ślubie wynikał z relacji, która już istniała, ale to trochę tak, jak przed każdą inną podróżą - jest czas planowania, pakowania, przygotowań wszelkiego rodzaju aż nadchodzi ten dzień i...podróż się zaczyna. Startujemy. Wyjechaliśmy z domu. No i latem minie 30 lat tego podróżowania. Zawsze będziemy razem, zawsze po swojej stronie, jesteśmy teamem, drużyna, która nie da się przeciwnościom. I zdobywamy szczyty, czasem doliny, przemierzamy fascynujące krajobrazy i nudne kilometry asfaltem. I to jest ŻYCIE. Cudowne, barwne, czasem przerażające, fascynujące i pełne... życia właśnie. I wszystkie nasze podróże mają swoje źródło właśnie w tej pierwszej podróży w nieznane. I po 30 niemal latach to nieznane jest znane i "swoje własne" o wiele bardziej, ale nadal jest mnóstwo do odkrycia, do przeżycia i zobaczenia.
Co można jeszcze odkryć po 30 latach małżeństwa?
Można by spytać podróżnika, który podróżuje od 30 lat po Europie i wybiera się w kolejną podróż, tym razem na kontynent, na którym jego stopy jeszcze nie stały - co ty jeszcze chcesz odkryć po 30 latach podróżowania?
Zobaczymy, odkryjemy to, co jest jeszcze zakryte. Następne 30 lat przed nami :)
No i te dzieci - nawet rozumiem, że podróże są mniej wymagające, że bywają przyjemniejsze, że święty spokój i wygoda, ale że bardziej satysfakcjonujące???
Chyba mam całkiem inne zrozumienie znaczenia słowa satysfakcja.
Ups. Słownik podaje, że satysfakcja to uczucie zadowolenia i przyjemności z czegoś.
Rozmawiamy więc o zupełnie innej skali. Zupełnie innej. Siedzenie przy kałuży z wodą w upał pewnie jest satysfakcjonujące. Jasne, że tak. Zwłaszcza jak kałuża jest sporych rozmiarów.
Tylko ja starałam się rozmawiać o zanurzeniu w oceanie.
Co nie zmienia faktu, że uwielbiam podróżować. I pewnie tutaj wcale nie jestem oryginalna jeśli chodzi o powody. Poznawanie nowych miejsc, ludzi, kultury; bycie w miejscach, w których nigdy nie byłam jest po prostu fascynujące. No i można naprawdę odpocząć :) Ale ogromna część wspaniałości podróży jest w tym, ze podróżujemy razem, że mamy z kim w tępo dróż jechać i komu o niej potem opowiadać.

Tak sobie myślę, że można biec z miejsca na miejsce, podziwiać fascynujące krajobrazy, zajadać się wspaniałym jedzeniem, dotykać historii wielu pokoleń, fascynować się zabytkami najbardziej nawet niezwykłych kultur, wspinać się na najwyższe góry i schodzić do najniższych dolin i nadal wcale nie być szczęśliwym człowiekiem. Bo w sumie po co?
I spotkałam kiedyś takiego starego, pełnego rozgoryczenia człowieka. Był muzykiem a ja byłam wtedy bardzo młodą osobą. Do dziś dźwięczą mi w uszach jego słowa:
"Świat jest bardzo monotonny, moja droga, naprawdę nic ciekawego na nim nie ma.
Albo jest sucho, albo mokro, albo ciepło, albo zimno, albo są góry, albo jest płasko,
 zielono albo żółto, czasem biało, i albo jest mnóstwo ludzi, albo jest pusto. Koniec. Byłem i widziałem. Szkoda życia".
Oby nasze podróże nigdy nas tam nie doprowadziły!

