czwartek, 14 września 2017

Ratunku, mój Syn się żeni!!! - okiem ojca


Kilka dni temu, jadąc samochodem, jak zwykle słuchałem radia, a że było to w okolicy 1 września, co chwilę powtarzał się w dłuższych lub krótszych reportażach temat pierwszoklasistów i rozpoczęcia nowego roku szkolnego. Wypowiadali się dziennikarze, psycholodzy, a także sami rodzice. O dziwo! nikt nie pytał o zdanie samych uczniów. W jednym z dłuższych reportaży starano się odpowiedzieć na poważny problem - jak przygotować dziecko, a i rodzica do nowej sytuacji, roli ucznia i oczywiście roli rodzica ucznia. Ważną różnicą, którą podkreślił jeden z psychologów jest inne podejście mam i ojców. Jeden z redaktorów zażartował w studiu, że ojcom jest łatwiej bo mniej przeżywają takie rozstanie z dzieckiem. Przytoczył przy tym przykład ze swojego własnego życia: sam był uczestnikiem spotkania rodziców w przyszłej szkole swojego dziecka. Nauczycielka zaproponowała, że najlepiej by na rozpoczęcie roku szkolnego przyprowadził dziecko zamiast mamy ktoś mniej związany z nim uczuciowo, na przykład ojciec. Niby śmieszne, prawda? A jednak taki stereotyp rzeczywiście krąży wokół relacji ojciec – dzieci. Czy jednak tak jest naprawdę? Jako ojciec uważam że nie, ja sam, a i wielu innych ojców, jest związanych ze swoimi dziećmi bardzo mocno. Inaczej niż ich matki, oczywiście, ale inaczej nie znaczy mniej! Są ojcami, a nie matkami i dlatego w inny sposób przeżywają takie chwile; zazwyczaj dają dzieciom nieco większy kredyt zaufania, trochę więcej wolności, puszczając ich w wir szkolnych czy jakichkolwiek innych obowiązków. Ojcowie częściej przyglądają się, kibicują, dając więcej niż matki swobody a interweniują dopiero wtedy kiedy jest to konieczne. Patrząc z zewnątrz czasami rzeczywiście można mieć wrażenie, że ojcowie są emocjonalnie mniej związani niż mocno przeżywające mamy. Ale rodzaj emocjonalności, sposób przeżywania niekoniecznie przekłada się na siłę uczucia. 
Ta różnica naprawdę nie oznacza, że Ojcowie są bez uczuć i nie przejmują się tym co dzieje się z ich dziećmi. Myślę, że to inne podejście dobrze obrazują filmiki udostępniane na portalach społecznościowych,  na których możemy zobaczyć  w jaki sposób spędzają czas wolny dzieci z matkami lub ojcami.

Nasze dzieci dawno już zakończyły edukację. Po ostatniej wywiadówce, ciesząc się że ten etap jest już za nami, zrobiliśmy z żoną małą imprezę. Kolejne etapy życia a w nich różny rodzaj relacji z dzieckiem. Nie tak dawno temu nasze dzieci się rodziły, były maleńkie. Do dziś pamiętam te cudowne chwile i związanie z nimi radości i troski. To było kilka lat totalnego kształtowania tych małych istot. Wtedy byłem dla nich największym autorytetem. Któregoś dnia, kiedy Babcia powiedziała, że jest starsza niż Tata, Marek, może wówczas czteroletni, mocno oburzony powiedział, że "Tata jest największy, najmądrzejszy, najsilniejszy i najstarszy a nie Ty, Babciu!!!" Trwało to mniej więcej do czasu, kiedy dzieci poszły do przedszkola. Wtedy trzeba się było przyzwyczaić do tego, że przez kilka godzin dziennie ktoś inny będzie miał wpływ na nasze dzieci. Pamiętam do dziś jak bardzo byłem dumny, że tak dobrze radzą sobie w tej nowej sytuacji. Efektem ubocznym było to, że dzieci zauważały powoli, że Tata nie wie jednak wszystkiego i są dziedziny, w których ktoś, a konkretnie Pani, wie więcej.  W końcu przyszedł i czas, w którym syn przyniósł plastikowy dokument i powiedział, że od dziś może głosować w wyborach. Wiedziałem wtedy, że moja rola zaczyna się zmieniać. On naprawdę wszedł już w etap, w którym może, i nawet powinien, podejmować swoje dorosłe wybory. Moja rola w jego życiu przez te lata bardzo się zmieniła. Przeszedłem w jego oczach drogę od wszechwiedzącego Ojca do kogoś czyja opinia się liczy, należy brać ją pod uwagę, ale nie jest już jedynym autorytetem.
Pierwszą poważną decyzją było zdobycie, już za własne zarobione pieniądze kolejnego plastikowego dokumentu - prawa jazdy, i wkrótce kupno pierwszego samochodu. I jazda pociągiem do Koszalina, i samodzielny powrót "nowym autem" do domu. Z jednej strony byłem dumny a z drugiej strony towarzyszył mi przeogromny strach - czy da sobie radę w tym nowym, dorosłym życiu?
Dziękuję Bogu, że kiedyś kiedy jeszcze byłem ojcem małych dzieci uczestniczyłem w pewnych wykładach na temat wychowywania dzieci. Pamiętam jakby to było dziś. Wykładowca mówił, że dzieci są własnością Boga daną nam jako dar, po to abyśmy je przygotowali do dorosłego, samodzielnego życia.  Naszą odpowiedzialnością jest abyśmy przygotowali je do tego dobrze. 
Kiedy wróciłem z tych wykładów do domu, usiadłem do wspólnej kolacji, patrzyłem na te dwie małe istoty i zastanawiałem się jak to będzie, czy dam radę, czy uda mi się być dobrym ojcem. Na szczęście na wykładach otrzymałem jeszcze jedną drogocenną radę - ciesz się i dbaj o relację z dziećmi każdego dnia, bo one kiedyś wyjdą z domu. I to będzie szybko.
Pewnie robiłem to lepiej lub gorzej, ale zawsze starałem się dawać dzieciom z jednej strony dobrą opiekę ale z drugiej przestrzeń do samodzielnych decyzji. I rzeczywiście starałem się cieszyć każdą dobrą chwilą od wspólnego jedzenia, poprzez fajne spędzanie czasu w domu, zabawy, spacery, po wakacyjne wyjazdy.
Z tą wiedzą i z dużym już rodzicielskim doświadczeniem w miarę spokojnie zamykałem drzwi  kiedy dzieci opuszczały nasz dom na stałe. Oczywiście zawsze mają tu swoje miejsce, ale stale mieszkają już gdzie indziej. Znowu trzeba było znaleźć się w nowej roli. Patrzeć już naprawdę z daleka i liczyć na to, że dadzą sobie radę, a jak trzeba będzie - przyjdą po radę, czy pomoc.
Dziś na tydzień przed ślubem Kasi i Marka, ich nowego etapu w życiu, kolejny raz mierzę się  ze zmianą roli w moim życiu. Jak to będzie? Jestem dumny z dorosłości syna i z jego dobrych wyborów. Przed nimi całe wspaniałe życie. Wierzę i ufam na przykładzie tego co mogłem obserwować w jego życiu, że Marek dobrze znajdzie się w nowej roli męża a mam nadzieję, że później i ojca.

