piątek, 18 października 2019

Złoty Potok

Dziś będzie wycieczkowo. Nie wszyscy i nie zawsze mogą mieć wyprawy i wycieczki w różne niezwykłe miejsca i my właśnie takimi "niewszystkimi" jesteśmy. Nie udało się nam w tym roku zrealizować wrześniowych planów i pojechać w góry, ale ponieważ twierdzimy, że nie ma co się załamywać, nie załamujemy się i my, tym bardziej, że jesień jest w tym roku bajecznie kolorowa i słoneczna. Było już paskudnie a tu - niespodzianka. Prawdziwa złota, polska jesień jak z najlepszych obrazków. 
Ale do rzeczy. Zwykle nasze weekendy są najbardziej zajętymi dniami w tygodniu, staramy się więc od czasu do czasu wykroić jakiś dzień z kalendarza i mieć go na odpoczynek. Taki tylko dla nas. Ostatnio padło na środę. Przygotowaliśmy herbatkę w termosie, prowianty (dokładnie tak jak kiedyś Krzyś i Kubuś Puchatek, tylko jesteśmy już za starzy na odkrywanie Bieguna Północnego. Wiemy niestety, że jest już odkryty i że jest dość daleko. Poza tym jest tam okropnie zimno. Nasza wyprawa była więc mniej odkrywcza, ale jednak) i wyruszyliśmy.
Tym razem Jura i okolice Złotego Potoka. Dojechaliśmy na miejsce cudowną jesienną drogą. Wiał wiatr i jechaliśmy w deszczu złotych liści. Już było pięknie. A to jeszcze nawet nie był prawdziwy początek :)
Sam Złoty Potok, który wybraliśmy na początek i koniec naszej wycieczki to niewielka miejscowość o długiej historii. Mieszkał tutaj Zygmunt Krasiński (Irydion, Nie-boska komedia i makabryczne opowieści gotyckie - nie mamy pojęcia co napisał w Złotym Potoku, ale przy dworku jest niewielki staw Irydion, więc chociaż pomysł dramatu narodził się podobno w Petersburgu, jakiś związek można dostrzec); dziś w jego dworku mieści się muzeum regionalne. Tym razem je minęliśmy i czerwonym szlakiem, w zasadzie przy samym dworku skręciliśmy do lasu. Piękną starą drogą, wśród kolorowych jesiennych drzew Alei Klonowej szliśmy sobie spokojnym krokiem. Minęła nas grupa na koniach - wcześniej to my minęliśmy stajnie. Okazało się przy tym, że tempo "człowiek stępa" i "koń stępa" nie różni się od siebie aż tak bardzo. Konie popatrzyły na nas z podziwem, że umiemy chodzić na własnych nogach, a nie każemy się nosić innym, i kierowane przez jeźdźców zeszły w boczną dróżkę. My, podziwiając cudowne widoki i zbierając przy ścieżce grzyby, szliśmy sobie dalej. 
W Pabianicach (nie, nie doszliśmy pod Łódź, to jurajskie Pabianice) odbiliśmy na szlak niebieski i asfaltem (bez sensu jest prowadzenie szlaków asfaltem, brrrr...) doszliśmy do Siedlca. Już tu kiedyś byliśmy więc wiedzieliśmy o sklepiku na skrzyżowaniu i kolejny raz zrobiliśmy sobie tutaj przerwę. Można usiąść na ławeczce przy wiejskim sklepie, zjeść batonika, napić się czegoś i podsumować rzeczywistość, co też uczyniliśmy. Ze względu na niską procentowość naszych napoi, refleksje nie były ani głębokie, ani odkrywcze - nie ma o czym pisać. Dalej mijając schronisko młodzieżowe i agroturystykę można iść w stronę Pustyni Siedleckiej (fajne miejsce, malutkie, ale warto; byliśmy tu już wcześniej) i Jaskini na Dupce (to nie my ją tak nazwaliśmy), albo skręcić w lewo. My zrobiliśmy to drugie. Po chwili znaleźliśmy się w rozjechanym, lekko księżycowym  krajobrazie Kamieniołomu Warszawskiego. Kolejne maleńkie, ale ciekawe miejsce. Dalej zielonym szlakiem do Bramy Twardowskiego. Tak. Chodzi o tego Twardowskiego. Podobno jest to dokładnie to miejsce, z którego Mistrz wyskoczył na kogucie prosto na Księżyc. Czy to prawda? Hmmm... Miejsce w każdym razie jest wyjątkowo urocze, okno skalne jest uznane za jedno z ciekawszych miejsc Północnej Jury. Uznaliśmy, że słusznie i to tutaj spożyliśmy nasze Prowianty :). 
Dalej żółtym szlakiem minęliśmy wywierzyskowe źródła Elżbiety i Zygmunta (to imiona dzieci Zygmunta Krasińskiego), które rozpoczynają Szlak Zjawisk Krasowych w Dolinie Wiercicy. Wiercica jest rzeczką, która nazwę dostała chyba od swojego charakteru - wije się, pojawia i znika - wierci się jak rzadko która rzeczka. Podobno to charakterystyczne dla krasów. Poszliśmy przez Rezerwat Parkowy do Zielonego Stawu, którego inna, bardziej romantyczna nazwa to Sen Nocy Letniej. Stawek rzeczywiście przeuroczy, opodal Źródło Spełnionych Marzeń - kolejne wywierzysko dające początek rzeczce Młynówka; o nim właśnie mówi legenda:
"W sercu źródła prośbę zamień
na zielony, szklisty kamień.
Kiedy rzucisz go za siebie,
spełni prośba się dla Ciebie". Ciekawostką jest to, że chodzi tu (zielony kamień) o żużel powstający przy pobliskim wytopie żelaza. I romantyzm prysł. 
Nie próbowaliśmy, więc nie wiemy czy legenda - wierszyk jest prawdziwa, wiemy natomiast, że mieszka w tym źródełku dziwny stworek - kiełż zdrojowy, który jest reliktem przeszłości i kuzynem krewetki. Da się go wypatrzyć, choć jest bardzo mały. Kawałek dalej jest przedziwny, niczemu nie służący amfiteatr w środku lasu, Grota Niedźwiedzia (znaleziono tutaj szczątki mamutów, nosorożca włochatego, i oczywiście niedźwiedzia; wygląda na to, że dawno, dawno temu było to miejsce schronienia myśliwych). Jaskinię można zwiedzać samemu, ale trzeba mieć latarkę a my nie mieliśmy. Szliśmy jeszcze kawałek wzdłuż jednych z najstarszych w Europie stawów hodowli pstrąga i doszliśmy do Złotego Potoku. I to był koniec naszej super wycieczki. Polecamy.
Aleja Klonowa w Złotym Potoku



Sklepik z ławeczką w Siedlcu :) 

