czwartek, 20 czerwca 2019

100 lat! czyli nasze setne, wspólne urodziny


Znajdź różnice na powyższych zdjęciach. Kilka jest. Torcik na dole jest śliczny i różowy a ten górny trochę krzywy (dobra, bardzo krzywy, ale w ten upał i tak dobrze się trzymał), słodki, ale nie za bardzo, własnoręcznie zrobiony i ... zjedzony z przyjaciółmi z okazji naszych 100 lat. I trochę o tym dzisiaj. Wczoraj jak wiadomo skończyliśmy razem 100 lat. Zauważyła ten fakt jakiś czas temu nasza Nieoceniona Synowa - "O rany, to macie w tym roku razem 100 lat! Ale numer! " - tak to jest, jak się studiuje matematykę.
Jak już się okazało, policzyliśmy dokładnie i tak. To było wczoraj. Taka okazja nie może się przecież zmarnować! Zaprosiliśmy więc najbliższych (też w sensie geograficznym) przyjaciół i zrobiliśmy imprezę. Była bardzo udana i jesteśmy naprawdę wdzięczni Im wszystkim. Przyjaźń jest wspaniała.
Są w niej różne chwile, ale są i takie jak wczorajszy wieczór, kiedy świętowaliśmy razem fajną, choć nieoczywistą rocznicę.
Taka rocznica może i nie jest oczywista, ale w oczywisty sposób zachęca do refleksji nad przemijaniem i wspólnym życiem. Jeśli pozostać przy dodawaniu lat, to spędziliśmy razem już 64, z czego 58 jako małżeństwo, a to już poważne wyniki :)
I tak sobie myśleliśmy, że jedną z najlepszych rzeczy, które towarzyszą wiekowi już nie najmłodszemu jest "posiadanie" perspektywy lat. takiej perspektywy "do tyłu". Możemy z tej właśnie perspektywy zobaczyć, że to, co było trudne, wydawało się wręcz niemożliwe, jednak się wydarzało.
Możemy przypominać sobie wspaniałe, cudowne chwile, które zapierały cech w piersiach i sprawiały, że na nowo się w sobie zakochiwaliśmy i te gorsze, te, przez które to ponowne zakochiwanie w ogóle było potrzebne, bo coś gdzieś nam umknęło, coś zaniedbaliśmy, o czymś przestaliśmy pamiętać. A bywało i tak, że zastanawialiśmy się jak my w ogóle przetrwamy. I okazuje się, że dajemy radę. Że dopiero ze szczytu (tak, to szczyt pośredni, długa droga jeszcze przed nami), widać dlaczego musieliśmy iść drogą, która prowadziła nas przez ciemne doliny. Nie zawsze bywało różowo. A i kiedy było, rzadko wyglądało jak na obrazku. Chyba że tym górnym. Pozostaje jeszcze sprawa tego, kto robi zdjęcie i na co zwraca uwagę.
Podobnie jak na powyższym obrazku i tortach, w całym życiu łatwo jest dać się nabrać. Chyba zwłaszcza w dzisiejszym świecie. Jest przecież bardzo prawdopodobne, że pobrany za free, stockowy obrazek przedstawia tort zrobiony z gipsu i pomalowany jakimś chińskim lakierem, który bynajmniej nie służy do jedzenia. Ten u góry wygląda zdecydowanie mniej... no pod każdym względem mniej. :)
Może i nie ma czym się chwalić na Fb czy innych społecznościowych stronach. A jednak był (bo już go nie ma) PRAWDZIWY i pyszny. I porównując tego rodzaju obrazki widać dość wyraźnie, że to jak chcemy by było i to co często pokazujemy na zewnątrz, czasem mocno się różni od tego, jak się sprawy mają.
Żyjemy w świecie, w którym doskonałość (czasem prawdziwa, częściej nie) dosłownie nas atakuje. Wczoraj na przykład dominowały w wirtualnym świecie świadectwa z czerwonym paskiem, achy i ochy oraz wpisy typu "nie miałam nigdy świadectwa z czerwonym paskiem, ale za to teraz jestem najlepsza" - a ja ani nigdy nie miałam takiego świadectwa, ani i teraz nie jestem najlepsza. I co?
I jak wygląda mój urodzinowy torcik na (teraz dopiero na zdjęciu widzę) nieco przygniecionym obrusiku w kwiatki?
No więc z okazji naszych 100 wspólnych wspaniałych lat chciałam napisać żebyśmy nie dali się zwariować. Pamiętacie bajkę o Małym Księciu? "Dobrze widzi się tylko sercem. Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu" - to jest prawda i w dzisiejszym ciągle-patrzącym-i-porównującym świecie.


środa, 12 czerwca 2019

Powrót z wakacji

No i wróciliśmy. Jeszcze nie wszystko rozpakowane, dwa razy "poszła pralka", pierwsze zakupy do pustej lodówki zrobione, kwiatki podlewane przez dzieci pod naszą nieobecność przeżyły z niewielkimi jedynie stratami. Dość zabawne, że dopiero po powrocie z Włoch oświadczamy upałów; w ogóle dość dziwne, że wróciliśmy, a tu całe lato dopiero przed nami. Do tej pory zwykle, jeśli gdzieś jechaliśmy, to na koniec sierpnia i początek września. Podobno zmiany pomagają się nie starzeć. To się nie starzejemy i już.
Po trzech "odcinkach" Naszych Włoskich Wakacji na blogu, przestaliśmy pisać relację. Strasznie dużo się działo każdego dnia i po prostu byliśmy zbyt zmęczeni wypoczywaniem w naszym dość szalonym stylu :)
Jak wiadomo nie jest to blog turystyczny, podróżniczy, czy nawet osobisty a blog o relacjach, więc tym bardziej sobie odpuściliśmy i zajęliśmy się właśnie budowaniem relacji. Pomogła nam w tym nieco pewna profetyczna kafelka na podłodze w kościele w Genui :)
Opanowaliśmy już wiele rzeczy niemal do perfekcji, ale male słówko "niemal" czasem dawało się we znaki i chociaż codzienne znalezienie miejsca na nocleg i przepakowywanie auta odbywało się w zasadzie zupełnie bezkonfliktowo, to jednak kilka drobnych nieporozumień i jedno nieco większe zaliczyliśmy. 
Przy okazji kolejny raz okazało się, że przynajmniej z nami często jest tak, że największy problem jest wtedy, kiedy chcemy "za dobrze". A było tak.
Wieczór, daleko od domu, ale już kierunek Polska. Na Nizinie Padańskiej, którą musieliśmy przejechać raczej trudno o nocleg, robiło się coraz później i później, byliśmy już oboje zmęczeni a przed nami perspektywa długiej jazdy do domu. Znalazłam na apce z parkingami fajne miejsce i postanowiliśmy tam pojechać. Było jakieś 25 km od naszej trasy, ale kierunek nie był najgorszy. Już dojeżdżając do Colli Euganei, przejrzałam jeszcze raz mapę i... miałam już swój pomysł. GPS prowadził nas jednak inaczej. Poprosiłam więc, żebyśmy zjechali tu, zaraz przy tym zakręcie, i tu, i tu... i w rezultacie zaczęliśmy trochę krążyć. No ale przecież szkoda jechać 25 km, gdy można tylko 10, nie? No to przejechaliśmy trochę ponad 30... Fakt, było przepięknie - chyba nie natknęliśmy się na tutejsze wulkaniczne wzgórza ani Arqua Petrarca (tak, ten Petrarka) w żadnym przewodniku, a szkoda. Z drugiej strony we Włoszech gdzie się nie rozejrzeć jest pięknie. No dobra..., czasem dopiero za rogiem. Może kiedyś tu jeszcze wrócimy, zwłaszcza, że Arqua Petrarca to podobno jedno z najpiękniejszych średniowiecznych miast Włoch. No i Petrarka...
Wracając do naszej przydługiej wycieczki - u nas działa to dość często w ten sam sposób. Jedno z nas (albo oboje) chce "za dobrze" i tak poprawiamy to, co jest zupełnie w porządku, że aż sami prosimy się o kłopoty. Na szczęście tym razem kłopoty okazały się zupełni niegroźne i w sumie urocze, ale...