A ja... cóż, nowa rola, nowe wyzwania. Będę teściem.

piątek, 8 września 2017

Ratunku - mój Syn się żeni!!! 3

No to zostały jeszcze dwa tygodnie. Niecałe. Możliwe, że jest to u mnie jakiś rodzaj obsesji, ale niby o czym ma myśleć mama dwa tygodnie przed ślubem syna. No o czym?
No więc myślę o tym ślubie, wyzwaniach jakie czekają tuż za rogiem, o mojej nowej roli, o zmianie w naszym - rodziców życiu, o samej imprezie - jak poustalać wszystko w możliwie mądry sposób, tak aby wszyscy byli zadowoleni, o miejscu, gdzie Młodzi będą mieszkać, o dalszych studiach, o pracy, o różnicach między nimi, o... nawet o tym czy krawcowa zdąży z sukienką. No głowa mała!
Ale gdzieś w tym wszystkim jest też dużo wspomnień, myśli o tym co było i dobrych, spokojnych myśli o tym, co będzie. I przypomniały mi się chwile kiedy mój Syn był naprawdę maleńką, zależną od nas istotą. Jak wiele wydarzyło się od tamtego czasu. Tak wiele, że zajęło bez mała 25 lat. Wiele musiał się nauczyć, i zrobił to. Ale też my, jako rodzice nauczyliśmy się bardzo wiele. Przede wszystkim chyba tego, że nasze dziecko jest nam tylko niejako wypożyczone. A raczej powierzone. Ktoś zaufał nam w tej sprawie. 
Jasne, że oczekujemy ze strony naszych dzieci miłości, szacunku, ale już taki czas, w którym oczekujemy posłuszeństwa minął bezpowrotnie.