Kamieniołom Warszawski

Staw Zielony - Sen Nocy Letniej

Źrodelko Spełnionych Marzeń







piątek, 11 października 2019

O czym przypominają nam kasztany

32 lata temu zbieraliśmy razem kasztany. Długo by pisać, ale od tych właśnie kasztanów zaczęło się nasze wspólne życie. Swoją drogą to bardzo ciekawe ile ton kasztanów już razem nazbieraliśmy. I co się z nimi stało???
Zauważyliście, że co roku wielu z nas zbiera kasztany, a one potem gdzieś znikają :)
W każdym razie niecałe trzy lata po tych pierwszych wspólnych kasztanach wzięliśmy ślub i kawał czasu już minął. Minęło też wiele różnych innych spraw, w tym dwudziestopięcioletnia przygoda pod tytułem "Nasze dzieci". To znaczy dzieci nadal mamy, nawet jedno więcej (pozdrawiamy naszą Synową), ale dynamika tej przygody bardzo się zmieniła. To prawda, że dzieci wychowujemy dla świata, a nie dla siebie. Nasze są już o wiele bardziej w świecie niż z nami. Taka kolej rzeczy.
A my... świętujemy drugą młodość :) I szczerze mówiąc nie wiem czy to jeszcze resztki tej pierwszej młodości, czy rzeczywiście już druga, ale na pewno nie czuję się staro.
Kolejny raz zauważamy, rozmawiamy i piszemy o tym, że warto.
Warto znaleźć kogoś z kim idzie się przez życie, uczy, rozwija, potyka i wstaje, i idzie dalej. Ktoś, kto czasem i podłoży nogę, ale przecież niechcący, i przecież pomaga wstać.
Warto razem podróżować, zwiedzać nowe miejsca i odwiedzać stare, ale warto i siedzieć w domu, zżymać się na pogodę, brak kasy i urlopu, choroby i w ogóle wszystkie przeszkody. Abo chodzić na spacery w okolicy.
Warto siedzieć w domu i troszczyć się o tego, kto akurat jest chory i nie może się z domu ruszyć, warto czasem zrezygnować ze swoich planów i po prostu być razem.
Warto pić wspólne herbatki i kawki, jeść ciasteczka, obiady, śniadania i kolacje, przynajmniej te, na które czas uda się wydrzeć reszcie świata i obowiązkom. Warto siedzieć w kuchni, przygotowywać te wszystkie rzeczy a potem po nich sprzątać i przygotowywać kolejne.
Warto kłócić się do żywego o ważne sprawy i warto odpuszczać w nieważnych. Warto pamiętać, że przegrywamy i wygrywamy tylko razem.
Warto przebaczać, nie chować urazy, i warto czasem wyjść na durnia.
Warto razem śmiać się do łez, wygłupiać się jak dzieci, i warto razem płakać, trwać w rozpaczy i z niej wychodzić.
Warto przyjmować przebaczenie i pomoc, warto przyznać, że zależymy od siebie nawzajem. Warto przyznać, że nie wszystko jest na mojej głowie.
Warto chodzić za rękę, przytulać się, siedzieć razem na kanapie i oglądać filmy, dyskutować o decyzjach bohaterów i denerwować się, że koniec odcinka jest w najciekawszym momencie.
Wszystko to warto.
Wtedy człowiek patrzy na kasztany i myśli sobie o tym jak dobrze było je zbierać razem w październiku trzydzieści dwa lata temu. I lubi jesień, bo ona niesie ze sobą dobre wspomnienia.

czwartek, 19 września 2019

Źle to robisz!

Robię sobie obiad. Dziś tylko sobie, bo jestem w domu sama. Kolejny raz z dość dużą dozą pewności sięgam do szafki po talerz i... kolejny raz okazuje się, że tam, gdzie się go spodziewałam są zupełnie inne talerze niż te, które chcę. No szaleństwo! Przecież tak się nie ustawia talerzy! Kto tak w ogóle robi?! Hmm... No mój Mąż tak robi. Chociaż po 29 latach pod jednym dachem powinien już wiedzieć jak jest dobrze, a jak źle.
No i doszliśmy do sedna sprawy. Ja robię dobrze, a ty robisz źle. Kropka.
Okazuje się, że w niemal każdym związku bywają takie problemy. Nie startujemy razem jako dwie czyste, białe kartki papieru. Mamy swoje osobne historie, nadzieje i... przyzwyczajenia. I o ile nad historiami, doświadczeniami i nadziejami zwykle pracujemy, bo wiadomo przecież, że są ważne, o tyle te zwykłe, codzienne drobnostki zostawiamy własnemu biegowi. Jakoś się ułoży. I jakoś się układa. Tylko czasem, a nawet zwykle, te codzienne sprawy - sposób układania T-shirtów, wieszanie ściereczek (na płasko czy za uszko?), używanie konkretnych noży do konkretnych rzeczy, ścielenie łóżka i tryliard tego rodzaju spraw, potrafią wyprowadzać nas z równowagi, wkurzać, smucić, rozczarowywać i ograbiać z wdzięczności (bo co z tego, że coś dla mnie zrobił/a, jak przecież źle i teraz MUSZĘ poprawiać; wiesz, ty się lepiej za to nawet nie bierz! Foch!).
Kiedy rozmawiamy o tym śmiejąc się w gronie przyjaciół, bywa nawet zabawnie, ale w życiu...
Ileż to razy nasze najgorsze kłótnie tak niewinnie się zaczynają.
Bardzo trudno jest przyznać, że inaczej niekoniecznie jest gorzej. Nadajemy zwykłej różnicy znaczenie, którego mieć nie powinna. Oczywiście, są sprawy które są zwykłe, codzienne i ważne jak mycie rąk, czy zębów. Ale całe mnóstwo takich spraw naprawdę nie ma tak wielkiego znaczenia jakie skłonni jesteśmy im przypisywać. I nie powinny nas aż tak niszczyć.
Tak sie robi! Tak jest dobrze! Zawsze tak się robiło! Nikt normalny nie robi tego w ten sposób! - Znacie to?

Dwa wyzwania na dziś.
Pierwsze: zastanawiamy się czy to, że najbliższy mi człowiek zupełnie źle wiesza pranie, stawia szklanki czy robi jakieś jeszcze inne rzeczy zupełnie źle (tzn. nie tak jak ja) rzeczywiście jest warte mojej złości. Czy może możemy wypracować jakiś wspólny sposób albo nawet zostać przy tym, że robimy coś inaczej?
Drugie - chcemy stworzyć listę takich codziennych drobiazgów, które choć wyglądają niegroźnie, a czasem nawet zabawnie, potrafią obudzić w nas kogoś, kim wcale nie chcemy być.