Noc udało się przespać w bardzo fajnym miejscu w Teolo według pierwotnego planu, kolejny dzień rozpoczęliśmy od włoskiej kawy i wróciliśmy do domu.
Jak ja uwielbiam wracać! 
Kilka osób, którym meldowaliśmy już o naszym powrocie pisało oj, współczuję, przykro mi bardzo, itd. I nie wiem jak zareagować bo ja serio lubię wracać z wakacji do domu. Pewnie ma to jakiś związek ze sposobem wypoczywania - po dwóch tygodniach w samochodzie powrót do spania w łóżku, do własnej łazienki, kuchni, możliwości posiedzenia w fotelu jest czasem doceniania tego, co mamy i nawet powrót do obowiązków tego nie zaćmiewa. No i mamy kolejny plus intensywnych wakacji :)




poniedziałek, 3 czerwca 2019

Nasze włoskie wakacje 3


Minęła połowa naszych wakacji. Jutro Portofino. Głowy pełne wrażeń a nogi kilometrów. W ostatnich dniach zwiedziliśmy Mantuę - to tutaj udał się wygnany z Werony Romeo, nie dotarła do niego wiadomość i wszystko się skomplikowalo. 
Miasto zupełnie od Werony inne, imponujące, fantastyczne kościoły, zamek i migdałowe ciasto. Trochę się pogubiliśmy i spędziliśmy w Mantui nieco więcej czasu niż było w planach, ale co tam plany. Warto było.
Kolejne przygody to już Liguria. San Stefano d'Aveto i góry. Absolutnie fantastyczny szlak. Prawda jest taka, że trochę podjechaliśmy kolejką ale przecież są wakacje 🙂. Monte Bue i Monte Maggiorasca z fantastyczną panoramą z morzem na horyzoncie - to lubimy.
Kolejna była Genua - ależ miasto! Z okazji Święta Republiki otwarte były genueńskie pałace. Zawrót głowy to mało powiedziane. Jeszcze jednak większe wrażenie zrobiły na nas genueńskie kościoły. Już duomo w Mantui było niesamowitym przeżyciem, ale tutaj... Nie da się opowiedzieć słowami ogromu, rozmachu, bogactwa i piękna tych budynków. A jednak wzbudziły w nas raczej mieszane uczucia. Bez wątpienia człowiek wchodzący do takiej świątyni mógł poczuć wielkość i majestat Boga. Bez wątpienia to Bóg właśnie obdarzył niezwykłym talentem architektów, rzeźbiarzy, malarzy i zbudowanie takiego kościoła jest jakąś formą oddania Bogu chwały. Ufundowanie go, czyli wydanie na niego naprawdę sporych pieniędzy też wygląda zacnie. A jednak, paradoksalnie, o ileż trudniej "zbudować Bogu" imponującą świątynię z własnego, oddanego Mu życia...
W Genui mieliśmy jeszcze jedną przygodę. Z racji Święta był otwarty dla zwiedzających Palazzo de Gaetani czyli budynek Banco d' Italia. Ponieważ nie umiemy po włosku jeden z przewodników postanowił osobiście odprowadzić nas po... sejfie. Podobało nam się bardzo.
Ostatnia atrakcją dnia były serpentyny prowadzące na wzgórze Parco Muro. Czyste szaleństwo. Do tej pory nic nie wiedziałam o serpentynach.
Dzisiaj miał być trochę luźniejszy dzień. Był cmentarz Sagliani - ogromna galeria posągów, lody i plaża - udało się nam znaleźć kawałek kamienia i zejście do wody w Nervi, które to miasteczko, a raczej dzielnica Genui, okazało się nieco rozczarowujące, choć urocze. Chyba jesteśmy już nieco rozpuszczeni Włochami :) 









piątek, 31 maja 2019

Nasze włoskie wakacje 2 - Wenecja


Dwa dni w pochmurnej i deszczowej Wenecji. To miasto zawsze jest niesamowite. Pewnie trochę inaczej jest wśród tłumów turystów latem, ale teraz było ich jedynie bardzo wielu. Pierwszego dnia snuliśmy się uliczkami w zasadzie cały dzień. Dopiero sporo po południu mogliśmy powiedzieć "o, tutaj byliśmy trzy lata temu". Jedną z rzeczy, które nas zadziwiają w Wenecji jest jej ogrom. Samych mostów jest w niej podobno ponad 400! Uliczki, płace, kościoły, hotele, pałace wszystko to na drewnianych palach wbitych głęboko w piaszczyste wyspy laguny. Niesamowity przyklad tego, co ludzie potrafią. Fantastyczne, bajecznie bogate domy, pałace i kościoły a zaraz obok wąziutkie uliczki i domy z malutkimi oknami wychodzącymi na ścianę sąsiedniego budynku. Historia siły, sukcesu, bogactwa, uporu i ciężkiej pracy, ubóstwa, epidemii, rozpaczy skupiona jak w szle powiększającym w jednym mieście. Milion myśli..
Drugi dzień to  panorama Wenecji z tarasu widokowego Fondaco dei Tedeschi i  vaporetto czyli weneckie łódki-tramwaje i wyspy. Wenecka Laguna to 118 wysp i wysepek, ale byliśmy tylko na kilku z nich. Lido - pierwsza okazała się najbardziej zwykła, chociaż piaszczysta plaża z mnóstwem muszli i krótki jak się potem okazało, przeblysk słońca pozwoliły nam poczuć się jak na letnich wakacjach 🙂.
Burano - przeurocze miejsce pełne kolorowych domków i fantastycznych delikatnych koronek. Znów dość refleksyjnie. Podobno domki były kiedyś tak kolorowe aby marynarze bez problemu trafili do swojego po powrocie z rejsu..
Dzień bardzo szybko się nam zaczął kończyć, więc pojechaliśmy jeszcze na Murano. To tutaj produkują do tej pory szkło z Murano. Fantastyczne, rozjarzone sklepy - galerie, ceglane, ciemne domy i kościoły, spokój, cisza zaraz obok głównego turystycznego traktu.
Na koniec dnia wieczór w Wenecji.
Nie ma wyjścia - trzeba tu jeszcze wrócić.











wtorek, 28 maja 2019

Nasze włoskie wakacje 1


Jedziemy sobie a deszcz monotonnie obija się o dach i szyby auta. Chwilę ulgi przynosi już nawet przejazd przez tunel. Ale co tam i tak dobrze się bawimy. Tym bardziej, że jednak kilka krótkich chwil bez deszczu było. Zwiedziliśmy kolejne miasta, podziwialiśmy widoki i wypiliśmy po dwie kawy. Jedne już we Włoszech ale... te w Austrii były trochę lepsze. Serio. No cóż. Może to z powodu deszczu Włosi się pogubili. Mamy nadzieję, że wielokrotnie to naprawią😁.
Jeszcze w Austrii wczoraj zatrzymaliśmy się w miejscowości Melk - ogromne średniowieczne opactwo benedyktyńskie a u jego stóp niewielkie miasteczko. To wszystko nad pięknym modrym Dunajem, który akurat był raczej bury, ale co tam. Cała droga wzdłuż Dunaju była zresztą absolutnie piękna. Potem Gesause National Park. Wprawdzie mokro i mgliście ale być może jeszcze dodawało to górom majestatu. Spanko i rano śniadanie w deszczu. Dalej przez Alpy serpentynami zapierajacymi chwilami dech w piersiach do Murau. W Murau podobno jest świetny browar, ale wypiliśmy tylko kawę, przeszliśmy się wzdłuż rzeki Mur, weszliśmy drewnianymi schodami na zamek, zeszliśmy na dół i napawalismy się pięknem. Po drodze do auta zakupiliśmy kilka dużych worków na parasole, otrzepalismy je na ile się dało z wody i wpakowaliśmy do auta. Jedziemy dalej. W Villach zatrzymaliśmy się jedynie aby stwierdzić, że w zasadzie nie ma po co i dalej przez góry. Każdy kto jechał tą drogą do Włoch musi przyznać, że robią niezapomniane wrażenie. Znów spowite chmurami, wyłaniały się raz po raz zza zakrętów. Zatrzymaliśmy się w Maggio Udinese bo wydawało się tam ładnie i... było znacznie lepiej niż się zapowiadało. Piękne miejsce z ciekawą historią o co zresztą we Włoszech nietrudno.
Dalej leje, więc nadal się nie spieszymy - zwiedzamy miasteczko Palmanova. Samo miasteczko takie sobie, ale mury! To dopiero są mury. Najlepiej pewnie wyglądałyby z lotu ptaka, ale póki co gwiazdę, która tworzą można zobaczyć na planach miasta albo... w internecie. 😁 Pozwiedzaliśmy korzystając z przerwy w deszczu i jedziemy dalej. Możecie nam życzyć szerokiej drogi.