Chyba najlepszą radą, jakiej ktoś kiedykolwiek udzielił nam w tej sprawie była ta właśnie rada - pamiętaj, że dziecko nie jest i nie powinno być twoją własnością. Jest ci powierzone i masz przygotować je do samodzielnego życia. Tak. Samodzielnego. To oznacza, że kiedy odniesiesz sukces, Twoje dziecko od Ciebie odejdzie. Jego pozostanie oznacza twoją porażkę. Nie odejdzie w sensie, że nigdy go więcej nie zobaczysz, choć w historii i tak bywało, ale w takim sensie, że masz nauczyć je żyć swoim własnym życiem. Na swoich własnych warunkach. Będzie podejmowało swoje własne, samodzielne decyzje, na które nie będziesz mieć wpływu. To znaczy, że możesz mu doradzić, jak zapyta, ale nie będziesz już tych decyzji podejmować. Ani wprost, ani, tym bardziej "naokoło"...
Pamiętam obraz, a raczej kilka śmiesznych, schematycznych obrazków, na których wiele, wiele lat temu ktoś mi to tłumaczył i widzę dzisiaj, że dokładnie tak właśnie było. 
Kiedy dziecko jest małe przenosimy je przez ulicę, przewozimy je w wózku albo dosłownie przenosimy. Nikt nie wpada na to, żeby oczekiwać od niemowlaka samodzielnego przemieszczania się. Jesteśmy mu do tego, i do wielu innych rzeczy niezbędnie potrzebni. Ale przychodzi czas, że nasze dziecko przechodzi przez ulicę samo. Na początek na własnych nogach, czy może raczej nóżkach, trzymane za rączkę. I jesteśmy dumni, że przechodzimy z naszym własnym dzieckiem przez ulicę. A nasze dziecko opowiada o tym babci. Mija kilka miesięcy, może lat, i uczymy je przechodzić samo. To niebezpieczny moment. Uważaj! Przechodź tylko na pasach! I na zielonym świetle! Patrz uważnie czy nie jedzie samochód! Każdy rodzic modli się i drży, kiedy dziecko zaczyna chodzić samo. Sprawdzamy czy na pewno doszło. Chcielibyśmy zapewnić mu stuprocentowe bezpieczeństwo, ale musi nauczyć się chodzić samo. No musi, bo jak inaczej? Więc drżąc uczymy, tłumaczymy. I modlimy się gorąco, aby Dobry Bóg zadbał o nie tam, gdzie my już nie możemy, żeby "miał na nie oko", kiedy naszego spojrzenia już nie wystarcza. 
Niedługo później przychodzi czas na "chcę jeździć do szkoły na rowerze". 
COOOOO????
Ponad 8 kilometrów przez centrum Wrocławia?????!!!!!!!!!
Długie rozmowy mamy z tatą, długie rozmowy z nieletnim fascynatem rowerowych sportów. W końcu decyzja: - OK, możesz, ale tylko w kasku i prostą drogą.
- Co? Jak to w kasku?! Nikt nie jeździ w kasku! Jestem już duży! To jest szantaż!!!
- Hmmm... Tak. To jest szantaż. Albo w kasku, albo tramwajem.
I pojechał. W kasku. I jeździł. I, mimo wielkich obaw, nic się nie stało. No... niezupełnie...
Raczej nie da się zapomnieć telefonu z policji, że dziecko miało wypadek, że jest wszystko w porządku, ale zostało przewiezione na obserwację do szpitala i trzeba odebrać rower...
Kask raczej się przydał.
Tutaj zdania są podzielone do tej pory, chociaż minęło wiele lat od tego czasu. Syn nadal twierdzi, że przecież nic się nie stało. Rower jest super!
A my... mamy kilka siwych włosów więcej. I wspominamy jak usiłowaliśmy go nauczyć jeżdżenia na małym, trzykołowym rowerku i raczej średnio nam szło.
Aby nie opowiadać tutaj dwudziestu pięciu lat życia, wspomnę tylko, że teraz Nasz Syn jest całkiem odpowiedzialnym kierowcą, który wozi innych ludzi samochodem, jeździ motorem, bierze udział zawodach kurierów rowerowych. Sam podejmuje decyzje. Nie pyta czy może teraz przejść, przejechać. Nawet tego nie widzimy. Jest samodzielny. Dorosły. A my uczymy się mu ufać i ...dalej się modlimy :).
I podobnie jest w życiu. Za chwilę podejmie chyba najważniejszą decyzję, jaką w swoim życiu człowiek podejmuje - weźmie ślub z kimś, kogo wybrał i pokochał. I zacznie zupełnie nowy etap swojego życia. Będzie podejmował zupełnie nowe decyzje, odpowiedzialności. I będzie nas pytał o radę, lub nie. A my musimy dać Mu, i Jego Żonie też, przestrzeń do Ich własnego życia, do Ich własnych rozwiązań, ale też porażek i błędów. Czy to nie jest niebezpieczne? Przecież Oni są młodzi, nie wiedzą, nie rozumieją, nie mają doświadczenia! Ależ oczywiście, że jest niebezpieczne. Śmiertelnie! Jak całe życie. Ale Oni, tak jak my, musza przeżyć je osobiście. Nie możemy ich przez nie przenieść. I nawet nie powinniśmy. Więc drżąc, przyglądamy się, radzimy, kiedy o rady pytają, milczymy, kiedy robią coś tak jak my byśmy nie postąpili. Kiedy naprawdę wydaje się nam, że błądzą, staramy się mądrze i delikatnie zwracać uwagę, pamiętając, że błądzić też muszą. I modlimy się gorąco, aby Dobry Bóg zadbał o Nich tam, gdzie my już nie możemy, żeby "miał na nich oko", kiedy naszego spojrzenia już nie wystarcza. 

Poniżej są dwa linki do filmików, które bardzo mnie w tym temacie inspirują :)



piątek, 1 września 2017

Nigdy się nie poddawaj :)

Jak niektórym wiadomo - u nas remont. Tak przy okazji przygotowań do ślubu Syna i początku nowego roku szkolno-wykładowego. I boreliozy. I w ogóle.
Czas i relacje, jak to podczas remontu, dość napięte. I kiedy już wydaje się, że wychodzimy na prostą, że ogarnęliśmy większość spraw i zostało jeszcze tylko trochę posprzątać, odebrać przesyłkę i wyszlifować wykład na jutro (o 6:00 rano startujemy do Żyrardowa:), okazuje się, że przesyłkę może odebrać tylko konkretnie ta osoba, do której jest wysłana. Tak, odbiór w kiosku "Ruch" jest określony takimi właśnie przepisami, ale to okazało się dopiero jak już tam byłam. Dobra. Udało się. Janusz poszedł i załatwił. To dobrze, bo inaczej przesyłka czekałaby do poniedziałku a były tam moje żywe roślinki do akwarium (tak, mam akwarium - tu można przeczytać jak do tego doszło). Dalej było wyzwanie pt. "kup pietruszkę" - w sklepie nie było. A! Jednak jest. Czyli sukces.
Obiad wyszedł trochę przesolony i tej pietruszki było jednak trochę za dużo. Ale trudno. Najlepsze przed nami. Trzeba pozmywać po obiedzie i zabrać się za porządki. Wyciąganie z szafy poszło gładko, ale teraz trzeba to powkładać z sensem, bo nie będę przecież za dwa tygodnie robiła znów porządków. No więc myję naczynia a tu nagle trzask, bum!!! Łup!!!
Otóż spadła nasza szafka na talerze. Na szczęście nie całkiem, bo oparła się na półce niżej, ale... Trochę się rozleciała, trochę ukruszyła i... nic więcej. Za to powyjmowanie wszystkiego, zdjęcie szafki do końca, zaklejenie dziury zajęło nam...popołudnie. I wiemy już co będziemy robić w poniedziałek.
Żeby nie było - szafka wisiała porządnie, na czterech śrubach rozporowych. Od poniedziałku będzie to podwieszenie pancerne.
Nadal się nie poddajemy :)