Oto lista, która udało się nam zrobić do tej pory:

  • Naleśniki muszą być cienkie / grube
  • Pancake to nie naleśnik (jak nie, jak tak) 
  • Talerze głębokie zawsze należy ustawiać na płaskich (lub na odwrót) 
  • Masło w kostce należy trzymać w lodówce i wyciągać tylko jak jest potrzebne i kroić z boków (lub trzymać mniejsze kawałki w maselniczce w kuchni i nabierać miękkie "skrobiąc" od góry) 
  • Naczynia myjemy zawsze twardszą stroną gąbki (ależ nigdy! Ona jest tylko do garnków!) 
  • Gąbką do naczyń można myć również blaty w kuchni (to nie do pomyślenia,do blatów jest osobna ściereczka lub gąbka) 
  • Koszule i w ogóle ubrania prasujemy i wkładamy do szafy (wkładamy do szafy nie prasowane bo przecież i tak trzeba potem poprawiać) 
  • Krochmalimy pościel (Nie!) 
  • Ścierki kuchenne można nazywać ręcznikami (nie można! ścierki i ściereczki są w kuchni a ręczniki w łazience)
  • warzywa należy obierać nad koszem na śmieci (to okropny pomysł, należy obierać nad miską a potem wyrzucić obierki i umyć miskę)





czwartek, 5 września 2019

Na bocznym torze


Właśnie minął drugi tydzień mojego nic-nie-robienia. Miałam ogromną nadzieję, że o tej porze będę już na chodzie, ale wygląda na to, że lekcja cierpliwości potrwa dłużej. Może nawet znacznie dłużej. 
Leżę sobie, ewentualnie dostojnym krokiem (to urocze określenie sposobu w jaki obecnie się poruszam zawdzięczam Przyjaciółce, która mnie odwiedziła - dzięki Zuzia) przechodzę do wybranych pomieszczeń w domu, od kilku dni mogę też siedzieć wsparta poduszkami. Mam duuużo czasu na przemyślenia. Okazuje się na przykład, że nie jestem aż tak potrzebna innym jak czasem sobie myślę i jak czasem bym chciała. Świat kręci się w zasadzie nie zauważając nawet mojej nieobecności w wielu miejscach, w których przecież być muszę. To czego przez ten czas nie zrobiłam, zrobili inni i to całkiem dobrze, choć pewnie ja zrobiłabym inaczej, lub zostało uznane za niezbyt ważne i nadal zrobione nie jest. Może nawet nigdy nie będzie. I co? Otóż zupełnie nic.
Okazało się też z drugiej strony, że jestem ważna i potrzebna niektórym nawet właśnie teraz. Kiedy kompletnie nic nie robię, kiedy aby napić się ze mną herbaty, trzeba ją sobie samemu przynieść. Albo w ogóle zrobić. I są tacy, którym chce się poświęcić swój czas bo lubią ze mną być. Po prostu. 
I takie wnioski trochę przestawiają życie, priorytety, w końcu organizację czasu. 
Do tego Szanowny Małżonek. Już trzeci tydzień chodzi na wszystkie zakupy, zawozi do lekarza, podaje herbatki, kocyki, słucha o włóczce i nowych pomysłach na robótki, puszcza muzykę, którą lubię, gotuje obiadki, no w ogóle robi sam to wszystko, co normalnie robimy we dwójkę. 
Jak wiadomo, małżeństwo to nie jest usłane płatkami pachnących róż życie w krainie jednorożców, jedzenie samych żelków i rzyganie tęczą z nadmiaru słodyczy. No nie jest. Ale bardzo wyraźnie widzę, że ktoś tutaj bardzo mnie kocha i to nawet w takiej "zepsutej" wersji. 
No i aż czuję się troszkę lepiej i snuję plany na kolejne wspólne wyprawy, spacerki, zdobywanie gór i wspólną pracę. Póki co, ćwiczę cierpliwość. :)
I tak sobie myślę, że to właśnie jest prawdziwa miłość. Niekoniecznie taka z komedii romantycznej, bo naprawdę w życiu bywa bardzo mało śmiesznie i jeszcze mniej romantycznie, ale taka właśnie prawdziwa. Zwykła i codzienna, chodząca do sklepu, przypalająca obiad, czasem zmęczona.
Kiedy zaczynamy wspólne życie łatwo dać się nabrać na "i odtąd żyli długo i szczęśliwie", na panujące wokół przekonanie, że miłość to ciągłe zauroczenie i pławienie się w niegasnącym poczuciu szczęścia - tymczasem zdarza się, że naprawdę nie mamy nic do dania. Albo ten drugi nie ma. Wtedy, czasem dopiero wtedy, prawdziwa miłość ma szansę się nam pokazać i możemy pomagać sobie nawzajem, trwać przy sobie, budować coś razem i... to dopiero jest przygoda! 

poniedziałek, 26 sierpnia 2019

A miało być tak pięknie...

Szczęśliwie wróciliśmy z wszystkich wykładów i obozów, zrobiłam prawie całe pranie, pochowałam większość rzeczy, zabrałam się za kalendarz na jesień, przygotowania i... dokładnie w momencie, w którym poczułam, że zaczynam ogarniać i że jest dobrze, dopadł mnie wściekły ból. Uznano, że to zapalenie korzonków i zalecono leżenie. Bez zaleceń też leżenie, bo okazuje się, że te wszystkie historie o "korzonkach" są ze wszech miar prawdziwe. Rzeczywiście niemal nie można wstać z łóżka. Kolejnego dnia, po dawce leków przeciwbólowych było troszkę lepiej. Wtedy okazało się, że ibuprom max jednak nie jest dla każdego. Żadne tam przedawkowanie. 2x jedna kapsułka jednego dnia i 1x1 kolejnego. Skończyło się kilkoma kroplówkami i paroma godzinami w szpitalu. Ale po wycieczce do szpitala trochę się te "korzonki" rozruszaly i dopiero wtedy się dowiedziałam co to jest ból.
A miało być tak pięknie. Kilka dni odpoczynku i pracy w domu, urodzinowa impreza przyjaciela, a potem tydzień w górach na zakończenie wakacji z zaprzyjaźnioną rodzinką. Potem jesień pełna pracy.
A jest leżenie plackiem...

Co ciekawe, ostatnio zaczęłam przygotowywać kilka wykładów, może postów o emocjach. I od razu zajęcia praktyczne. No bo przecież mam chyba prawo się w tej sytuacji wściec, nie?
Prawo może i mam, ale szkoda życia. Na dodatek złość nie pomaga w leczeniu, no i szkodzi piękności jak wiadomo.
Trzymam więc jak potrafię nerwy na wodzy, dziękuję Bogu, że nie złapało mnie na obozie - lumbago w namiocie to by dopiero było wyzwanie 😁.
Plusem całej historii jest to, że z pewnością sobie odpocznę. No serio NIC nie mogę teraz robić. Pisanie tego co teraz piszę na leżąco i na komórce jest szczytem moich możliwości na teraz i już czuję się zmęczona... Inna rzecz, że trzeba pilnować głowy żeby nie poszła w poczucie winy, że tak sobie beztrosko odpoczywam a robota leży i czeka. I inni muszą dookoła mnie wszystko robić.
"podaj mi proszę herbatę"
"czy możesz podnieść chusteczkę bo mi spadła"
"zrobisz mi kanapkę?"
"jak możesz, to kup po drodze banany, bo mam smaka"
Jakoś często o wiele łatwiej ogarniać i pomagać niż być ogarnianym i o pomoc prosić...
No cóż; podobno człowiek uczy się całe życie. No to kolejna lekcja.