poniedziałek, 27 maja 2019

Wyrwać się z codzienności

Aż jestem ciekawa czy wszystkim powyższy obrazek kojarzy się z codziennymi obowiązkami i w ogóle z codziennością. Nam bardzo. Dość łatwo dajemy się zapędzić albo i zapędzamy się sami w wir codzienności i bywa naprawdę trudno z niego wyskoczyć. Podobnie jak chomik w kołowrotku. Biegnie zużywając mnóstwo energii i w ogóle nie zmienia swojego położenia. I czasem naprawdę jest mu ciężko wyskoczyć - kołowrotek nabiera prędkości, zwierzątko przebiera łapkami coraz szybciej, więc jeszcze przyspiesza i biegnie, i biegnie, i biegnie. I w pewnym momencie zwolnić jest o wiele trudniej niż biec dalej.
To właśnie ostatnio się nam przydarzyło. Piszę ten post w samochodzie, w drodze na wakacje, bo ostatecznie udało się nam wyrwać z naszego kołowrotka.
Kilka dni temu rozmawiałam z Przyjaciółką właśnie o tym wyrywaniu się. Bo trochę rzeczywiście jest tak, że musimy niemal dosłownie się wyrwać z oplątujących nas jak blusz stary dom codziennych spraw, przyzwyczajeń i obowiązków. One potrafią dość mocno trzymać. I chyba czym jesteśmy starsi, tym mocniej trzymają i więcej wysiłku wymaga to wyrywanie się. No cóż, nikt nie obiecywał wiecznej młodości 😁.

Kilka tygodni temu kąpaliśmy się w morzu. Czego to się nie robi dla Przyjaciół, zwłaszcza takich, którzy akurat mają urodziny? Ponieważ trwał jeszcze sezon na morsowanie nieoficjalnie zostaliśmy morsami.
Dlaczego o tym piszę? Dlatego, że to doświadczenie jest trochę podobne do wyrywania się z codzienności, oktorym pisałam powyżej. W zasadzie wszystko wokół naklania człowieka do pozostania w znanym ciepełku. Polarek, kurteczka, kapturek... jaka woda?!! Mokro, zimno, wiatr! Nigdy w życiu!
Ale kiedy się uda, okazuje się, że warto. Jeszcze jak warto!
O rany, ale wam to się chce - czasem słyszymy. To nie tak. Naprawdę często okropnie się nam nie chce. Przejechaliśmy już jakieś 60 km a w głowach mamy nadal zdecydowanie więcej pozostawionych spraw niż radości z wakacji, ale już się wyrwaliśmy. Jedziemy!
I zaczynamy być coraz bardziej ciekawi jak będzie tym razem.

piątek, 24 maja 2019

Rozmawiajmy


Wraca żona do domu z pracy. Mąż wrócił wcześniej i to on dzisiaj przygotowuje obiad.
Żona wchodzi i odbywa się dialog:
- Dzień dobry, wróciłam!
- Dzień dobry, kochanie - odpowiada mąż.
- Co na obiad? - pyta głodna żona.
- Jesteś głodna i zmęczona po pracy, rozumiem - odpowiada mąż.
- Tak, jeść mi się chce okropnie - mówi żona.
- Rozumiem, że potrzebujesz odpoczynku i jedzenia, oraz masz nadzieję na przyjemną resztę dnia - odpowiada cierpliwie mąż, tonem pełnym zrozumienia i wsparcia.
- Hej, co na obiad pytam i czy w ogóle będzie? - pyta coraz bardziej głodna i nieco wytrącona z równowagi żona.
Ale mąż skończył niedawno kurs rozmawiania z żoną, jest także absolwentem wielu innych kursów i doskonale wie, że żona nie przepracowała problemów z dzieciństwa, i ma skoki hormonalne związane z cyklem, a on jest przecież Absolwentem Kursów, więc rozumie i z chęcią będzie odpowiadał na jej potrzeby.
Przytula żonę ze zrozumieniem, patrzy jej głęboko w oczy i mówi:
- doskonale rozumiem Twoje rozdrażnienie i chętnie pomogę ci się z nim uporać.
Żona wychodzi z domu trzaskając drzwiami, a mąż zjada lekko przypalony obiad i nic nie rozumie.
Kurtyna.

Historia nie jest na szczęście prawdziwa, ale niestety inspirowana doświadczeniem. Dość często pojawiają się tu i ówdzie dość podobne (przynajmniej na początku) dialogi , które dostają mnóstwo "lajków", serduszek i komentarzy "XXYZ - to dla ciebie". Oprócz tego, że też chcielibyśmy dostawać lajki i dużo komentarzy, post ten powstał także dlatego, że wrażliwość na potrzeby innych, zrozumienie i dobra rozmowa, to jednak coś trochę innego. Kursy komunikacji i im podobne są oczywiście potrzebne, wrażliwość na potrzeby innych - jak najbardziej. Ale "komunikacja idealna" nie istnieje. Największą chyba sztuką jest korzystać z wiedzy ale też wiedzieć kiedy odpuścić. Dobra komunikacja, to niekoniecznie wytrenowane w sali najlepsze nawet techniki, czy bardzo dobrze skonstruowane zdania. Pomiędzy zrozumieniem, a powiedzeniem "rozumiem cię" może istnieć ogromna przepaść. I kiedy z zapałem neofitów ćwiczymy tylko co poznaną Wiedzę, bywamy (i czasem słusznie) osądzani o sztuczność a nawet manipulację i...kompletny brak zrozumienia. Nawet zakładając najszczersze i najlepsze chęci, kiedy zakładamy "odświętny garnitur komunikacji" (bardzo spodobało mi się to sformułowanie; używa go Friedmann Schultz von Thun w książce "Sztuka rozmawiania") tracimy autentyczność, a z nią szanse na dobrą komunikację. Podobnie jak w życiu, nie zawsze jest czas i miejsce na odświętny garnitur :).
I najlepiej wychodzi jeśli wiedzę przemyślimy, pożyjemy z nią trochę, pomyślimy, pozwolimy by nas zmieniła i będziemy autentyczni.

Tak sobie myślę, że prawdziwe rozumienie drugiego człowieka zaczyna się od przyznania, że jest inny niż ja i dania mu do tego prawa. Jest inny. Myśli trochę inaczej, jego wyobrażenia ukształtowały inne niż moje historie, przeżył co innego, i nawet kiedy przeżywamy teraz coś razem - przezywa to z innego perspektywy. I to "inaczej" w żadnym wypadku nie oznacza "gorzej". Chociaż nie zawsze rozumiem...

PS. Kiedyś pisaliśmy o rozmawianiu. Poniżej linki do kolejnych postów:
Jak gadać, żeby się dogadać 1
Jak gadać...2
Jak gadać...3
Jak gadać...4





czwartek, 16 maja 2019

Pomiędzy "tylko nie mów nikomu" a "powiedz wszystkim" jest bardzo dużo przestrzeni