czwartek, 24 sierpnia 2017

Zawsze chciałam mieć w kuchni drzewo...

Planowaliśmy już dość dawno, ale wreszcie stało się i zaczęliśmy remont. Trochę zabawy przy tym jest, ale jest i satysfakcja. No... może raczej będzie. Ale trochę już jest, bo po prawie trzech latach myślenia o tym, planowania i szukania "know how", posadzić w kuchni drzewo. Jest to drzewo gipsowe i raczej płaskie, bo na ścianie, ale jednak. Udało się. I tutaj sedno - kilka osób pytało czy mi się chce w takie rzeczy bawić. No chce mi się. Nie żebym lubiła się męczyć, sama robota jako taka specjalnego szału nie daje, ale robienie czegoś nowego, ciekawego jest po prostu fascynujące. Kosztuje trochę czasu i wysiłku (i kilku godzin spędzonych na Pintereście :P), ale warto.  I tak sobie myślę - żeby tylko nie przestało mi się chcieć!
I to by było na tyle, bo trzeba to drzewo jeszcze pomalować.
Tutaj kilka zdjęć z procesu "sadzenia" drzewa :)




czwartek, 17 sierpnia 2017

Test na synową - czyli Ratunku!!! Mój Syn się żeni /2

Jak już wiadomo, mój Syn się żeni. Można wysnuć z tego dość prosty wniosek - będę teściową. I to niedługo. Generalnie wiedziałam to mniej więcej od czasu, kiedy mój Syn był bardzo, bardzo malutki. Przyznaję, że myślałam czasem przytulając niecałe 3 kilo Malucha jakie będzie jego życie, w tym - kogo wybierze sobie na towarzyszkę życia. I nawet te chwile pamiętam.
A tu nagle (no więc, jak już ustalono, wcale nie tak nagle) teraz. Bum! Trochę ponad 30 dni i stanie się. Zyskam zupełnie nową rolę w życiu, i to rolę, która ma raczej złą prasę. Hmmm....
Najczęściej zadawane mi ostatnio pytanie to "jaka Ona jest?"
Odpowiadam: - jest pogodna, wrażliwa, uprzejma, inteligentna, delikatna, śliczna i zakochana w moim synu po uszy. A czego niby miałam się spodziewać po moim osobistym Synu? Wybrał najlepiej i w tej kwestii mam do niego zaufanie. I to jest odpowiedź na pytanie o test na dobrą synową - zaufaj swojemu Synowi. Inna rzecz, że w tej kwestii zdecydowanie większe konsekwencje wyboru będzie ponosił On sam. I, o ile dobrze pamiętam, sama decydowałam w tej sprawie w moim życiu, podobnie On też musi sam tego wyboru dokonać. Jest dorosłym mężczyzną.
Ale sprawa tak całkiem prosta przecież nie jest. Z jakiegoś powodu mamy miliony kawałów o teściowej i synowej. Sprawa jest dość prosta. Wystarczająco. We dwie kochamy tego samego faceta.... Na dodatek Ona widzi w Nim zdecydowanie bardziej mężczyznę, podczas gdy dla mnie jest w Nim ciągle ten mały chłopiec, któremu opatrywałam kolanka...
I jemu obraz w Jej oczach podoba się bardziej.
I trudno się dziwić.
I to trochę boli - kiedy wybiera Jej zdanie, kiedy wybiera czas z Nią...
Nie powiem, że nie, jak tak.
Definitywnie kończy się etap życia, jaki trwał do tej pory.
Przygodo, przybywaj!!!

czwartek, 10 sierpnia 2017

Ratunku - mój Syn się żeni!!!