Swoją drogą kolejny raz mam okazję być wdzięczna za Kogoś, kto to wszystko wokół mnie może poogarniać i robi to na dodatek z uśmiechem na twarzy.
Mam się nic nie martwić bo przecież kolejny raz damy radę 🙂

środa, 21 sierpnia 2019

Najpiękniejsze miejsce na świecie


Wakacje powoli dobiegają końca. Kwitnie nawłoć i każdy kolejny spacer przypomina, że lato powoli się kończy. Ostatnimi czasy udawało się nam dopiero w tym mniej więcej okresie przygotowywać się do wakacyjnego wyjazdu. Lato trwało dłużej. Nie tym razem. Czeka nas jeszcze kilka fajnych chwil i bardzo o to dbamy, ale wakacyjny wyjazd jest już w tym roku za nami. Piękne miejsca, cudowne spotkania, nowi ludzie. Z niektórymi być może nasz los zwiąże się na długo, innych spotkaliśmy tylko na chwilę. Ale i taka chwila bywa znacząca.
Jedno z takich spotkań odbyło się w szczególnych okolicznościach. Otóż okoliczności zaistniały w Wenecji. Dalej nie było już aż tak romantycznie, bo zamiast gondoli było vaporetto, czyli tramwaj. Oczywiście w Wenecji jest to pływający tramwaj ale bardzo romantyczny i tak nie jest :)
Zakupiliśmy całodniowy bilet i wybraliśmy się na całodzienne zwiedzanie okolicy. Absolutnie pięknie. Wenecja zachwyciła nas już trzy lata temu, a w tym roku pokazała nam nowe miejsca i zachęciła aby jeszcze tu wrócić. Ale dziś nie o Wenecji (może innym razem), tylko o rozmowie, w której dane nam było uczestniczyć. W weneckim tramwaju, przy otoczonej barierką burcie, spotkaliśmy starsze małżeństwo i mamę z synkiem. Droga trochę trwała, więc dowiedzieliśmy się kilku rzeczy o naszych współpasażerach. Oni o nas zresztą też. Wszyscy byliśmy turystami. Starsze małżeństwo wróciło do Wenecji pięćdziesiąt lat po swojej podróży poślubnej. Wtedy też byli właśnie tutaj. Żartowali, że zmienili się w tym czasie bardziej niż Wenecja  i zastanawiali się czy miasto ich poznaje. Podróż była prezentem od dzieci i wnuków. Byli w wielu miejscach na świecie, ale teraz chcieli być właśnie tu.
Chłopiec, może dziesięcioletni, opowiadał o swoim domu, o koledze z którym spędza zwykle czas, o szkole, i o psie.
Rozmowa zeszła na turystyczne tematy - co widzieliśmy we Włoszech, co polecamy sobie nawzajem do zwiedzenia, gdzie trzeba koniecznie pojechać, a co można sobie odpuścić.
Chłopca rozmowa zaczęła trochę nudzić. W pewnym momencie zapytał starszą Panią:
- A gdzie się Pani najbardziej podobało. Ale tak całkiem. Jakie miejsce jest najpiękniejsze na świecie?
Starsza pani uśmiechnęła się i spojrzała na męża. Powiedziała, że jest wiele pięknych miejsc na świecie i wiele bardzo się jej podobało, ale najlepsze były te, w których była ze swoim mężem. I własnie te miejsca najlepiej wspomina, bo kiedy gdzieś była sama, to też było bardzo pięknie, ale najpiękniejsze są jednak te miejsca, gdzie jest miłość. Tam, gdzie jest to, co kochamy - tam jest najpiękniej.
Mąż przytulił ją delikatnie, kilka osób stojących blisko potwierdzało.
Tak, rzeczywiście, najpiękniej jest tam, gdzie ktoś nas kocha. Fajnie jest czasem być samemu, zobaczyć coś, przeżyć, wejść na jakiś szczyt czy do katedry, ale jednak kiedy jesteśmy z kimś kogo kochamy, piękno jakoś się dopełnia.

Byliśmy w wielu miejscach. I w tym roku i w poprzednich latach, i potwierdzamy - najpiękniej jest w tych miejscach, gdzie udało się nam być razem.

PS.
- A Tobie gdzie się najbardziej na świecie podobało? zapytała chłopca po chwili starsza pani.
- Tutaj! - odpowiedział z entuzjazmem - bo ja proszę Pani, kocham pizzę! A tutaj jest najlepsza! I już jadłem trzy razy!



piątek, 19 lipca 2019

Slot Art Festival - kilka dni po...

