sobota, 29 kwietnia 2017

Jak przetrwać długi weekend?


Tak, wiem, że dziś jest sobota, a nie czwartek, i w zasadzie nie jest to czas na kolejnego posta, ale... właśnie zaczął się długi weekend. U nas całodniowym deszczem, wiatrem i temperaturą nieprzekraczającą 4°C... I tak nieźle, bo wczoraj padał śnieg. 
Swoją drogą, jeśli dobrze pamiętam4°C to dość specyficzna temperatura dla wody, bo w właśnie w takiej ma ona największą gęstość i najmniejszą objętość. Szłam dziś w deszczu i z tą gęstością to chyba prawda... Naprawdę nie wiem, co byłoby gdyby miała większą objętość, bo więcej deszczu chyba po prostu się już nie zmieści. Gdyby było tylko trochę cieplej, a zatem wody byłoby objętościowo więcej, mielibyśmy chyba prawdziwy potop...
No ale wcale nie jestem pewna czy jest to dobre pocieszenie na właśnie rozpoczynający się długi weekend. 
Sklepowe półki z napisem "sezon grillowania rozpoczęty" i podobnymi uginają się pod własnym ciężarem, ci z nas, którym udało się wykręcić z zimowo-weekendowego wyjazdu siedzą zmierzli w domu, ci, którym się nie udało już pojechali albo właśnie kończą się pakować...
Co robić w taką pogodę???
No i właśnie o tym dziś piszę. No bo coś robić trzeba i chyba warto nie zmarnować tych kilku wolnych dni. Pogoda zdecydowanie nie jest tym razem naszym sprzymierzeńcem, ale podobno wszystko ma swoje plusy. Jakie? Nie chciałabym jakoś szczególnie truć, ale taka pogoda naprawdę nie musi oznaczać jedynie siedzenia w domu przed ekranem telewizora czy innym monitorem i kompulsywnego zażerania się paluszkami ani nawet bezglutenowymi czipsami z brokułów. Można przecież coś z tym zrobić i zapamiętać ten wybitnie mokry i beznadziejnie się zapowiadający weekend jako jeden z fajniejszych. 
Chcieć to móc, a taka pogoda jak ta za oknem może być najlepszym wstępem do kreatywności. Po prostu nas do niej zmusi... Mimo wszystko, jeśli się trochę postaramy może przecież być fajnie.
Sami kilka tego rodzaju weekendów już przeżyliśmy, więc kilka podpowiedzi:
- Mimo wszystko można iść na spacer lub małą wycieczkę. Tak, zmokniemy i zmarzniemy, ale jak potem smakuje gorące kakao czy zupa. No i można przecież ubrać gumowce, ciepłą kurtkę i tak dalej. We mnie samej też aż coś się burzy przeciwko wyciąganiu zimowych ciuchów, które zdążyłam już schować, ale...
- Oglądanie całej Trylogii Tolkiena To znaczy tak naprawdę Petera Jacksona, ale co tam. Można zrobić jakieś fajne hobbitowe jedzenie i siedzieć przy filmie. Jak ktoś lubi inny film, to też można, ale dla nas Władca zawsze działa
- Zrobić dodatkowe zakupy i upiec, ugotować coś niezwykłego - albo coś czego dawno nie robiliśmy, albo coś, czego nie robiliśmy jeszcze nigdy. Im bardziej pracochłonne tym... lepiej. W końcu kiedy jak nie w taki długi weekend?
- To może być naprawdę niezła okazja na dobrą imprezę. Można kogoś zaprosić, albo kogoś odwiedzić. Nawet jeśli jesteśmy "wyjechani", można pojechać do kogoś kto jest niedaleko.
- Można cały dzień grać w państwa-miasta albo rysować głupie obrazki czy komiksy. Ale bez papieru i czegoś do pisania trudno.
- można też zrobić porządek w szafie, albo na półce z książkami czy w biurku, ale ten pomysł jakoś blado wygląda przy pozostałych  :)
Generalnie chodzi o to żeby nie dać się nudzie i złości z powodu tego, że nie jest tak, jak zaplanowaliśmy. I nie tyle ten weekend przetrwać, co dobrze go wykorzystać.
POWODZENIA!



czwartek, 27 kwietnia 2017

Życie i śmierć jest w mocy języka...