Jeszcze nie teraz. Za półtora miesiąca...
Toż to prawie jutro!!!
Aaaaaaa!!!!!! 
(wykonuję teraz chaotyczne ruchy rękami i patrzę gdzieś w dal błądząc nieobecnym wzrokiem).
Naprawdę nie mam pojęcia kiedy to wszystko się stało. Hmmm... No niby jednak mam, w końcu te 25 lat naprawdę minęło i nawet pamiętam kolejne lata, fajnie spędzone wakacje, albo te trochę mniej dla mnie fajne, bo nie dostałam urlopu i dzieci pojechały z Tatą... Więc niby wiem kiedy to minęło, ale tak zaraz ślub? Moje dziecko? Jak to? Pamiętam malutkiego Synka, pamiętam trochę większego. Pamiętam jak sam uznał, że jest już duży i teraz "ja sam". Jasne, że tak. Przedszkole, jedna szkoła, druga, trzecia, różne szkolne historie... Jedne lepsze, inne trochę gorsze. Siedzenie przy łóżeczku, kiedy mój mały, a potem już trochę większy Synek nie umiał zasnąć. Godziny, a nawet chyba dziesiątki godzin wspomnień. Bycie mamą małego urwisa jest pełne wydarzeń, śmiesznych, a czasem i strasznych historii (jak ta o pierwszym samodzielnym spacerze na wczasach, który to spacer został przez wszystkich odebrany jako zgubienie się...). Bycie mamą trochę większego urwisa również obfituje we wspomnienia. I również jest ich mnóstwo. 
I przyszedł kiedyś taki dzień, w którym zadzwonił telefon. 
- Mamo, poznałem cudowną dziewczynę! Módl się chyba.
Minęło kilka tygodni Kolejny telefon od Syna, który właśnie miał przyjechać do domu.
- Hej, to ja. Będę za jakieś 20 minut, a i jestem z Kasią. To się poznacie.
Zawsze nasz dom był również domem naszych dzieci i mieliśmy zasadę, że nie muszą pytać czy wolno im kogoś do domu przyprowadzać. Należało jedynie jasno poinformować resztę domowników kto będzie i kiedy.
Chwilę później wielkie, nieco przestraszone oczy zza długich jasnych włosów powiedziały nam 
- Dzień dobry, jestem Kasia.


I tak to się wszystko zaczęło :).
A tu teraz proszę - tylko trochę ponad miesiąc do ślubu.
I mnóstwo pytań. Co Im radzić? - gdzie powinni zamieszkać, gdzie pojechać na podróż poślubną, jak się ubrać, gdzie pracować, z kim przyjaźnić, co dalej ze studiami, i jak powinni radzić sobie z własnymi konfliktami? To tylko najważniejsze z pytań, które przetaczają się z hukiem po mojej matczynej głowie tam i z powrotem. No i najgorsze w tym jest to, że nawet najlepsze moje odpowiedzi, są moimi odpowiedziami... I... tylko moimi. Młodzi mogą nawet (i byłoby miło) wziąć je pod uwagę, ale odpowiedzi muszą znaleźć sami, bo to oni będą żyli w ich konsekwencjach. A nie ja. Ups.
A jak kiedyś, kilka epok temu, znajomi mówili mi, że "małe dzieci - mały kłopot; duże dzieci - duży kłopot", to myślałam sobie, że chyba już zapomnieli jak to jest mieć małe dzieci i ogarniać cały ich świat. Nie zapomnieli, ale właśnie uczyli się jak przestać ten świat ogarniać, nie umierać z niepokoju i w prezencie dla swoich dzieci żyć z radością własnym życiem. A ogarnianiem świata mojego Syna zajmie się teraz zupełnie inna kobieta. 
I tak chyba powinno być.


czwartek, 3 sierpnia 2017

Czy da się ciekawie spędzić wakacje?

Indiański wigwam bez ścian. Jak nie można, jak można? :)
Zrobił się dziś 3 sierpnia, czyli mamy połowę wakacji. Pogoda jak marzenie (przynajmniej moje) o wakacjach - koło 30 stopni i słońce. Wcześniej było chłodniej i padało, więc nie mam wyrzutów sumienia, że teraz to ja się cieszę. O narzekaniu na pogodę kiedyś już było - nigdy jeszcze nie było tak mokrego/zimnego/wietrznego/gorącego lata jak to, które mamy teraz (niepotrzebne skreślić). Ostatnio usłyszałam, że "gorąco - nie mogę wytrzymać - taki upał" to stan umysłu, bo człowiek generalnie jest przystosowany do radzenia sobie w takich temperaturach. Już, już chciałam radośnie przyklasnąć, kiedy pomyślałam o tym, że jeśli tak, to "zimno - nie mogę wytrzymać - taki mróz" też może jest stanem umysłu... No i rzecz na razie pozostaje nierozstrzygnięta. Tym lepiej, że teraz jednak jest ciepło. 
No ale do rzeczy. Kilka osób w młodym wieku dzieliło się ze mną ostatnio tym, że niby są wakacje, ale jest strasznie nudno. Najpierw - tu rozlega się głęboki dźwięk dudnienia, ponieważ biję się w pierś - pomyślałam sobie, że tak to już jest z tą współczesną młodzieżą. 10 minut offline i się nudzą. Ale zatrzymałam się z wnioskami i poprzyglądałam wakacyjnemu wypoczynkowi i rozmowom o nim. Cóż się okazało?
Otóż mam podejrzenie, że przynajmniej w dużym stopniu ktoś te dzieciaki tego...nauczył!!!
Dlaczego tak straszna myśl zrodziła się w moim umyśle?
Otóż dlatego:
scenka 1
* rodzice w liczbie 2, dziecko w liczbie 1, wiek (dziecka) jakieś 5, może 6 lat
* okoliczności przyrody sprzyjające - słonko, piasek, jezioro z całkiem czystą plażą i wodą, dość płytko przy brzegu.
- Mamo! ja chcę iść do wody! 
- Daj mi spokój!, Poproś tatę, ja się teraz opalam, tyle co się kremem posmarowałam.
- Tato...
- Czekaj, czytam
Mija 30 sekund, może minuta
- Tato!..
- Weź tu masz grę, daj mi chwilę spokoju chociaż.
Kurtyna. 
Oklaski... :(
scenka 2
Dwie panie w sklepie, obie w wieku około 35-40 lat.
- I co, opowiadaj jak było w tej Chorwacji!
- No Chorwacja, jak Chorwacja. Niby fajne plaże, no i jest pogoda, nie to co nad naszym morzem, wiesz. O rany! pamiętasz jak byłyśmy z chłopakami, czekaj jak on się nazywał... Krzysiek, tak!
- No, pamiętam, tak Krzysiek! To był wariat. Zimno jak szlag a on całą ekipę wyciągnął na plażę. Wszyscy się kąpaliśmy a ludzie patrzeli jak na idiotów. 
- No... kiedyś to były wakacje...
Też kurtyna. I też oklaski. 
Coś się z nami dzieje, i nie jest to nic dobrego. Kiedy kąpaliśmy się w zimnym morzu tydzień temu wiele osób pytało czy upadliśmy na głowę, bo tak zimno, a my w wodzie. Wczoraj byliśmy w górach i... pytano nas czy serio chce nam się w taki upał. 18 stopni to nie są mrozy, a 28 nie grozi natychmiastowym udarem. No w zasadzie można było obejrzeć cały sezon ulubionego serialu, tylko po co?
Jeśli się nie wysilimy, nie będziemy mieli fajnych wakacji, nawet jeśli kosztem całorocznej pracy sporo za nie zapłacimy. Może i nawet odpoczniemy w jakiś sposób, ale czy będziemy mieli co wspominać w listopadzie? A za kilka lat? 
W połowie wakacji mam w związku z tym propozycję:
Zróbmy coś naprawdę fajnego. To jest możliwe w każdym miejscu i w każdą pogodę.
Kilkoro z moich znajomych i przyjaciół tak właśnie postanowiło i robi to.
- Główny Szlak Beskidzki w 21 dni. Plecaki i wędrówka. Szacun! Kto z nas nie miał kiedyś tego w planach?
- Kilka krótkich wypadów "tam, gdzie nigdy jeszcze nie byliśmy" po okolicy (w tym roku nie ma urlopu...:( ) w weekendy
- "przechodzimy, ale nigdy nie zwiedziliśmy"- odkryj swoją okolicę
- nastolatek i wakacje w domu - spotkania z przyjaciółmi, deskorolka i "ułożę kostkę Rubika, tym razem mi się uda!"