Zasadniczo nie komentujemy bieżących wydarzeń ale tym razem, ze względu na temat czujemy się w pewien sposób do tego wezwani. Nie widzieliśmy filmu "Tylko nie mów nikomu". Bardzo dobrze, że taki film powstał. I wielu, bardzo wielu powinno go zobaczyć. W chwili, w której to piszę film ma  17 087 849 wyświetleń. To dobrze. Może coś się zmieni, może to początek końca bezkarności. Oby.
A jednak sami nie chcemy oglądać tego filmu. Mnie osobiście po prostu nie stać na to emocjonalnie. Nie dlatego, że problem bagatelizuję, raczej dlatego, że go znam. Przeraża mnie i paraliżuje samo jego istnienie. Bo wiem, że istnieje. Po prostu nie potrafię.
Kiedy myślę o całej sytuacji, to dominującą emocją jest smutek i właśnie przerażenie.
Przeraża mnie, że taki film jest w ogóle potrzebny, że dopiero kiedy powstał i jest masowo oglądany zaczęła się jakakolwiek rozmowa o problemie.
Przeraża mnie atmosfera wokół filmu. Powtarzam - to, co się za jego sprawą dzieje jest potrzebne. Ale to trochę jak z operacją rozległego nowotworu - może zabić. Z jednej strony oczywiście to dobrze, jeśli fałszywy autorytet upada. Zdecydowanie dobrze, ale gdzie upadnie i co przygniecie? I co powstanie w zamian? Umarł król - niech żyje król! Jakoś nie widać w historii społeczeństw, które żadnego autorytetu nie miały. I można prowadzić długie dyskusje na temat wolności i mądrości społeczeństwa, które zbuduje nowy, wspaniały świat, ale...
I nie mniej przeraża mnie moja własna obawa, że kolejny raz po wielkiej awanturze, głosach oburzenia z jednej, a triumfu z drugiej - nic się nie zmieni. Minie jakiś dłuższy lub krótszy czas i pozostanie poczucie, że coś nieprzyjemnego się wydarzyło, ale w sumie przecież... było, minęło, to nie mój problem. To "oni" powinni coś z tym zrobić.
Przerażają  mnie reakcje - tych od "nie mam czasu na głupoty", ale równie mocno boję się i tych, którzy wieszczą "nareszcie się dostanie klechom" (i to jest wersja znacznie ułagodzona). Po tych pierwszych w zasadzie można się było podobnych reakcji spodziewać, ale i druga reakcja jest niebezpieczna. Ilość jadu, nienawiści, złości i... satysfakcji jest jak dla mnie niewiarygodna. I o ile oczywistym jest konieczność rozliczenia sprawców, konieczność egzekwowania prawa, które przecież mamy niezależnie od tego czy ktoś jest księdzem, nauczycielem czy murarzem, to mam wrażenie, że wielu naprawdę bezdusznie wykorzystuje tragedie i traumy innych do swoich małych celów. Choć wypisanych wielkimi literami. Nie dostrzegam współczucia dla ofiar wśród najgłośniej krzyczących.
To chyba najbardziej napawa mnie smutkiem i poczuciem bezradności. Bo za tym filmem stoją bardzo konkretni ludzie i ich bardzo konkretne tragedie. Nie bohaterzy filmu - konkretni ludzie i i ich bliscy, którzy zmagają się z tym jak dalej żyć z tak bolesną przeszłością. Jak kogokolwiek pokochać, zaufać? 
I jeszcze gdzieś za tym wszystkim, za filmem, reakcjami na niego i Tymi, którzy odważnie zmierzyli się z własną traumą i postanowili o niej opowiedzieć, są inni. Tacy, którzy z bardzo różnych powodów się na to nie zdecydowali. Którzy nadal nic nie mówią nikomu. 
Myślę, że między "tylko nie mów nikomu" a "powiedz głośno wszystkim" jest bardzo dużo przestrzeni. Źle jest nie powiedzieć nikomu, nie móc, bać się, wstydzić nie swojej winy. Oczywiście, że tak, ale trzeba przyznać, że czasem również źle jest głośno o niej krzyczeć, szukać zemsty, odwetu. Powracające przecież wspomnienie doznanej krzywdy boli i niszczy przez długie lata. Czasem na zawsze. Ale zemsta ma działanie nie mniej niszczące, a jej wspomnienie, jakkolwiek może dostarczać satysfakcji, raczej wiąże jeszcze mocniej niż uwalnia.

Kiedyś czytałam książkę Szymona Wiesenthala "Słonecznik" - dręczony poczuciem winy umierający esesman prosi więźnia - Żyda o przebaczenie masakry żydowskiego miasteczka. Ten osłupiały, wychodzi bez słowa i ... wiele jeszcze lat rozważa temat przebaczenia.
I ten temat, ta historia dość natrętnie wiąże mi się ze współczesnymi wydarzeniami. To niezaprzeczalny fakt, że tylko przebaczenie ma moc uzdrowienia i uwolnienia ofiary od oprawcy. No bo jeśli mielibyśmy wymierzyć s p r a w i e d l i w o ś ć, to co trzeba byłoby zrobić zwyrodnialcowi? I kim mieliby być kaci?
Tylko... jak przebaczyć?
I nie pomylić przebaczenia z lekceważeniem, z udawaniem, że nic się nie stało, kiedy stało się tak wiele złego.

I to wszystko sprawa, że przeraża mnie film, którego nawet nie widziałam.



czwartek, 2 maja 2019

Marzenie z dzieciństwa

Kiedy miałam jakieś 9 lat tata narysował mi górską polanę, na której stało schronisko a wokół był dywan z krokusów. Tata naprawdę umiał rysować i ołówkowy szkic bardzo pobudził moją wyobraźnię. Tym bardziej, że oprócz rysowania, tata naprawdę umiał też opowiadać.
Obrazek przedstawiał Polanę Chochołowską w Tatrach, gdzie tata co roku jeździł wiosną na narty. Opowiadał, jak zamiast na narty poszedł na wycieczkę i zobaczył całą łąkę pełną krokusów. 
Obrazek gdzieś się zawieruszył, podobnie zresztą jak tata, ale podkręcone przez dziecięcą wyobraźnię marzenie gdzieś tam, po cichutku sobie żyło. 
Z krokusami w Dolinie Chochołowskiej jest tak, że trzeba trafić w odpowiedni moment. Kwitną, oczywiście w kwietniu, ale trwa to jakieś dwa tygodnie najwyżej i jest zależne od pogody i raczej trudno zaplanować sobie urlop na konkretny termin. No chyba, że ktoś może planować wolne dni "jak zakwitną w Tatrach" krokusy :)
Lata mijały, a ich upływ widać zdecydowanie bardziej po mnie niż po Tatrach, dorosły moje własne dzieci, moje marzenie zakurzyło się i wyblakło, a krokusy kwitły sobie co roku. Aż tu nagle okazało się, że jedziemy w kwietniu w Tatry. Może tym razem? 
Nie wiem czy wszyscy tak mają, ale ja mam z marzeniami pewien problem. Kiedy już, już mają się spełnić mam ochotę się wycofać i zrezygnować, bo "wcale mi aż tak nie zależy". Prawda jest jednak inna. Chyba po prostu boję się rozczarowania. Kiedy takie własne, wieloletnie marzenie ma się spełnić, jest we mnie niepokój, strach nawet, że nie będzie tak, jak sobie wymarzyłam, że moje oczekiwania będą się zbyt boleśnie różniły od rzeczywistości. I... bywam gotowa z nich zrezygnować. 
Cudownie jest wtedy usłyszeć "nie marudź, jedziemy". I cudownie jest wiedzieć, że jeśli nawet się rozczaruję, nie będę w tym sama. I pojechać.
Prawda jest taka, że jeszcze na szlaku, widząc z oddali pierwsze drewniane domki Doliny Chochołowskiej sama przed sobą udawałam, że wcale aż tak mi nie zależy. Ale jak zobaczyłam...
Przepadłam z kretesem. Kwiatki, kwiatki i wszędzie kwiatki. Fioletowy dywan, nieco już przerzedzony w najbardziej nasłonecznionych miejscach zdecydowanie jest wart marzenia. I zrealizowania tego marzenia.
Może i realizowanie marzeń bywa ryzykowne, ale kto nie ryzykuje...
No i warto w realizacji marzeń wspierać się nawzajem - mojemu Mężowi zdaje się bardziej podobała się moja ucieszona mina i podskoki niż krokusy. :P



poniedziałek, 15 kwietnia 2019

Przegapiliśmy Dzień Czekolady

Wiedziałam że jakoś w połowie kwietnia jest Dzień Czekolady. No i był. W miniony piątek...
Przegapiliśmy. Ale to przecież nie koniec świata, ani nawet nie koniec czekolady. Czekolada dobra jest w każdy dzień a Japończycy podobno twierdzą, że nie jest ważny konkretny dzień tylko jak się go świętuje. Idąc za tą mądrą opinią przekładaliśmy już nie takie święta :)
Bawiliśmy się w Sylwestra 4 stycznia, obchodziliśmy urodziny w dziwnych terminach, a nasi Przyjaciele przekładali nawet termin Bożego Narodzenia. Bo przecież ważni są ludzie i świętowanie a nie terminy. No dobra. Terminy też są ważne, ale nie zawsze i jednak ludzie są ważniejsi. Tak więc świętujemy Dzień Czekolady z pewnym poślizgiem, wspominając cudowną gorącą czekoladę i churros w Madrycie, i jedząc zwykłą dzisiaj. Polecamy

czwartek, 4 kwietnia 2019

Jak znaleźć szczęście?