Życie i śmierć w mocy języka? Czy to nie przesada? 


Kilka dni temu słuchałam historii niesłusznie oskarżonego i skazanego człowieka. Odsiedział kilka lat, bo ktoś coś powiedział.
Wczoraj słyszałam rozmowę kilkuletniego dziecka z tatą. Mały coś przeskrobał i rozmawiali. Nie wiem co zrobił i w sumie nie wiem jak potoczyła się rozmowa, ale mały był przejęty. Poruszyło mnie pytanie młodego mężczyzny - "no, ale powiedziałeś o tym mamie?", a w zasadzie poruszająca była odpowiedź chłopca: - "nie, nie powiedziałem, bo się boję". 

Jakieś mnóstwo lat temu pewien przystojny facet zapytał czy zostanę jego żoną. Odpowiedziałam, że tak. 

Kocham Cię
Jesteś cudowna.
Wyjdź.
Odchodzę.
Oj, słowa mają moc. Ogromną.
Pewnie, że powinny (za tymi dobrymi) iść czyny, ale same słowa też mogą bardzo wiele. I nawet całkiem dobre czyny można złymi słowami kompletnie zepsuć...
W zasadzie to właśnie nasze słowa budują między nami atmosferę i albo jest to zaufanie i pokój, albo wręcz przeciwnie. To słowami podtrzymujemy na duchu, dodajemy odwagi, pocieszamy. I słowami potrafimy niszczyć, podcinać skrzydła, odbierać nadzieję. To słowami opisujemy naszą dumę ale też nimi wyrażamy pychę, a to całkiem co innego...
Używamy też słów, by pisać bloga :)
Podobno to trochę jak w statku - w sumie bardzo niewielki ster, a jednak to on kieruje nim całym; i tak ten, kto potrafi panować nad swoim językiem jest bliski doskonałości i zwykle w ogóle potrafi panować nad całą resztą siebie. 
I chodzi w tym nie tyle o ilość słów, chociaż i to ma znaczenie, co raczej o to jakie to są słowa. Po co i jak ich używamy. Coś w tym jest prawda?
Dotyczy to przecież wszystkich relacji w jakich żyjemy. I tych najbliższych - w dużej mierze to słowa tę bliskość przecież utrzymują, i tych dalszych, które też są tak bardzo zależne od tego "kiedy się do mnie wreszcie odezwiesz". 
Ciekawa sprawa - czasem wcale nie największy i najsilniejszy posiada rzeczywistą siłę, ale właśnie ten, kto panuje nad językiem. To nim wydaje on przecież rozkazy.
Nawet w tak błahej w sumie sprawie jak pogoda za oknem - ileż można usłyszeć. I zaraz widać, a raczej słychać, jak z tym panowaniem nad językiem u mijanych osób jest. 
"Tak mi się wyrwało"... Jasne...
Tymi samymi ustami wyznajemy miłość i nienawiść, klepiemy bez sensu i dajemy dobre, pełne miłości rady, straszymy, grozimy i zapewniamy o naszej lojalności i chęci pomocy. Coś tu chyba czasem jest nie tak, prawda? Może warto się postarać i dawać jednoznaczne komunikaty?
Tak, żeby nikt z naszych bliskich nie bał się przyznać do tego, co przeskrobał.
Tak, żeby można było ufać naszym słowom, i aby przynosiły one pokój, radość, bezpieczeństwo i ciepło, chociaż pogoda... taka sobie.
Warto zacząć już teraz.

czwartek, 20 kwietnia 2017

Wierzę w wiosnę!