Powoli wracamy do rzeczywistości po Slot Art Festivalu, na którym oprócz spotykania mnóstwa starych znajomych, budowania nowych przyjaźni, chodzenia na koncerty i w ogóle dobrej zabawy, prowadziliśmy wykłady w Strefie Myśli. Na wykłady chodziło koło setki osób, było super fajnie i bardzo uczestnikom (i organizatorom oczywiście też) dziękujemy. 
"Wszyscy marzymy o spełnionej więzi z drugim człowiekiem - jak ją zbudować"? było tematem przewodnim czteroczęściowego cyklu i o tym właśnie rozmawialiśmy. 
No właśnie wszyscy marzymy, a jednak nie wszyscy spełnienie tego marzenia możemy w swoim życiu oglądać. Odpowiedź na pytanie dlaczego? prosta nie jest. I nawet nie spróbuję podjąć się odpowiadania na nie. Ale można spróbować rozmawiać o tym, co można zrobić, by to marzenie stało się rzeczywistością. Pierwsza sprawa to przyznanie, że jest raczej mało możliwe abyśmy pławili się bez przerwy we wszechogarniającym poczuciu szczęścia, harmonii i satysfakcji. Głupia sprawa, ale póki co, żyjemy na tym świecie. A ten świat doskonały nie jest. I znowu można dyskutować nad tym dlaczego, albo skupić się na tym, jak uczynić trochę lepszym swoje własne podwórko. Niekoniecznie za wszelką cenę trzeba zrobić absolutnie wszystko, co tylko jest możliwe. To mrzonka. Czasem zapomnimy, czasem będziemy zbyt zmęczeni, czasem po prostu się nam nie będzie chciało albo mogło, czasem pobłądzimy i zrobimy coś na przekór, czasem jeszcze coś tam.
Podobnie nie chodzi wcale o to, aby nasze podwórko było cudowną, laboratoryjną, najlepszą wersją naszego podwórka. Życie takie nie jest. Naprawdę chodzi o to, by ten swój kawałek świata, relacje z najbliższymi ludźmi uczynić trochę lepszymi. Mogę czasem zrobić coś na co nie mam ochoty, ale Ty bardzo byś chciał, mogę zrezygnować z czegoś innego, mogę coś powiedzieć albo właśnie akurat nie powiedzieć nic. Ze względu na Ciebie. Nie dlatego, że nie potrafię, nie dlatego, że się boję, nie dlatego, że nawet nie umiem sobie wyobrazić inaczej, ale dlatego, że ja tak chcę. Chcę być dla Ciebie. Oddaję kawałek swojej wolności ze względu na miłość. To kosztuje, czasem bardzo dużo, ale tylko tak można zbudować miłość. 
A to ona jedynie daje nam prawdziwe szczęście. 
Dość często można zobaczyć przeróżne memy sprowadzające się do tego, że to bliskie relacje, miłość są tym, co jedynie uszczęśliwia nas prawdziwie. Pieniądze, władza, sukces, podróże, kariera, sława, a nawet więcej tego wszystkiego są fajne, ale nie mogą być sensem naszego życia. Są na to za małe. Dopiero drugi człowiek i jego bliskość powodują, że czujemy, że nasze życie ma sens. Ktoś się z niego cieszy :).
Podobno miłość to jedyna rzecz, która się mnoży kiedy się ją dzieli. Pięknie brzmi, nadawałoby się tak białymi literami na czarnym tle z podpisem "Paulo Coelho", albo "Matka Teresa", a tak naprawdę powiedział to Albert Schweitzer, dość ciekawa skądinąd postać. Ale wracając do meritum - oprócz pięknego brzmienia, myśl ta niesie z sobą również głębsze przesłanie. Jeśli szukam szczęścia, pragnę go i do niego dążę, to jest bardzo wielkie, graniczące z pewnością ryzyko, że nigdy go nie osiągnę. Jeśli natomiast sobie odpuszczę, ryzykując (później zwykle okazuje się, że to raczej pozorne ryzyko), że coś stracę, zrobię coś dla Ciebie a nie dla siebie - jest lepiej, piękniej. I w zasadzie wszyscy gdzieś pod skórą to czujemy. Dla tych, którzy bardziej niż sercu są skłonni ufać szkiełku i oku jest prowadzone od ponad 70 lat badanie Harvard Grant, podczas którego zmieniały się czasy, okoliczności życia badanych i kolejni naukowcy a nie zmieniały się wnioski - zawsze okazywało się, że najwięcej szczęścia i satysfakcji w życiu czerpiemy z bliskich relacji.
I aby te dobre, głębokie i bliskie, spełnione i satysfakcjonujące, czyli właśnie szczęśliwe relacje nie pozostały uwięzione w sferze naszych marzeń, warto wziąć sprawy w swoje ręce. Nie przestając marzyć, udać się razem w tę drogę.
Tak, ona bywa drogą pod górkę, nawet zwykle taka właśnie jest, ale aby dojść na szczyt, odczuć satysfakcję i zachwyt, napawać się cudownymi widokami, inaczej się nie da.
Jest przygoda :)







czwartek, 20 czerwca 2019

100 lat! czyli nasze setne, wspólne urodziny


Znajdź różnice na powyższych zdjęciach. Kilka jest. Torcik na dole jest śliczny i różowy a ten górny trochę krzywy (dobra, bardzo krzywy, ale w ten upał i tak dobrze się trzymał), słodki, ale nie za bardzo, własnoręcznie zrobiony i ... zjedzony z przyjaciółmi z okazji naszych 100 lat. I trochę o tym dzisiaj. Wczoraj jak wiadomo skończyliśmy razem 100 lat. Zauważyła ten fakt jakiś czas temu nasza Nieoceniona Synowa - "O rany, to macie w tym roku razem 100 lat! Ale numer! " - tak to jest, jak się studiuje matematykę.
Jak już się okazało, policzyliśmy dokładnie i tak. To było wczoraj. Taka okazja nie może się przecież zmarnować! Zaprosiliśmy więc najbliższych (też w sensie geograficznym) przyjaciół i zrobiliśmy imprezę. Była bardzo udana i jesteśmy naprawdę wdzięczni Im wszystkim. Przyjaźń jest wspaniała.
Są w niej różne chwile, ale są i takie jak wczorajszy wieczór, kiedy świętowaliśmy razem fajną, choć nieoczywistą rocznicę.
Taka rocznica może i nie jest oczywista, ale w oczywisty sposób zachęca do refleksji nad przemijaniem i wspólnym życiem. Jeśli pozostać przy dodawaniu lat, to spędziliśmy razem już 64, z czego 58 jako małżeństwo, a to już poważne wyniki :)
I tak sobie myśleliśmy, że jedną z najlepszych rzeczy, które towarzyszą wiekowi już nie najmłodszemu jest "posiadanie" perspektywy lat. takiej perspektywy "do tyłu". Możemy z tej właśnie perspektywy zobaczyć, że to, co było trudne, wydawało się wręcz niemożliwe, jednak się wydarzało.
Możemy przypominać sobie wspaniałe, cudowne chwile, które zapierały cech w piersiach i sprawiały, że na nowo się w sobie zakochiwaliśmy i te gorsze, te, przez które to ponowne zakochiwanie w ogóle było potrzebne, bo coś gdzieś nam umknęło, coś zaniedbaliśmy, o czymś przestaliśmy pamiętać. A bywało i tak, że zastanawialiśmy się jak my w ogóle przetrwamy. I okazuje się, że dajemy radę. Że dopiero ze szczytu (tak, to szczyt pośredni, długa droga jeszcze przed nami), widać dlaczego musieliśmy iść drogą, która prowadziła nas przez ciemne doliny. Nie zawsze bywało różowo. A i kiedy było, rzadko wyglądało jak na obrazku. Chyba że tym górnym. Pozostaje jeszcze sprawa tego, kto robi zdjęcie i na co zwraca uwagę.
Podobnie jak na powyższym obrazku i tortach, w całym życiu łatwo jest dać się nabrać. Chyba zwłaszcza w dzisiejszym świecie. Jest przecież bardzo prawdopodobne, że pobrany za free, stockowy obrazek przedstawia tort zrobiony z gipsu i pomalowany jakimś chińskim lakierem, który bynajmniej nie służy do jedzenia. Ten u góry wygląda zdecydowanie mniej... no pod każdym względem mniej. :)
Może i nie ma czym się chwalić na Fb czy innych społecznościowych stronach. A jednak był (bo już go nie ma) PRAWDZIWY i pyszny. I porównując tego rodzaju obrazki widać dość wyraźnie, że to jak chcemy by było i to co często pokazujemy na zewnątrz, czasem mocno się różni od tego, jak się sprawy mają.
Żyjemy w świecie, w którym doskonałość (czasem prawdziwa, częściej nie) dosłownie nas atakuje. Wczoraj na przykład dominowały w wirtualnym świecie świadectwa z czerwonym paskiem, achy i ochy oraz wpisy typu "nie miałam nigdy świadectwa z czerwonym paskiem, ale za to teraz jestem najlepsza" - a ja ani nigdy nie miałam takiego świadectwa, ani i teraz nie jestem najlepsza. I co?
I jak wygląda mój urodzinowy torcik na (teraz dopiero na zdjęciu widzę) nieco przygniecionym obrusiku w kwiatki?
No więc z okazji naszych 100 wspólnych wspaniałych lat chciałam napisać żebyśmy nie dali się zwariować. Pamiętacie bajkę o Małym Księciu? "Dobrze widzi się tylko sercem. Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu" - to jest prawda i w dzisiejszym ciągle-patrzącym-i-porównującym świecie.