Kilka dni temu oglądaliśmy film i była w nim scena, która bardzo nas poruszyła. Film nie do końca jest o tym, ale ta konkretna scena skupiona była na istnieniu równoległych światów. W jednym z nich jest bardzo trudno. Ogólnie mówiąc bohaterowie znajdują się w przededniu wojny. W drugim jest pokój, wolność i w ogóle fajnie. I człowiek, który przeszedł z tego drugiego, wolnego świata rozmawia z przyjacielem z pierwszego. Dowiadujemy się, że w tym "dobrym" świecie nie ma on nikogo bliskiego. Teraz, w złym i trudnym świecie jest szczęśliwy  bo w tym świecie historia potoczyła się inaczej i tutaj żyje jego rodzina.
Co jakiś czas docierają do nas artykuły, memy, zdjęcia i "Paolo Coehlo powiedział, że...", które opowiadają nam o tym, że to relacje, więzi jakie tworzymy z innymi stanowią o naszym poczuciu szczęścia i spełnienia.
Z jednej strony oczywiste. Pewnie, że tak.  
Ale z drugiej strony jak łatwo skupić się zupełnie na czym innym. Zapomnieć, że bliskość, przyjaźń a i prawdziwą miłość raczej się w ludzkim świecie zdobywa niż dostaje, a już na pewno nie można oczekiwać ich jako należnego mi prawa.*
Pracujemy w pocie czoła aby żyć wygodniej, aby przybywało cyferek na naszym koncie, poświęcamy te cyferki i długie godziny aby poznać siebie i poczuć się lepiej. Czasem naprawdę ostro harujemy aby zdobyć niezależność.
I nie potrafimy, nie chcemy przyznać, że dopiero w spotkaniu z drugim człowiekiem, w bliskości z Nim, okazuje się naprawdę ile warta jest nasza wolność, nasza niezależność i w ogóle całe nasze człowieczeństwo. Bo sednem jest raczej to ile potrafię poświęcić drugiemu niż to ile w ogóle mamy. Co mogę dać aby nadal być sobą, aby nadal cieszyć się życiem? Czy Ten Drugi jest moim przyjacielem w drodze czy zagrożeniem, kimś kto na tę moją samodzielność i poczucie komfortu ciągle czyha i kiedy tylko opuszczę gardę wydrze mi to bez litości?
Prof. Tadeusz Sławek w jednym z ostatnich artykułów napisał, że powinnam przyjąć, że mam obowiązki przede wszystkim nie wobec siebie, ale wobec innych** - co czuję, kiedy słyszę coś takiego? 
Jak to? Przecież to już dzieci w przedszkolu uczą się, że aby pokochać innych trzeba najpierw pokochać siebie. Najpierw mam obowiązki wobec siebie przecież. Tylko czy aby na pewno?
Czy przypadkiem nie jest tak, że dbając o swoje liczne poczucia (bezpieczeństwa, wartości, znaczenia, sensu i kilku innych) i zostawiając sprawy "bliźniego" na później, przeżywamy kolejne dni, miesiące i lata, i na koniec budzimy się wprawdzie doskonale znając siebie i świetnie wiedząc co zrobiliśmy źle, ale samotni znacznie bardziej niż przysłowiowy palec (kciuk), który wprawdzie jest niejako osobny, jednak w dłoni tkwi, i jakichś tam "kolegów"ma. 
To trudne rozgraniczenie - bo oczywistym jest, że człowiek stłamszony, który pojęcia nie ma o własnych motywacjach, własnej pozycji, wartości, będzie jedynie szukał tychże w relacjach z innymi. Będą oni dla niego ważni tylko o tyle, o ile będą mu coś dawać. Ale z drugiej strony wszechobecne szukanie siebie ma dziś niepokojąco wiele wspólnego ze skrajnym nawet egocentryzmem. 
"Kochaj bliźniego swego jak siebie samego" staje się niejednokrotnie usprawiedliwieniem do nie kochania bliźniego wcale. Zwłaszcza kiedy jest to bliźni, który głupio postępuje, czy jeszcze głupiej myśli. A to nie jest dobra droga. Łatwo w niej o postawę, w której w końcu nie zależy mi na dobru innych. Muszę się przecież zająć sobą. 
Źle się z czymś czuję, a ty mnie pytasz o brata?
"Czyż ja jestem stróżem brata mego?" zapytał Kain...
Otóż jestem. Moja odpowiedzialność, jakkolwiek potrzebująca solidnych podstaw, to odpowiedzialność przede wszystkim za innych. Warto się o nich troszczyć nawet własnym kosztem, bo kiedy ich zabraknie zostaje pustka. I choćby wszystko wokół było w najlepszym nawet porządku, będę marzyć o innym, świecie; takim w którym może nie jest doskonale, ale bliscy mi ludzie po prostu przy mnie są. A międzywymiarowe podróże póki co są niedostępne.





*To bardzo dziwna sprawa, bo trochę jednak można. I miłość i przyjaźń zawiera w sobie oczywiste i słuszne pragnienie wzajemności, tyle, że teraz nie o tym :)

wtorek, 19 marca 2019

Odpoczywamy

Po kilku dość zapracowanych tygodniach mamy trzy dni wolnego. Jedziemy na mini wakacje. Pink Floyd z głośników w aucie i jedziemy w góry. Śnieg już zszedł na tyle, że powinno dać się trochę połazić. Nie zabraliśmy żadnej książki, drutów, szydełka ani żadnej niedokończonej
pracy, choć niestety nie oznacza to, że żadnej takiej nią mamy ;). Oznacza to tylko i aż tyle, że najbliższe dwa i pół dnia jesteśmy dla siebie nawzajem.
Zawsze jest coś do zrobienia, zawsze coś trzeba dokończyć, coś przeczytać, zobaczyć i jest tak, że taki specjalny czas dla nas dwojga trzeba trochę wykradać z codzienności. Niekoniecznie jest to łatwe, ale przecież 30 lat temu kiedy gdzieś razem jechaliśmy żadne z nas nie wpadło by na pomysł zajmowania się czymkolwiek innym, bo "wiesz, tylko z Tobą całe dwa dni to trochę nudno" ..
O dobre i piękne rzeczy w życiu trzeba dbać. I robimy to między innymi w ten właśnie sposób :)

czwartek, 7 marca 2019

Bajka o Smutnej Królewnie i Księciu Wędrowcy


Była sobie Smutna Królewna. Oczywiście, wzorem wszystkich królewien, była zgrabna, wiotka, słodka i powabna. To w zasadzie twierdziła o sobie pewna Samochwała, ale czasem to na jedno wychodzi. Tak czy siak wielu młodzieńców ubiegało się o rękę Królewny. Stawali w szranki i tłukli się ku uciesze Smutnej Królewny, która, jak to królewna, za nic miała ich starania. Nadal była smutna. Mijały dni i miesiące, kolejni książęta odjeżdżali z kwitkiem a królewna... No w każdym razie serce jej nie drżało. Spoglądała na kolejnych pretendentów do swej ręki na różne sposoby podpatrzone w filmach Disneya i komediach romantycznych i... nic. Zaczynała się już niepokoić, gdy pewnego dnia, o poranku, na dziedziniec wjechał kolejny przystojniak. Książę Wędrowiec. Było w nim coś niezwykłego. Był Inny niż cały dotychczasowy tłum. Smutna Królewna nie była pewna co to takiego, serce jej biło w nieznany do tej pory sposób, w głowie niemal się kręciło, więc przyglądała się niezauważona z krużganków. Niezauważona? Akurat! Gość w pewnym momencie spojrzał w górę i jego wzrok napotkał oczy królewny.
BUM!!! Grom spadł z jasnego nieba i poraził oboje.
Smutna Królewna porzuciła swój smutek i zbiegła w dół zupełnie nie bacząc na swoją uroczość a książę stał jak wryty z nie bardzo mądrym wyrazem twarzy. Kiedy królewna znalazła się już na dole, otrzeźwiała nieco, przywitała się z księciem dość powściągliwie jak na zaistniałą sytuację, jednak zupełnie nie zwracając uwagi na panujące w królewskim domu zasady. Od razu pojawili się na dziedzińcu członkowie dworu i spotkanie zostało przerwane. Królewna wróciła do swoich komnat, ale nie zaznała już spokoju.
Bardzo szybko okazało się, że łączy ich niezwykła wręcz więź. Lubią te same filmy, tak samo patrzą na życie i choć książę nie szukał żony, tylko był tym jedynym chyba, który po protu przejeżdżał przez okolice, to jednak odnalazł w oczach królewny sens i cel swojego istnienia. A i królewna nie była już smutna. Książę stał się jej radością.
Zrezygnowano z pojedynków, bo przecież książę nie musiał niczego udowadniać. Starsi dworzanie, a nawet królewska para utyskiwali na upadek obyczajów, ale królewna ogłosiła, że wszelkie próby sprawdzania kandydata na męża są dla niego poniżające, a przez to uwłaczają i jej samej i to zamknęło usta wszystkim zwolennikom tradycji. Oboje młodzi zakochani po uszy i kierowani duchem miłości, oficjalnie zostali parą. Patrzeli sobie w oczy, wyznawali miłość kilkanaście razy dziennie i z chwili na chwilę byli bardziej pewni, że ich więź jest niezwykła. Nikt i nigdy nie znalazł przed nimi tak fascynującego uczucia. Książę przestał się spotykać z kolegami, księżniczka zaniedbała relacje z damami dworu. Liczyli się tylko oni. Trzymali się za ręce, oglądali te same filmy, chodzili na spacery, patrzyli w tym samym kierunku, ale i sobie w oczy. Sielanka.
Król z królową coś tam mówili o budowaniu związku, ale nie do końca wiadomo co, bo w najoczywistszy sposób nie rozumieli Miłości, która zapanowała w życiu królewny i księcia.
Minął rok. Para hucznie świętowała swoją rocznicę, jednak był to również dzień, w którym na ich niezwykłym związku powstała rysa. Królewna zaczęła rozmawiać ze starymi przyjaciółkami i zagadała się po prostu. Książę przez dłuższą chwilę stał z boku i przyglądał się rozmowie ukochanej, która śmiała się, cieszyła spotkaniem z dziewczynami a o nim... chyba już zapomniała.
Był żal, była złość, było rozczarowanie. Były wyrzuty, były łzy, były zapewnienia. Królewna nieco posmutniała, a książę przez chwilę pomyślał o wędrowaniu.
Życie toczyło się dalej.
A z nim coraz częstsze sytuacje, o których oboje nigdy dotąd nie pomyśleli. Królewna coraz częściej nie przypominała księciu tej uroczej osoby, której wzrok napotkał kiedyś, a i on w oczach królewny nie był już tym samym bohaterem. Oboje poczuli się w końcu oszukani.
Zmieniłeś się!
Chyba żartujesz? To ty się zmieniłaś!