Jaki jest Twój pomysł?




piątek, 14 lipca 2017

27 lat i wciąż dobrze nam razem :)

1989 impreza po maturze - tacy byliśmy :)
No i kolejny raz świętujemy rocznicę naszego ślubu. 27 lat temu powiedzieliśmy sobie TAK i dobrze zrobiliśmy. Najlepiej!
Gdybyśmy decydowali dzisiaj, powiedzielibyśmy to jeszcze głośniej:). Te 27 lat może nie zawsze było bardzo łatwe, ale zawsze, zawsze zawsze była to najlepsza decyzja. Razem jest po prostu lepiej. Można się razem śmiać - samemu to zawsze trochę głupie, można razem podróżować, dzielić się wrażeniami, razem jeść i gadać godzinami, wspólnie pić kawę, albo herbatę, albo wodę, albo sok. Można razem gdzieś iść, albo razem zostać w domu, razem się wygłupiać albo smucić. Możemy się wspierać gdy jest ciężko, być blisko kiedy potrzebujemy, pomagać sobie, być dla siebie oparciem. Robimy to wszystko i każdy dzień jest wypełniony tą decyzją sprzed 27 lat. 
WYBIERAM CIEBIE! 
Wybieram Ciebie kiedy stawiam wodę na herbatę dla nas obojga, kiedy robię obiad, jaki lubisz, kiedy siedzę z Tobą, chociaż chce mi się spać, albo kiedy idę spać razem z Tobą, chociaż w sumie wolę jeszcze posiedzieć. Wybieram Ciebie, kiedy planujemy wspólne wakacje i kiedy robimy codzienne zakupy. Jesteś dla mnie zawsze numerem 1. 
Nie ma większej radości w życiu. 
To było wspaniałe 27 lat i jesteśmy gotowi na następne :)

A tacy byliśmy jeszcze wczoraj :)



środa, 12 lipca 2017

Slot Art Festiwal 2017... tydzień po

Kilka dni temu wróciliśmy ze Slot Art Festiwalu (SAF2017). Życie ma swoje prawa i od razu wkręciło nas w swoje tryby i trybiki. Nie chce się wierzyć, że tylko tydzień temu zaczynaliśmy pierwszy pełny festiwalowy dzień. A jednak.
Jak było tym razem? Jak zwykle, a jednocześnie zupełnie inaczej niż do tej pory - i tak jest zawsze. Jeśli spoglądać na całość - mnóstwo ludzi, fantastyczne spotkania, przyjaźnie, koncerty, wykłady i dłuuuugie rozmowy, kolorowo, raczej głośno, ciekawie, twórczo, pyszna kawa, super ekipa na naszych wykładach (dzięki!), piękny stary klasztor, muzyka, zabawa ... czyli - jak co roku. Ale kiedy przyjrzeć się z bliska - to jednak inne rozmowy, inne miejsca, inne koncerty... Kilkoro przyjaciół nie dało rady przyjechać, przyjechali za to inni; słuchaliśmy innej niż na przykład w zeszłym roku muzyki (tym razem nasze rewelacje to tęskno i Madam Jean Pierre. Fruhstuck'i również dali super koncert, a nawet dwa, ale to akurat nie jest odkrycie tego roku tylko wieloletni podziw :), był też wyjątkowy koncert wyjątkowego Szefa Ochrony - Piotr, dałeś radę!), siedzieliśmy w innym miejscu, a raczej tym razem nie mieliśmy konkretnego ulubionego miejsca do siedzenia, było wyjątkowo spokojnie jak dla nas (choć pewnie nie dla wszystkich).  A więc... inaczej niż dotychczas.
Jak zawsze, ale też inaczej, mieliśmy na Slocie swoje święto - raz jest to nasza rocznica ślubu, a raz urodziny Janusza - tym razem odśpiewano huczne 100 lat przy bramie, a zespół Sarang - laureat sceny konkursowej dał ognia z Dużej Sceny. W pewnym sensie był to specjalny koncert urodzinowy, a w każdym razie tak uznaliśmy. Jubilat dostał też wyjątkowy prezent - płytę zespołu.
Jak zwykle, ale jednak inaczej... Kiedy się człowiek przygląda swojemu życiu, zawsze może dopatrzyć się tych dwóch perspektyw i chyba ich wzajemne przenikanie się tworzy najlepszy obraz. I pozwala cieszyć się tym, co było i z radością oczekiwać Slot Art Festiwalu 2018. W tym samym czasie :).