środa, 12 czerwca 2019

Powrót z wakacji

No i wróciliśmy. Jeszcze nie wszystko rozpakowane, dwa razy "poszła pralka", pierwsze zakupy do pustej lodówki zrobione, kwiatki podlewane przez dzieci pod naszą nieobecność przeżyły z niewielkimi jedynie stratami. Dość zabawne, że dopiero po powrocie z Włoch oświadczamy upałów; w ogóle dość dziwne, że wróciliśmy, a tu całe lato dopiero przed nami. Do tej pory zwykle, jeśli gdzieś jechaliśmy, to na koniec sierpnia i początek września. Podobno zmiany pomagają się nie starzeć. To się nie starzejemy i już.
Po trzech "odcinkach" Naszych Włoskich Wakacji na blogu, przestaliśmy pisać relację. Strasznie dużo się działo każdego dnia i po prostu byliśmy zbyt zmęczeni wypoczywaniem w naszym dość szalonym stylu :)
Jak wiadomo nie jest to blog turystyczny, podróżniczy, czy nawet osobisty a blog o relacjach, więc tym bardziej sobie odpuściliśmy i zajęliśmy się właśnie budowaniem relacji. Pomogła nam w tym nieco pewna profetyczna kafelka na podłodze w kościele w Genui :)
Opanowaliśmy już wiele rzeczy niemal do perfekcji, ale male słówko "niemal" czasem dawało się we znaki i chociaż codzienne znalezienie miejsca na nocleg i przepakowywanie auta odbywało się w zasadzie zupełnie bezkonfliktowo, to jednak kilka drobnych nieporozumień i jedno nieco większe zaliczyliśmy. 
Przy okazji kolejny raz okazało się, że przynajmniej z nami często jest tak, że największy problem jest wtedy, kiedy chcemy "za dobrze". A było tak.
Wieczór, daleko od domu, ale już kierunek Polska. Na Nizinie Padańskiej, którą musieliśmy przejechać raczej trudno o nocleg, robiło się coraz później i później, byliśmy już oboje zmęczeni a przed nami perspektywa długiej jazdy do domu. Znalazłam na apce z parkingami fajne miejsce i postanowiliśmy tam pojechać. Było jakieś 25 km od naszej trasy, ale kierunek nie był najgorszy. Już dojeżdżając do Colli Euganei, przejrzałam jeszcze raz mapę i... miałam już swój pomysł. GPS prowadził nas jednak inaczej. Poprosiłam więc, żebyśmy zjechali tu, zaraz przy tym zakręcie, i tu, i tu... i w rezultacie zaczęliśmy trochę krążyć. No ale przecież szkoda jechać 25 km, gdy można tylko 10, nie? No to przejechaliśmy trochę ponad 30... Fakt, było przepięknie - chyba nie natknęliśmy się na tutejsze wulkaniczne wzgórza ani Arqua Petrarca (tak, ten Petrarka) w żadnym przewodniku, a szkoda. Z drugiej strony we Włoszech gdzie się nie rozejrzeć jest pięknie. No dobra..., czasem dopiero za rogiem. Może kiedyś tu jeszcze wrócimy, zwłaszcza, że Arqua Petrarca to podobno jedno z najpiękniejszych średniowiecznych miast Włoch. No i Petrarka...
Wracając do naszej przydługiej wycieczki - u nas działa to dość często w ten sam sposób. Jedno z nas (albo oboje) chce "za dobrze" i tak poprawiamy to, co jest zupełnie w porządku, że aż sami prosimy się o kłopoty. Na szczęście tym razem kłopoty okazały się zupełni niegroźne i w sumie urocze, ale...

Noc udało się przespać w bardzo fajnym miejscu w Teolo według pierwotnego planu, kolejny dzień rozpoczęliśmy od włoskiej kawy i wróciliśmy do domu.
Jak ja uwielbiam wracać! 
Kilka osób, którym meldowaliśmy już o naszym powrocie pisało oj, współczuję, przykro mi bardzo, itd. I nie wiem jak zareagować bo ja serio lubię wracać z wakacji do domu. Pewnie ma to jakiś związek ze sposobem wypoczywania - po dwóch tygodniach w samochodzie powrót do spania w łóżku, do własnej łazienki, kuchni, możliwości posiedzenia w fotelu jest czasem doceniania tego, co mamy i nawet powrót do obowiązków tego nie zaćmiewa. No i mamy kolejny plus intensywnych wakacji :)