A ponieważ to jest blog o tym, że "dobrze nam razem", Królewna poszła pogadać do starej, mądrej damy dworu, książę zaś pogadał z doświadczonymi w małżeństwie starszymi kolegami, ogarnęli się, pojechali na wakacje, wreszcie porządnie porozmawiali o swoich oczekiwaniach, opłakali swoją głupotę, wybaczyli sobie wzajemną nieidealność i... żyli długo i szczęśliwie.

czwartek, 28 lutego 2019

O pączkach i zdrowym rozsądku


Dziś Tłusty Czwartek. Jak to mamy w zwyczaju od kilku lat, uczciliśmy święto wizytą na basenie (po dość długiej przerwie okazało się, że kondycja jakby nie ta, ale pływać nadal potrafimy) i... pączkami. Były pyszne. Taki pączek zjedzony tuż po "zrobieniu" trzydziestu basenów był po prostu cudowny. Z różanym nadzieniem. No niebo w gębie po prostu. Na dodatek Najlepsza Synowa przyniosła nam kilka pączków Jej Własną Ręką Zrobionych. To dopiero były pączki!
Tak więc kilka zjedliśmy. I teraz czas na zdrowy rozsądek. Taki Tłusty Czwartek to świetna okazja aby go ćwiczyć. Bo, jak wiadomo, organy nieużywane zanikają i dotyczy chyba również organów "nieoczywistych", a wśród nich zdrowego rozsądku. 
Jak więc ćwiczyć nasz rozsądek aby służył  nam zdrowo,długo i wiernie? 
Nie należy nawet w taki dzień jak dziś zjadać góry pączków, aż do ....., bo to raz w roku jest. To naprawdę mało mądre podejście. Jednak podobnie mało mądre jest w ramach "zdrowego trybu życia" zjadanie w taki dzień bezglutenowych, beznabiałowych, beztłuszczowych i bezcukrowych pączków-bez-pączków i zmuszanie do tegoż członków rodziny i większości przyjaciół. I ta kłopotliwa sytuacja kiedy mężowi przy okazji wyciągania kluczyków do samochodu wypada z kieszeni paragon z cukierni - jednoznaczny dowód zbrodni. (Oczywiście, jeśli chorujesz na celiakię - raczej nie jedz pączków. Zjedz coś pysznego, co lubisz; w końcu piszemy dziś o zdrowym rozsądku).
W sumie bardzo proste - dla tych, którzy mają zdrowy rozsądek dobrze wyćwiczony odbywa się to w zasadzie całkowicie bezwysiłkowo, inni muszą trochę poćwiczyć.
Warto, bo zdrowy rozsądek bardzo się przydaje nie tylko w Tłusty Czwartek. W zasadzie jest niezbędny do prowadzenia fajnego życia. 
Na koniec kilka rad dla tych, którzy nieco dziś przeholowali z pączkami.
Jeden tradycyjny pączek to, w zależności od nadzienia, ilości lukru i sposobu smażenia 200 - 450 kalorii. Dla łatwiejszych obliczeń wybieramy 300. Taką ilość można spalić w następujące sposoby:
1. Zjadając 30 pączków, bo zjedzenie jednego pączka spala około 10 kalorii
      Ten sposób odrzucamy, bo to przecież wbrew... zdrowemu rozsądkowi :)
2. Czytając około 15 godzin
3. Śpiąc około 10 godzin
4. Pisząc SMSy przez 7,5 godziny
5. Godzinę szybko maszerując
6. Odkurzając 2,5 godziny
7. Pływając 40 minut - czyli my konkretnie mamy jeden pączek gratis :P

Jednym słowem - udanego Tłustego Czwartku 




czwartek, 14 lutego 2019

Walentynki - żyli długo i szczęśliwie 2

Podobno święty Walenty był duchownym i lekarzem. Żył w Cesarstwie rzymskim, a konkretnie w Terni, u stóp wodospadu Cascata delle Marmore widniejącego na poniższym zdjęciu, za panowania cesarza Klaudiusza II, który wtrącił go do więzienia za błogosławienie ślubów legionistów, którym wcześniej cesarz zabronił się żenić. W więzieniu zakochał się w niewidomej córce własnego strażnika, i dziewczyna z powodu jego modlitw odzyskała wzrok ( to był III wiek n.e, więc jako duchowny miła pełne prawo zakochać się a nawet ożenić). Zły cesarz się wściekł i zarządził egzekucję Walentego. Ten nie odwołał swoich uczuć i planów matrymonialnych, więc wyrok wykonano 14 lutego 269 r. Ale nieco wcześniej Walenty napisał listo do swojej ukochanej. Jak go podpisał?  "od Twojego Walentego" oczywiście. I tak się wszystko zaczęło. No może nie całkiem wszystko, ale podobno taka jest historia współczesnych walentynek.
Cascata della Marmore - w Terni, u stóp wodospadu mieszkał podobno dawno, dawno temu święty Walenty.
Historia historią, a szaleństwo trwa. Wszechobecne serduszka, słodkie kotki i pluszowe misie, zalewają internety, wszędzie kwiatki i czekoladki, sklepy sprzedają co tylko się da w walentynkowych promocjach (promocję mamy także my - Walentynkowa promocja :P), kina, restauracje i cukiernie przeżywają oblężenie, poczta przesyła kartki we wszystkie strony. Świat oszalał. A święty Walenty jest patronem tego szaleństwa. 
Święto zakochanych. Święto miłości. I dobrze, jakkolwiek wielkim fascynatem tego szaleństwa nie jestem, to lubię święta i świętowanie. Nie ma naprawdę nic złego w świętowaniu fajnych rzeczy, które spotykają nas w życiu. Ale myślę sobie, że takie walentynki to jednak trochę robią nam wodę z mózgu. Bo zakochanie nie ma z miłością aż tak wiele wspólnego jak się nam 14 lutego co roku zbiorowo wydaje. Nie świętujemy miłości a właśnie jedynie zakochanie. Powtarzam - nie ma w tym nić złego, ale...
Podobno "ale" w zdaniu wszystko psuje. No cóż, trudno. 
Krąży ostatnio na facebooku mem z podpisem "zakochać się może każdy - sztuką jest wytrwać w miłości całe życie". Co racja, to racja. Miłość jest sztuką. Podobnie jednak jak wszystkie inne dziedziny sztuki wymaga ćwiczenia. Cudownie jest iść na koncert wspaniałego skrzypka i patrzeć jak instrument poddaje się jego dłoniom, cudownie jest patrzeć jak spod czyjegoś pędzla wyłania się obraz. Ale tylko Ci, którzy są Artystami wiedzą ile godzin poświęcili na ćwiczenie, ile razy bolały ich te zdolne dłonie, ile razy doświadczyli poczucia beznadziei, niemożności. Tego nie widzi ten, kto przyszedł podziwiać Sztukę. 
Z miłością jest bardzo podobnie. Ci, którzy się prawdziwie kochają, często słyszą o szczęściu jakie ich spotkało, o tym jak cudownie być kochanym. Tak. To jest prawda. Cudownie jest być Artystą. Cudownie jest tworzyć swoje życie z Drugim, cudownie jest pokonywać trudności, problemy i cieszyć się wspólnymi zwycięstwami. Wspaniale jest siedzieć pod jednym wspólnym kocem z gorącymi kubkami i po prostu rozmawiać. Wspaniale jest starać się rozumieć i widzieć podobne staranie. Cudownie jest mieć siwe włosy i kolejne zmarszczki, które w niczym nie przeszkadzają, bo przecież piękno jest w oku patrzącego. 
Ale jest też piękno w burzy. W ścieraniu się dwóch osób; dwóch historii, dwóch charakterów, dwóch marzeń, dwóch pasji. Kiedy z Dwojga powstaje Jedność, takie burze są nieodzowne. Towarzyszy temu ból, towarzyszą temu łzy, czasem rozpacz. Ale miłość potrafi je przezwyciężyć. I cudownie jest tego doświadczać. 
Miłość to nie są pluszowe misie, serduszka i czekoladki, patrzenie sobie w oczka i wspólne seansy kinowe czy ciasteczka w cukierni w centrum handlowym. To są całkiem fajne rzeczy, jeśli ktoś je lubi, ale miłość jest czymś o wiele, wiele większym. I trwa o wiele dłużej niż walentynki.