Twórczość i rozwój - hasła tegorocznej, minionej już edycji...
Tak sobie myślę, wspominam. To był naprawdę dobrze spędzony tydzień. Ale dobrze jest też wrócić.
Spotkałam ostatniego dnia dziewczynkę, która strasznie płakała, że Slot się już kończy i następny będzie dopiero za rok. A rok to przecież tak strasznie długo. Nie udało mi się pocieszyć Małej, ale znalazłam pocieszające myśli dla siebie. Może dziewczynkę też zdołałyby pocieszyć, ale odeszła a ja nie wiem kim była.
Pierwsza myśl to właśnie taka, że dobrze jest z pięknych miejsc wracać. Wtedy można część tych dobrych i pięknych przeżyć przenieść w inne miejsca. To trochę jak z górami - część ich wspaniałości i piękna polega na tym, że gdzieś tam, w dolinie, jest mój dom, w którym jest mój fotel, ulubiony kubek, kapcie i przyjaciele, z którymi mogę wspominać to, co przeżyliśmy razem. Można też planować następne wyprawy albo następne festiwale (swoją drogą rzeczywiście mamy już kilka pomysłów na SAF 2018)
Druga z tych myśli jest taka, że dobrze jest nie być już małą dziewczynką. Kiedy jest się starszym, rok wydaje się krótszy i człowiek ma jednak większy wpływ na to w jaki sposób i dlaczego ten rok przeżyje. Bycie starszym ma oczywiście swoje wady, ale ma też zalety i kiedyś o tym napiszę.
Trzecia jest taka, że twórczość i rozwój, miłość, spotkanie, wolność i Bóg  nie powinny towarzyszyć mi tylko podczas tygodnia Festiwalu. I to ode mnie zależy jak będzie.
Obyśmy 10 lipca 2018 stawili się pod platanem lepsi, mądrzejsi, bardziej twórczy, bardziej kochający, bardziej wolni i bliżsi obrazu Boga. mamy na to cały rok.
 DO ZOBACZENIA 


czwartek, 29 czerwca 2017

Co posiejesz, to wyrośnie


Namnożyło się ostatnio super sposobów na życie - książki, poradniki, kursy, spotkania, szkolenia. I dobrze. Dobrze, że szukamy dróg i sposobów na naszą codzienność, na wychowanie dzieci, na sukces w pracy, na komunikację z najbliższymi i na zdrowe gotowanie. Naprawdę dobrze. Ale jest tego wszystkiego druga strona. Kiedyś (na prawdę dawno) Ryszard Kapuściński na jednym ze swoich wykładów o informacji mówił, że zbyt wiele uwagi poświęca się problemom technicznym, prawom rynku i konkurencji, udoskonaleniom wszelkiego rodzaju a zbyt mało ludzkim, humanistycznym aspektom. I chyba właśnie to jest największym problemem wielu z nas, czasem i moim. 
Niezwykle łatwo jest zapędzić się właśnie w techniczne sposoby i rozwiązania, i pędzić gdzieś z szaloną prędkością zanim jeszcze zadam sobie pytanie gdzie i dlaczego chcę się udać. 
Jeśli nie odrobię tego zdania domowego, nie popracuję najpierw, może się okazać, że znalazłam się w miejscu, w którym nigdy znaleźć się nie chciałam i już niespecjalnym pocieszeniem jest to, że znalazłam się tam szybko, efektywnie i w ogóle w dobrym stylu. 
Dotyczy to w zasadzie każdego aspektu mojego życia. 
Nawet tak trywialnej sprawy jak zgromadzenie na pintereście dwunasty tysięcy wegańskich przepisów, chociaż uwielbiam mięso, jajka, masło i mleko, i nie zamierzam z nich zrezygnować. Czy nie zmarnowałam trochę czasu? Czy nie zapędziłam się trochę?
Wychowanie dzieci - miliony sprawdzonych rad jak nauczyć spać we własnym łóżeczku, jak pobudzać kreatywność od trzeciej godziny życia, jak zrobić z dziecka genialnego naukowca/ przedsiębiorcę, "i twój maluch wkrótce zostanie miliarderem", jak nauczyć dziecko posłuszeństwa, a może właśnie nie powinno być posłuszne...
I znowu - a gdzie w tym wszystkim miejsce na mamę, na tatę i na samo dziecko? I co jeśli nasz doskonale zaplanowany sportowiec-przedsiębiorca- geniusz odkrywa w sobie duszę poety? Poradniki jakich pełno odbierają rodzicom już nawet nie pewność siebie, ale w ogóle możliwość samodzielnego zdecydowania - posłać do przedszkola czy nie (że o żłobku nie wspomnę), kurs chińskiego, chodzenia na linie i liczenia od tyłu czy może spacery z rodzicami. I nie chodzi mi o to, że my podjęliśmy takie a nie inne wybory, ale o to, że każdy powinien dokonywać ich osobiście i w zgodzie z własnymi przekonaniami i potrzebami. A te się różnią. Nie da się w jednym życiu użyć tego wszystkiego, co działa w innym. A już na pewno nie w 100 %.