  Ostatnie dni zaskoczyły mnie pogodą. Zaskoczyły w sensie negatywnym. Kwiecień-plecień, ale bez przesady. A miało być już tylko lepiej. Słoneczko, rozsądna temperatura, spacery i w ogóle, wiosną wszystko jest przecież lepsze. Przeczekałam zimę, starałam się nie narzekać. I teraz miało być wreszcie cudownie. Czekałam na to od kilku miesięcy. Już, już. I rzeczywiście - temperatura trochę się podniosła, zaczęło się robić zielono. Kilka dni było naprawdę cudownych i... kiedy już opuściłam gardę, przestałam się stroszyć, schowałam głęboko (żeby ich nie widzieć przez pół roku) zimowe kurtki, płaszcze, czapki, buty i szaliki zima zaatakowała. Bezlitośnie. Wiatrem, zimnem i deszczem, a zaraz potem mrozem i śniegiem. Brrrr!
To zabolało! Naprawdę zabolało. I boli nadal, ale...
I tutaj następuje osobista deklaracja:
- wierzę w wiosnę! 
- wierzę, że w końcu pokona mróz, że kwiaty nie skisną od niego, tylko wykorzystają soki, które zaczęły już krążyć i wybiją na nowo jak tylko będzie okazja, zakwitną a potem, gdy przyjdzie ich czas, wydadzą owoce,
- wierzę, że wiosna może przyjść nawet po bardzo długiej i ponurej zimie,
- wierzę, że może ożywić nawet naprawdę źle wyglądające badyle,
- wierzę, że da rady zazielenić nawet najbardziej zamarzniętą ziemię,
- wierzę, że może przyjść i rozgrzać wszystko to, co zmarznięte 
- wierzę, że może rozświetlić ponurość i wlać kolory w zimową biel i czerń.
Wierzę, że to wszystko stanie się już niedługo. 
Wierzę, że znów to zobaczę.
Jestem pewna, tego, czego się spodziewam.
Widziałam to już wiele razy.

czwartek, 13 kwietnia 2017

Świąteczne tradycje

Spędziliśmy dzisiaj naprawdę dobry dzień. Jedną z atrakcji był pyszny obiad, który został zrobiony według starego przepisu, który zdobyliśmy od kogoś dawno, dawno temu, gdzieś na początku naszego małżeństwa. Zawsze było to jedno z naszych ulubionych dań i ostatnio przypomniał nam o nim nasz syn, który przed świętami zjechał do domu. Przepis przez wiele miesięcy leżał odłogiem gdzieś tam w zapomnianym zeszycie i wszyscy niemal zapomnieliśmy jak dobre danie z niego wychodzi. No po prostu pychota. 
Gdy tylko potrawa znalazła się na stole i po pokoju rozszedł się smakowity zapach przypomniał mi co najmniej kilka wspaniałych chwil sprzed wielu lat. Mógłbym wymienić imiona osób, z którymi jedliśmy to wspaniałe danie. Smak, zapach i wygląd przeniósł mnie wręcz w magiczny sposób do przeszłości. Niemal poczułem tamte chwile. 

Myślę, że podobnie będzie gdy w Wielkanocną niedzielę zasiądziemy do świątecznego śniadania. Siądziemy razem przy stole. Będą rozmowy, bliskość ważnych dla nas osób. Już się na to cieszę. Mnóstwo drobnostek, które się na ten dzień składają. Naszą tradycją, która wywodzi się z mojego rodzinnego domu jest jedzenie grubego plastra szynki wraz z kromkami chałki. Nasze dzieci, chociaż już dorosłe, wręcz czekają na ten moment i zawsze przed świętami pytają czy na pewno szynka jest już przygotowana. Jest.
Potrawy, zapachy, przedmioty itp. potrafią nam przypominać przeszłość, a nawet w jakiś sposób przenosić w czasie. Możemy na chwilę poczuć się znowu małym dzieckiem czekającym w świąteczny niedzielny poranek na kawał szynki, który tak długo czekaliśmy. 
Ale sednem tego Święta jest coś daleko większego. Świętowanie dla samego święta jest trochę bez sensu. Świętowanie szynki, zajączka czy jajka - też raczej słabo. 
Świętujemy Wielkanoc. I nie chodzi, jak myślał kiedyś mały synek naszej koleżanki o jakąś bardzo wielką noc, która jest trochę przerażająca, ale o noc Wielką. 
Noc Zmartwychwstania. 