Bo jak śmierć potężna jest miłość,
a zazdrość jej nieprzejednana jak Szeol.
Żar jej to żar ognia, płomień Pański.
Wody wielkie na zdołają ugasić miłości, i nie zatopią jej rzeki.


 

czwartek, 31 stycznia 2019

Kochać zupełnie obcego człowieka - żyli długo i szczęśliwie


- Tatusiu, Ty to masz dobrze! Ożeniłeś się z mamusią a ja... Ja będę musiał ożenić się z jakąś zupełnie obcą kobietą. To jest niesprawiedliwe!
Tak, albo bardzo podobnie, dawno, dawno temu synek naszych znajomych zaskoczył swoją przenikliwością i ubawił serdecznie rodziców i całkiem spore grono wujków i cioć.
Ale... jest coś na rzeczy. Zwykle nie myślimy o tym decydując się na małżeństwo, ani później, kiedy już oficjalnie mówimy sobie "tak", ale przecież właśnie tak z pewnego punktu widzenia to wygląda. Dwoje zupełnie sobie obcych ludzi, z różną historią, różnymi oczekiwaniami, różnymi wzorcami, różnymi... - właśnie! Tych "różnych" jest zwykle zasadniczo więcej niż podobnych - podejmuje decyzję i zaczyna budować swoje małżeństwo. W sumie niezależnie od tego jak długo młodzi znają się przed ślubem, czeka ich wszystkich kilka niespodzianek. I nie wszystkie są miłe.
Oj, no, przesada. Przecież się kochamy!
No i tutaj często jest właśnie część problemu. Kochamy się, zakochaliśmy się i świata nie widzimy poza ukochaną osobą. To ona jest najlepszym kimś, kogo w ogóle mogliśmy spotkać, jest najwspanialszym człowiekiem i niemal (to "niemal" dodajemy, żeby ktoś nie pomyślał, że całkiem rozum nam odebrało) doskonałością, chodzącym ideałem.
I dobrze. Bardzo dobrze!
To wspaniałe uczucie, takie bycie zakochanym. Człowiek nie tyle chodzi, co z lekkością unosi się nad przeszkodami. Jest jakiś lepszy, szlachetniejszy, piękniejszy...
Ktoś mnie pokochał!

Pytanie jak sprawić, żeby nasze "chcę być z Tobą zawsze", "zawsze będę Cię kochać" i podobne deklaracje naprawdę miały znaczenie a nie były jedynie bardziej lub mniej pobożnym życzeniem; marzeniem, o którym tak naprawdę trochę wątpimy, bo przecież wszyscy widzimy jakie jest życie.
Wydaje nam się, że choć wskazówek może być wiele, dwie są szczególnie istotne.
Pierwsza z nich to wziąć głęboki oddech i uświadomić sobie, że ukochana osoba jest człowiekiem. Aż, ale i tylko. Czy Cię zawiedzie? Na pewno. Czy rozczaruje? Wiele razy. Czy będzie przykra? Bez wątpienia. Czy będziesz ją kochać również wtedy?
Na dodatek jest naprawdę człowiekiem zupełnie obcym. A to oznacza, że czasem zupełnie niezrozumiałym. Będzie kierować się absurdalnymi dla Ciebie przekonaniami, zdradzi całkiem inne, obce oblicze w jakiejś sytuacji. "Nie poznaję Ciebie"! jest często okrzykiem takiego właśnie niemiłego zaskoczenia. Niekoniecznie oznacza, że Ukochany czy Ukochana jakoś bardzo się zmienił/a. Być może to kim jest było do tej pory niedostrzegane. Trzeba więc być przygotowanym na niekoniecznie miłe niespodzianki.
Teraz druga. Jeśli chodzi o naszą karierą zawodową, zdrowie czy rozwój osobisty - jakoś nie mamy wątpliwości, że sprawa jest w naszych własnych rękach. Pokonujemy przeciwności, pniemy się z mozołem oddając czas, energię i pieniądze aby zdobyć kolejny szczebel, wspiąć się wyżej, osiągnąć kolejny etap. To oczywiste.
Co byłoby gdybyśmy z równym samozaparciem oddali się budowaniu naszego małżeństwa?
No właśnie. Kiedyś każdy z nas pewnie usłyszał, że prawdziwa miłość przychodzi właśnie bez wysiłku, jeśli zaczyna kosztować, zaczyna być trudna to znaczy, że nie była prawdziwa.
Chciałabym znaleźć w życiu chociaż jedną wartościową rzecz, która przychodzi bez wysiłku. Wtedy może przestałabym się śmiać z powyższej "mądrości". U mnie jedyne, co nie kosztuje żadnej pracy, to bałagan w kuchni i kurz w całym mieszkaniu. Chociaż nawet ten bałagan muszę chyba skreślić z listy, bo nawet on zwykle jest skutkiem jakichś działań. Zostaje kurz.
Tym się różni zakochanie od prawdziwej miłości. Zakochać się można właśnie bez trudu. To się samo dzieje. Spotykamy się, jedno spojrzenie i... BUM!!!
Druga wersja jest taka, że znamy się wiele lat, panuje spokój, rozmawiamy albo nie, spotykamy się przy różnych okazjach, albo nie i...BUM!!!
Co z tym zrobimy to już nasza sprawa. Ktoś kiedyś zauważył, że jeśli tak się sprawy mają to nie warto się żenić (lub wychodzić za mąż).
Otóż warto. Jeszcze jak warto!
Naprawdę nie ma chyba na świecie większej satysfakcji niż życie wewnątrz spełnionego i wcąż spełniającego się marzenia - "zawsze będę Cię kochać".