poniedziałek, 3 czerwca 2019

Nasze włoskie wakacje 3


Minęła połowa naszych wakacji. Jutro Portofino. Głowy pełne wrażeń a nogi kilometrów. W ostatnich dniach zwiedziliśmy Mantuę - to tutaj udał się wygnany z Werony Romeo, nie dotarła do niego wiadomość i wszystko się skomplikowalo. 
Miasto zupełnie od Werony inne, imponujące, fantastyczne kościoły, zamek i migdałowe ciasto. Trochę się pogubiliśmy i spędziliśmy w Mantui nieco więcej czasu niż było w planach, ale co tam plany. Warto było.
Kolejne przygody to już Liguria. San Stefano d'Aveto i góry. Absolutnie fantastyczny szlak. Prawda jest taka, że trochę podjechaliśmy kolejką ale przecież są wakacje 🙂. Monte Bue i Monte Maggiorasca z fantastyczną panoramą z morzem na horyzoncie - to lubimy.
Kolejna była Genua - ależ miasto! Z okazji Święta Republiki otwarte były genueńskie pałace. Zawrót głowy to mało powiedziane. Jeszcze jednak większe wrażenie zrobiły na nas genueńskie kościoły. Już duomo w Mantui było niesamowitym przeżyciem, ale tutaj... Nie da się opowiedzieć słowami ogromu, rozmachu, bogactwa i piękna tych budynków. A jednak wzbudziły w nas raczej mieszane uczucia. Bez wątpienia człowiek wchodzący do takiej świątyni mógł poczuć wielkość i majestat Boga. Bez wątpienia to Bóg właśnie obdarzył niezwykłym talentem architektów, rzeźbiarzy, malarzy i zbudowanie takiego kościoła jest jakąś formą oddania Bogu chwały. Ufundowanie go, czyli wydanie na niego naprawdę sporych pieniędzy też wygląda zacnie. A jednak, paradoksalnie, o ileż trudniej "zbudować Bogu" imponującą świątynię z własnego, oddanego Mu życia...
W Genui mieliśmy jeszcze jedną przygodę. Z racji Święta był otwarty dla zwiedzających Palazzo de Gaetani czyli budynek Banco d' Italia. Ponieważ nie umiemy po włosku jeden z przewodników postanowił osobiście odprowadzić nas po... sejfie. Podobało nam się bardzo.
Ostatnia atrakcją dnia były serpentyny prowadzące na wzgórze Parco Muro. Czyste szaleństwo. Do tej pory nic nie wiedziałam o serpentynach.
Dzisiaj miał być trochę luźniejszy dzień. Był cmentarz Sagliani - ogromna galeria posągów, lody i plaża - udało się nam znaleźć kawałek kamienia i zejście do wody w Nervi, które to miasteczko, a raczej dzielnica Genui, okazało się nieco rozczarowujące, choć urocze. Chyba jesteśmy już nieco rozpuszczeni Włochami :) 









piątek, 31 maja 2019

Nasze włoskie wakacje 2 - Wenecja


Dwa dni w pochmurnej i deszczowej Wenecji. To miasto zawsze jest niesamowite. Pewnie trochę inaczej jest wśród tłumów turystów latem, ale teraz było ich jedynie bardzo wielu. Pierwszego dnia snuliśmy się uliczkami w zasadzie cały dzień. Dopiero sporo po południu mogliśmy powiedzieć "o, tutaj byliśmy trzy lata temu". Jedną z rzeczy, które nas zadziwiają w Wenecji jest jej ogrom. Samych mostów jest w niej podobno ponad 400! Uliczki, płace, kościoły, hotele, pałace wszystko to na drewnianych palach wbitych głęboko w piaszczyste wyspy laguny. Niesamowity przyklad tego, co ludzie potrafią. Fantastyczne, bajecznie bogate domy, pałace i kościoły a zaraz obok wąziutkie uliczki i domy z malutkimi oknami wychodzącymi na ścianę sąsiedniego budynku. Historia siły, sukcesu, bogactwa, uporu i ciężkiej pracy, ubóstwa, epidemii, rozpaczy skupiona jak w szle powiększającym w jednym mieście. Milion myśli..
Drugi dzień to  panorama Wenecji z tarasu widokowego Fondaco dei Tedeschi i  vaporetto czyli weneckie łódki-tramwaje i wyspy. Wenecka Laguna to 118 wysp i wysepek, ale byliśmy tylko na kilku z nich. Lido - pierwsza okazała się najbardziej zwykła, chociaż piaszczysta plaża z mnóstwem muszli i krótki jak się potem okazało, przeblysk słońca pozwoliły nam poczuć się jak na letnich wakacjach 🙂.
Burano - przeurocze miejsce pełne kolorowych domków i fantastycznych delikatnych koronek. Znów dość refleksyjnie. Podobno domki były kiedyś tak kolorowe aby marynarze bez problemu trafili do swojego po powrocie z rejsu..
Dzień bardzo szybko się nam zaczął kończyć, więc pojechaliśmy jeszcze na Murano. To tutaj produkują do tej pory szkło z Murano. Fantastyczne, rozjarzone sklepy - galerie, ceglane, ciemne domy i kościoły, spokój, cisza zaraz obok głównego turystycznego traktu.
Na koniec dnia wieczór w Wenecji.
Nie ma wyjścia - trzeba tu jeszcze wrócić.











wtorek, 28 maja 2019

Nasze włoskie wakacje 1


Jedziemy sobie a deszcz monotonnie obija się o dach i szyby auta. Chwilę ulgi przynosi już nawet przejazd przez tunel. Ale co tam i tak dobrze się bawimy. Tym bardziej, że jednak kilka krótkich chwil bez deszczu było. Zwiedziliśmy kolejne miasta, podziwialiśmy widoki i wypiliśmy po dwie kawy. Jedne już we Włoszech ale... te w Austrii były trochę lepsze. Serio. No cóż. Może to z powodu deszczu Włosi się pogubili. Mamy nadzieję, że wielokrotnie to naprawią😁.
Jeszcze w Austrii wczoraj zatrzymaliśmy się w miejscowości Melk - ogromne średniowieczne opactwo benedyktyńskie a u jego stóp niewielkie miasteczko. To wszystko nad pięknym modrym Dunajem, który akurat był raczej bury, ale co tam. Cała droga wzdłuż Dunaju była zresztą absolutnie piękna. Potem Gesause National Park. Wprawdzie mokro i mgliście ale być może jeszcze dodawało to górom majestatu. Spanko i rano śniadanie w deszczu. Dalej przez Alpy serpentynami zapierajacymi chwilami dech w piersiach do Murau. W Murau podobno jest świetny browar, ale wypiliśmy tylko kawę, przeszliśmy się wzdłuż rzeki Mur, weszliśmy drewnianymi schodami na zamek, zeszliśmy na dół i napawalismy się pięknem. Po drodze do auta zakupiliśmy kilka dużych worków na parasole, otrzepalismy je na ile się dało z wody i wpakowaliśmy do auta. Jedziemy dalej. W Villach zatrzymaliśmy się jedynie aby stwierdzić, że w zasadzie nie ma po co i dalej przez góry. Każdy kto jechał tą drogą do Włoch musi przyznać, że robią niezapomniane wrażenie. Znów spowite chmurami, wyłaniały się raz po raz zza zakrętów. Zatrzymaliśmy się w Maggio Udinese bo wydawało się tam ładnie i... było znacznie lepiej niż się zapowiadało. Piękne miejsce z ciekawą historią o co zresztą we Włoszech nietrudno.
Dalej leje, więc nadal się nie spieszymy - zwiedzamy miasteczko Palmanova. Samo miasteczko takie sobie, ale mury! To dopiero są mury. Najlepiej pewnie wyglądałyby z lotu ptaka, ale póki co gwiazdę, która tworzą można zobaczyć na planach miasta albo... w internecie. 😁 Pozwiedzaliśmy korzystając z przerwy w deszczu i jedziemy dalej. Możecie nam życzyć szerokiej drogi.