czwartek, 6 kwietnia 2017

Polowanie na małpy

Słyszałam kiedyś o tym w jaki sposób polowano, a podobno w niektórych miejscach nadal się to robi, na małpy. To dość inteligentne zwierzęta, ale okazało się, że niekoniecznie wystarczająco. Otóż zastawiano na nie dość zabawne (ale nie z punktu widzenia małpy) wnyki.
Uwaga! Osoby o sercu wrażliwym na los małpek bardzo proszę o rozważenie tego, czy rzeczywiście chcą dalej czytać.
Wracając do tematu: w rodzaju pudełka czy małej klatki z otworem niewiele tylko większym od małpiej dłoni znajdował się, w zależności od wersji historii o polowaniu, banan lub orzech. Przychodziła małpka, widziała lub czuła interesujący ją owoc (czy orzech), chwytała go i… nie mogła wyciągnąć łapy. Próbowała, szarpała się, ale im dłużej to trwało, tym bardziej wpadała w złość. Robiło się coraz gorzej, ale ona wciąż nie puszczała swojej zdobyczy. W końcu przychodzili myśliwi i małpie marzenie o życiu w dżungli pełnej bananów i koleżanek małp traciło jakiekolwiek szanse na realizację…
Dlaczego o tym piszę? Bo coś mi to przypomina.
Czasem sytuacje, w których się znajdujemy, a i nasze zachowanie w nich, niepokojąco bardziej przypominają opisywane polowanie na małpy niż to, w co chcielibyśmy wierzyć na swój temat. Potrafimy tak bardzo skupić się na jakimś konkretnym orzechu (czy bananie J), tak bardzo poddać się złości, rozczarowaniu, frustracji i sześćdziesięciu pięciu innym gwałtownie nas ogarniającym emocjom, że nie potrafimy zrobić nic innego jak tylko gwałtownie się szarpać kalecząc dłoń, wrzeszczeć w panice i… nadal trzymać swojego orzecha… Na dodatek „mamy przecież prawo”, „nikt nie może nam zabronić”, i „sami będziemy decydować o swoich sprawach”. Tutaj rodzi się pytanie czy w taki sposób rzeczywiście decydujemy o czymkolwiek. Myślę sobie, że jest to raczej dość w sumie prosta reakcja, niż świadome decydowanie…
W końcu efekt naszej szarpaniny jest bardzo podobny jak w przypadku zwierzątka z naszej historii o polowaniu.
Problemy, które mamy powodują w nas emocje, te mają wpływ na nasze postępowanie – sposób w jaki odpowiadamy innym i jak traktujemy samych siebie, a to spotyka się z dość zrozumiałą, raczej nieprzychylną reakcją tych innych i… mamy kolejny problem, a ten pierwotny wcale nie zniknął. Jest więc gorzej i szarpiemy się coraz bardziej i bardziej, ale nadal trzymamy naszego orzecha w garści. I nie puszczamy, bo on nasz jest przecież. Powstaje coś w rodzaju błędnego koła:
I tak to mniej więcej wygląda… W końcu dochodzimy do miejsca, w którym jest już tylko strach, złość, bezradność, załamanie i przerażenie. Znikąd pomocy.
Co poradzić takiej przerażonej małpce, która w nas siedzi?
Młodzież, z którą prowadzę w tym tygodniu zajęcia od razu „radzi małpce” – puść banana!
Ale to niestety wcale nie jest takie łatwe. Proste banalnie, ale nie łatwe, bo niestety, niezależnie od tego jakie są oficjalne małpkowe deklaracje – ona naprawdę chce tego banana i to chce go teraz!
Dopóki się nie zatrzymam, nie pomyślę, że to właśnie ten mój orzech, czy inny banan jest moim największym problemem, wcale nie będę gotowa z niego zrezygnować, nawet za cenę swojej wolności. Jak małpka…
Muszę się zatrzymać, uspokoić na krótką chociaż chwilę i pomyśleć – co jest moim problemem, dlaczego z takim zapałem się go trzymam i jak mogę go rozwiązać. Dopiero wtedy mogę mówić o podejmowaniu jakiejkolwiek decyzji.
To działa nawet w bardzo trywialnych sytuacjach. Przykład?
Jestem z daleka od domu. Wczoraj zawiesiła mi się komórka, po krótkim namyśle wyłączyłam ją aby zrestartować system. Fajnie, ale po włączeniu okazało się, że nawet i pamiętam kod PIN, tylko że poprzedni a nie ten aktualny. Drobnostka, prawda? A ileż emocji!!! (ostatecznie wpisałam 3 błędne kody, z poziomu komputera i konta zmieniłam PIN i… wszyscy przeżyli, chociaż przez moment było groźnie J)
I to by było na tyle – taka małpkowa historia na dziś z życzeniami (także dla mnie samej) abyśmy nie byli jak małpki.