poniedziałek, 20 stycznia 2020

Blue Monday

Podobno dziś mamy najgorszy dzień w roku. Składa się na to wiele różnych czynników takich jak odległość do Świąt Bożego Narodzenia, wysokość zarobków, długość dnia, oraz coraz większa świadomość faktu, że raczej już się nam nie uda wypełnić wszystkich noworocznych postanowień wymieszana z poczuciem winy i brakiem motywacji oraz konieczności "zabrania się" za siebie. I podobno wszystko jest totalną bzdurą, ale jakoś się ludziom spodobało i mamy dzisiaj Blue Monday.
Dostałam już dzisiaj SMSa z zaleceniem nie poddawania się mimo wszystko, a w ostatnim tygodniu atakowało mnie z siłą wartą większej sprawy całe mnóstwo reklam i postów sponsorowanych o tym jak jednak jeszcze mogę stać się najlepszą wersją siebie, jak rozpisać grafik czytania żeby jednak wyrobić się z przeczytaniem 52 książek w 2020 roku, nawet jeśli jestem już 3 "w plecy" no i oczywiście drugie tyle diet i cudownych sposobów na zdrowie. Nawet mój kot może stać się "kotem jutra" już dziś dzięki super nowoczesnej bieżni dla kotów. Wczorajsze koty muszą w ogóle zmienić się w koty jutra. Serio. No sama bym tego nie wymyśliła.
Bądź wydajniejsza, lepiej wykorzystuj czas, lepiej gospodaruj energią, doskonale zarządzaj domem, zrób wreszcie porządek z papierami, wyglądaj jeszcze piękniej, regularnie wygładzaj zmarszczki naszym serum, dbaj o zdrowie i planetę, segreguj śmieci w szesnastu różnych pojemnikach, sama produkuj kompost, schudnij 10 kg w dwa tygodnie i popraw swoją sprawność fizyczną, naucz się jednej nowej rzeczy w każdym miesiącu, pamiętaj o suplementach, dbaj o skórę, włosy i paznokcie, no i te książki. 52 koniecznie. No i bądź doskonałą mama, żoną i pracownikiem roku.
No to ja się dziwię, że Blue Monday nie wypada co tydzień...
To zadziwiające jak w świecie, w którym mamy tyle ułatwień w postaci pralek, zmywarek, suszarek, samochodów, supermarketów, medycyny, i tak dalej,  zamiast z tego korzystać i ułatwiać sobie i innym życie w zasadzie ciągle zwiększamy presję na siebie i innych. Muszę to zrobić, muszę to mieć, muszę to osiągnąć. No nie muszę. Fajnie by było, ale naprawdę nie muszę.
I to nie jest wcale taki znowu nowy problem. W VIII wieku p n.e. pewien prorok pisał "biada tym, którzy przyłączają dom do domu i dołączają pole do pola tak, że nie ma już miejsca (...) nic nie rozumieją"*. No cóż, ludzie zawsze chcieli więcej i więcej, i zwykle są z tego same kłopoty.
Absolutnie nie chodzi o to by nie mieć celów, nie planować i się nie rozwijać. Jedynie o to, żeby nie zapomnieć, że realizowanie kolejnych celów i bycie nawet nie wiem jak bardzo produktywnym to jednak za mało na cel życia. Warto korzystając z najgorszego dnia w roku zatrzymać się na chwilę i bardzo poważnie zastanowić się nad tym czy to, do czego dążę naprawdę jest tym czego chcę? I czy przypadkiem cena jaką przyjdzie mi zapłacić nie jest zbyt wysoka. Mamy coraz więcej i coraz mniej nas to cieszy. To w sumie słabo, prawda?
Pamiętam jak kilka lat temu pojechaliśmy na wycieczkę życia do Włoch. Po zwiedzeniu Wenecji, Werony, Padwy, Pizy, Arezzo i kilku mniejszych miasteczek znaleźliśmy się w Sienie. Włoskie klimaty, sztuka dosłownie już nas przenikały. A tutaj  kolejne muzea - pamiętam jak po chwili bicia się z myślami postanowiliśmy dać sobie spokój. Nie zobaczyliśmy wtedy nieukończonej z powodu dżumy nowej nawy katedry z pięknymi posadzkami, marmurowej ambony Pisaniego, rzeźb Donatella, Querciego i wielu innych pięknych rzeczy, o których istnieniu może nawet nie wiemy. Łaziliśmy po sieneńskich uliczkach wokół Piazza del Campo całe popołudnie, znaleźliśmy niemal pusty dziedziniec miejskiego zamku Palazzo Chigi-Saracini i przesiedzieliśmy tam co najmniej godzinę słuchając muzyki, trochę się pogubiliśmy i wyszliśmy inną bramą, więc mieliśmy okazję podziwiać miejskie mury. Cudowny dzień, piękne wspomnienia. Chciałabym wrócić tam jeszcze kiedyś. Zrozumiałam wtedy co to znaczy, że czasem mniej znaczy więcej, a pewien niedosyt, rodzaj pragnienia, które pozostało mi po dniu w Sienie jest całkiem dobrym poczuciem. W zasadzie nawet przyjemnym.
"nasz " dziedziniec Palazzo Chigi -Saracini

Z okazji Blue Monday życzę nam wszystkim właśnie tego zatrzymania, zwolnienia i zastanowienia się za czym pędzimy i czy na pewno warto. Może szczególnie dziś warto sobie odpuścić i spędzić przyjemnie wieczór.