poniedziałek, 27 maja 2019

Wyrwać się z codzienności

Aż jestem ciekawa czy wszystkim powyższy obrazek kojarzy się z codziennymi obowiązkami i w ogóle z codziennością. Nam bardzo. Dość łatwo dajemy się zapędzić albo i zapędzamy się sami w wir codzienności i bywa naprawdę trudno z niego wyskoczyć. Podobnie jak chomik w kołowrotku. Biegnie zużywając mnóstwo energii i w ogóle nie zmienia swojego położenia. I czasem naprawdę jest mu ciężko wyskoczyć - kołowrotek nabiera prędkości, zwierzątko przebiera łapkami coraz szybciej, więc jeszcze przyspiesza i biegnie, i biegnie, i biegnie. I w pewnym momencie zwolnić jest o wiele trudniej niż biec dalej.
To właśnie ostatnio się nam przydarzyło. Piszę ten post w samochodzie, w drodze na wakacje, bo ostatecznie udało się nam wyrwać z naszego kołowrotka.
Kilka dni temu rozmawiałam z Przyjaciółką właśnie o tym wyrywaniu się. Bo trochę rzeczywiście jest tak, że musimy niemal dosłownie się wyrwać z oplątujących nas jak blusz stary dom codziennych spraw, przyzwyczajeń i obowiązków. One potrafią dość mocno trzymać. I chyba czym jesteśmy starsi, tym mocniej trzymają i więcej wysiłku wymaga to wyrywanie się. No cóż, nikt nie obiecywał wiecznej młodości 😁.

Kilka tygodni temu kąpaliśmy się w morzu. Czego to się nie robi dla Przyjaciół, zwłaszcza takich, którzy akurat mają urodziny? Ponieważ trwał jeszcze sezon na morsowanie nieoficjalnie zostaliśmy morsami.
Dlaczego o tym piszę? Dlatego, że to doświadczenie jest trochę podobne do wyrywania się z codzienności, oktorym pisałam powyżej. W zasadzie wszystko wokół naklania człowieka do pozostania w znanym ciepełku. Polarek, kurteczka, kapturek... jaka woda?!! Mokro, zimno, wiatr! Nigdy w życiu!
Ale kiedy się uda, okazuje się, że warto. Jeszcze jak warto!
O rany, ale wam to się chce - czasem słyszymy. To nie tak. Naprawdę często okropnie się nam nie chce. Przejechaliśmy już jakieś 60 km a w głowach mamy nadal zdecydowanie więcej pozostawionych spraw niż radości z wakacji, ale już się wyrwaliśmy. Jedziemy!
I zaczynamy być coraz bardziej ciekawi jak będzie tym razem.

piątek, 24 maja 2019

Rozmawiajmy


Wraca żona do domu z pracy. Mąż wrócił wcześniej i to on dzisiaj przygotowuje obiad.
Żona wchodzi i odbywa się dialog:
- Dzień dobry, wróciłam!
- Dzień dobry, kochanie - odpowiada mąż.
- Co na obiad? - pyta głodna żona.
- Jesteś głodna i zmęczona po pracy, rozumiem - odpowiada mąż.
- Tak, jeść mi się chce okropnie - mówi żona.
- Rozumiem, że potrzebujesz odpoczynku i jedzenia, oraz masz nadzieję na przyjemną resztę dnia - odpowiada cierpliwie mąż, tonem pełnym zrozumienia i wsparcia.
- Hej, co na obiad pytam i czy w ogóle będzie? - pyta coraz bardziej głodna i nieco wytrącona z równowagi żona.
Ale mąż skończył niedawno kurs rozmawiania z żoną, jest także absolwentem wielu innych kursów i doskonale wie, że żona nie przepracowała problemów z dzieciństwa, i ma skoki hormonalne związane z cyklem, a on jest przecież Absolwentem Kursów, więc rozumie i z chęcią będzie odpowiadał na jej potrzeby.
Przytula żonę ze zrozumieniem, patrzy jej głęboko w oczy i mówi:
- doskonale rozumiem Twoje rozdrażnienie i chętnie pomogę ci się z nim uporać.
Żona wychodzi z domu trzaskając drzwiami, a mąż zjada lekko przypalony obiad i nic nie rozumie.
Kurtyna.

Historia nie jest na szczęście prawdziwa, ale niestety inspirowana doświadczeniem. Dość często pojawiają się tu i ówdzie dość podobne (przynajmniej na początku) dialogi , które dostają mnóstwo "lajków", serduszek i komentarzy "XXYZ - to dla ciebie". Oprócz tego, że też chcielibyśmy dostawać lajki i dużo komentarzy, post ten powstał także dlatego, że wrażliwość na potrzeby innych, zrozumienie i dobra rozmowa, to jednak coś trochę innego. Kursy komunikacji i im podobne są oczywiście potrzebne, wrażliwość na potrzeby innych - jak najbardziej. Ale "komunikacja idealna" nie istnieje. Największą chyba sztuką jest korzystać z wiedzy ale też wiedzieć kiedy odpuścić. Dobra komunikacja, to niekoniecznie wytrenowane w sali najlepsze nawet techniki, czy bardzo dobrze skonstruowane zdania. Pomiędzy zrozumieniem, a powiedzeniem "rozumiem cię" może istnieć ogromna przepaść. I kiedy z zapałem neofitów ćwiczymy tylko co poznaną Wiedzę, bywamy (i czasem słusznie) osądzani o sztuczność a nawet manipulację i...kompletny brak zrozumienia. Nawet zakładając najszczersze i najlepsze chęci, kiedy zakładamy "odświętny garnitur komunikacji" (bardzo spodobało mi się to sformułowanie; używa go Friedmann Schultz von Thun w książce "Sztuka rozmawiania") tracimy autentyczność, a z nią szanse na dobrą komunikację. Podobnie jak w życiu, nie zawsze jest czas i miejsce na odświętny garnitur :).
I najlepiej wychodzi jeśli wiedzę przemyślimy, pożyjemy z nią trochę, pomyślimy, pozwolimy by nas zmieniła i będziemy autentyczni.

Tak sobie myślę, że prawdziwe rozumienie drugiego człowieka zaczyna się od przyznania, że jest inny niż ja i dania mu do tego prawa. Jest inny. Myśli trochę inaczej, jego wyobrażenia ukształtowały inne niż moje historie, przeżył co innego, i nawet kiedy przeżywamy teraz coś razem - przezywa to z innego perspektywy. I to "inaczej" w żadnym wypadku nie oznacza "gorzej". Chociaż nie zawsze rozumiem...

PS. Kiedyś pisaliśmy o rozmawianiu. Poniżej linki do kolejnych postów:
Jak gadać, żeby się dogadać 1
Jak gadać...2
Jak gadać...3
Jak gadać...4