Przypominamy o walentynkowej promocji książki
 "Istota małżeństwa" Timothy i Kathy Keller tutaj 

A na koniec stara, ale nadal niesamowicie sympatyczna piosenka :)

czwartek, 17 stycznia 2019

Istota małżeństwa - walentynkowa promocja



Jakiś czas temu natknęliśmy się na książkę Timothy i Kathy Keller'ów. Spodziewaliśmy się po prostu kolejnej, pewnie dobrej, książki na temat małżeństwa (a trochę ich przeczytaliśmy), a trafiliśmy na coś co zdecydowanie przerosło nasze oczekiwania. Państwo Keller piszą o małżeństwie z perspektywy własnego, blisko czterdziestoletniego doświadczenia i nie są jedynymi, którzy o małżeństwie piszą. Co zatem wyróżnia tę pozycję na tyle, że z zapałem polecamy ją ostatnio wszystkim znajomym?
Współczesna kultura ma do małżeństwa stosunek ambiwalentny, który wyraża się z jednej strony licznymi romantycznym filmami i obchodzonymi hucznie, i publicznie, ślubami wszelkiej maści celebrytów a z drugiej, równie licznymi zarzutami wobec tejże instytucji, która niszczy tożsamość jednostki, jest narzędziem ucisku kobiet i generalnie zabija prawdziwą miłość. Autorzy mierzą się z tematem bardzo rzetelnie i czasem bez litości przyznają, że takie małżeństwa o jakich często myślimy i w jakich czasem żyjemy, rzeczywiście niczym specjalnie zachęcającym nie są. A jednak nadal wszyscy, choć czasem po cichu, marzymy o porywającej, dozgonnej miłości...
Czy przysłowiowy "tylko papier", słowa tak, chcę i obrączka coś zmieniają? Jeśli tak, to co?
Istota małżeństwa to nie tylko tytuł książki, ona rzeczywiście bardzo uczciwie ukazuje, że nie ma prostej recepty na udany związek dwojga skądinąd różnych ludzi, jednak jest czymś o wiele lepszym od przepisu w stylu "101 kroków do...". Zabiera się właśnie za Istotę małżeństwa, a zrozumienie tej istoty - celu i przyczyny niezwykłej, małżeńskiej relacji może pociągnąć za sobą głębię o jakiej do tej pory nawet nie myśleliśmy.

Dzięki Wydawnictw Szaron, które jest polskim wydawcą książek Timothy Keller'a, mamy dla czytelników naszego bloga 30% zniżki.
Za niecały miesiąc Walentynki i z tej okazji mamy dla Was pomysł na walentynkowy, wieloetapowy prezent. Jaki?
1. Kupujesz ze zniżką książkę. Wstawiasz komentarz, że chcesz tutaj, albo na naszym facebookowym fanpage'u i wysyłamy Ci kod rabatowy. Używasz go przy zakupie na stronie Księgarnia Szaron,
2. Czytasz razem ze swoim współmałżonkiem, przyszłym współmałżonkiem albo sam/sama,
3. Cieszysz / cieszycie się świetnymi rozmowami i wnioskami z  lektury.





piątek, 11 stycznia 2019

U Przyjaciół


Z powodu kilku dni wolnego udało się nam odwiedzić przyjaciół. Przyjaźń - wiadomo, ważna sprawa i dobrze jest mieć kogoś, z kim po prostu jest dobrze. Nawet jeśli jest daleko i paskudna pogoda, warto się zebrać i pobyć razem. Przegadać kilka wieczorów, pójść na spacer, pośmiać się razem, poopowadac stare i nowe historie. Może nawet połączyć się z tymi co za morzem i pogadać i z nimi. 
Kiedyś słyszałam, może czytałam gdzieś, że przyjaźń się buduje a nie dostaje. Trochę się jednak dostaje moim zdaniem; przynajmniej na początku znajomości. To, że jest fajnie, że się rozumiemy, jest na początku jednak gratis. Mija czas, wydarzają się kolejne historie i zaczynamy myśleć o przyjaźni, zaczynamy być dla siebie ważni. Budujemy dalej to, co dostaliśmy. 
Inaczej się nie da, chociaż znamy się dobrze i miewamy odczucie "jakbyśmy się ostatni raz widzieli wczoraj". Tylko dzieci pojawiają się, rosną, uczą, żenią i wyprowadzają z domu:). 
Jedziemy autem z powrotem a ja sobie myślę jakim szczęściem jest mieć Przyjaciół. 


czwartek, 3 stycznia 2019

Trzeci dzień Nowego Roku

No i mamy 3 stycznia a zarazem trzeci dzień wciąż jeszcze Nowego Roku. Przeminęło Świąteczno-Sylwestrowe szaleństwo (które osobiście bardzo ostatnimi laty polubiłam) i życie powoli wraca w tory codzienności. Wielokrotnie przypominał mi się w ostatnich dniach, lub był mi przypominany, Sylwester 2000. Naprawdę całkiem niedawno spędzałam go z Przyjaciółmi i wszyscy się zastanawialiśmy jak to będzie z tymi komputerami. Hmmm... Dzieci, które się wtedy urodziły,  osiągnęły właśnie pełnoletność. Taka historia. Jak dla mnie to nie tyle toczy się kołem, co raczej pędzi coraz szybciej i momentami czuję, że gubię nogi usiłując za nią nadążyć. Mowa oczywiście o mojej własnej małej historii, ale szczerze mówiąc to ona właśnie obchodzi mnie najbardziej i na nią też mam największy wpływ. Co oczywiście nie oznacza, że ta duża Historia nie ma znaczenia. Ma, ogromne, ale nie o niej tu i teraz.
Wracając do przywołanego Nowego Roku 2000, to był on dla mnie dość przełomowym rokiem. Zanim nastał, w dzieciństwie i wczesnej młodości, moja wyobraźnia cierpiała na pewną przypadłość. Otóż nie była w stanie wybiec poza tę właśnie datę. I nie tyle chodzi o 1 stycznia, czy jakąś konkretną kartkę z kalendarza, co o pewne nagromadzenie dat szczególnych. Koniec stulecia, tysiąclecia i w ogóle a do tego ja miałam w tym właśnie roku skończyć 30 lat. Nawet po ślubie, czyli takim aż znowu dzieckiem już nie będąc, nie umiałam sobie wyobrazić co będzie dalej. W tym magicznym roku przypadała oczywiście również okrągła - nasza 10 rocznica. A dalej? Czarna dziura, koniec młodości, życia w ogóle? No nie chodzi o jakieś ponure wizje, nic z tych rzeczy. Nawet myślałam, że coś tam pewnie będzie, ale o ile potrafiłam wyobrazić sobie co będzie za rok, dwa czy pięć, o tyle "po trzydziestce" moja wyobraźnia nie dawała rady. No i wtedy właśnie rok ten nastąpił.
Pamiętam samotny spacer w nocy, rozmowę z Bogiem, z samą sobą, z otaczającym mnie śniegiem, wiatrem. Nie potrafię przywołać konkretnych myśli, raczej jedynie uczucia, które mi w tamtym spacerze towarzyszyły. Spokój, radość, znowu spokój, ciekawość, poczucie, że jestem w dobrym miejscu. Miałam wtedy nie takie już całkiem małe dzieci, męża, przyjaciół, jakieś plany. Pamiętam, napisałam potem jeden z pierwszych w życiu artykulików o tym, że dobrze jest mieć 30 lat. Człowiek nie jest już nastolatkiem, nie szarpie się, nie szuka w panice, zaczyna być dorosły, lepiej rozumie siebie, innych, może z większą lub mniejszą pasją iść w nieznane. Niestety tekst ten zaginął w trakcie licznych przeprowadzek, które nastąpiły potem, a o których przedtem nie miałam jeszcze zielonego pojęcia :)
Minęło 18 lat. Mogłabym się wtedy urodzić i właśnie świętować pełnoletniość.
Coś w tym jest.
Z perspektywy czasu, to, że nie umiałam sobie wyobrazić tego, co będzie się w moim życiu działo, było chyba znakiem jakiejś niezwykłej zdolności przewidywania. Bo dziś moje życie wygląda zupełnie inaczej niż wtedy i rzeczywiście nie można sobie tego było wyobrazić. Ani o tym zamarzyć.
W tym roku będę ostatni raz świętowała "4" z przodu. I chyba mniej to przeżywam niż tę trzydziestkę wówczas. Co ciekawe, pewnie, że jestem spokojniejsza, mądrzejsza, dojrzalsza niż byłam wtedy, ale różnica nie jest aż taka znowu wielka. Mam wrażenie że raczej weszłam wtedy na pewną konkretną drogę i po prostu nią idę. Jestem dalej, to oczywiste, ale na tej samej drodze.
Dzisiaj zapytano mnie o marzenia i plany na kolejny rok.
Okazuje się, że mam ich o wiele więcej niż miałam wtedy. Czuję się jakoś bogatsza w środku., pełniejsza.

Kiedy siedzimy latem na plaży i jest bardzo gorąco jest taki moment, w którym decydujemy się wejść do wody. I ta woda jest zimna. Ta chwila wchodzenia powoduje we mnie zawsze opór, wzdrygam się i mam gęsią skórkę na całym ciele. Wolę rozgrzany piasek i koc. Zimna woda już szczypie mnie w palce, ogarnia i w końcu się zanurzam. Pływam, ciało przyzwyczaja się do chłodu. Orzeźwienie. Dla mnie o jedno z absolutnie najcudowniejszych doświadczeń, po którym tym cudowniej jest wrócić na brzeg i znów się grzać.
O takim roku marzę i takiego Wam życzę.