No i niestety działa to tak, że co posiejesz, to zbierzesz, a jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz...
Znamy człowieka, który wielkim nakładem pracy, poświęcając relacje z dziećmi i żoną, bez wytchnienia wybudował piękny 600 metrowy dom. Żona zajmuje się swoimi sprawami, trójka dzieci dawno się wyprowadziła, facet pracuje jak oszalały, bo się przyzwyczaił, domu nikt nie chce kupić. Kot ma niezłe warunki. Mężczyzna świeżo po 50-tce twierdzi, że zmarnował najlepsze lata swojego życia żeby wybudować 600 metrowy domek dla kota.
Znam też małżeństwo, które, kiedy odchowało już swoje własne dzieci, zajęło się pomaganiem innym. Ludzie otwarli rodzinny dom dziecka. Może nie zawsze jest łatwo, ale satysfakcja z życia - jakże inna. 

Stara przypowieść mówi, o tym, że dom postawiony na skale ma zasadniczo większe szanse postania dość długo, niż dom postawiony na piasku. 
Bajka o trzech świnkach też mówi o budowaniu domku - z cegieł, z drewna i z siana. Wiadomo jak było, kiedy przyszedł wilk.
Znamy te historie, a jednak bardzo trudno jest nam w dzisiejszym świecie zatrzymać się i pomyśleć o tym dokąd, z kim idę i dlaczego.
Żył kiedyś król, podobno najmądrzejszy na ziemi. Miał wiele, wiele widział, wiele przeżył, sam mimo swojej mądrości kilka głupot w życiu zrobił. I wyciągnął wnioski. 
Między innymi taki, że kiedy nie staram się być mądrym człowiekiem, to nie powinnam być zdziwiona, kiedy "kończy się rumakowanie" i przychodzą kłopoty. 

Mądrość woła głośno na ulicy, na placach podnosi swój głos, woła na rogu ulic pełnych wrzawy, wygłasza swoje mowy w bramach miasta. Jak długo wy, prostaczkowie, kochać się będziecie w prostactwie, a wy, szydercy, upodobanie mieć będziecie w szyderstwie, a wy, głupcy, nienawidzić będziecie poznania? Zwróćcie uwagę na moje ostrzeżenie! Oto chcę wam wyjawić moje myśli, obwieścić wam moje słowa:
Ponieważ wołałam, a nie chcieliście słuchać, wyciągałam ręce, a nikt nie zważał, ponieważ nie poszliście za moją radą i nie przyjęliście mojego ostrzeżenia, dlatego i ja śmiać się będę z waszej niedoli, szydzić będę z was, gdy was ogarnie strach, gdy padnie na was strach jak burza, a nieszczęście przyjdzie na was jak wicher, gdy was ogarnie niedola i utrapienie.
Wtedy wzywać mnie będą, lecz ich nie wysłucham, szukać mnie będą, lecz mnie nie znajdą, bo nienawidzili poznania i nie obrali bojaźni Pana, nie chcieli mojej rady, gardzili każdym moim ostrzeżeniem, dlatego muszą spożywać owoc swojego postępowania i sycić się swoimi radami, gdyż odstępstwo prostaków zabija ich, a niefrasobliwość głupców ich gubi.
Lecz kto mnie słucha, bezpiecznie mieszkać będzie i będzie wolny od strachu przed nieszczęściem.
Księga Przypowieści Salomona

Tak więc życzymy udanych wakacji i wiele mądrości :)

czwartek, 15 czerwca 2017

Albo rybki, albo akwarium - sztuka wyboru


Mówi się "albo rybki, albo akwarium" - no to jak na razie wybrałam akwarium. Uznałam, póki co, że akwarium bez rybek i tak jest lepsze niż rybki bez akwarium. Cała sprawa trwała dość długo i jest propozycją mojej córki. Chyba razem z bratem postanowili zorganizować mi coś, czym będę się mogła opiekować kiedy oni oboje prowadzą już samodzielne życie, ale to temat na inną okazję. W każdym razie stanęło na tym, że będę miała akwarium. A nawet już mam. Złośliwy chichot losu prawił, że kiedyś, dawno, dawno temu było to marzenie mojego Ukochanego. Jemu marzenie przeszło, ale dzieci gdzieś zapamiętały, że "zawsze chcieliście mieć akwarium". No, ja nadal chcę :) i jest.
Jak napisałam powyżej, póki co wybraliśmy rozpoczęcie przygody od akwarium jako takiego, na rybki czas jeszcze przyjdzie - czyli wybraliśmy kolejność. To było dość łatwe: 
1. sam "akwariumowy" pojemnik (tu wybór był dość prosty, bo dostałam używany), 
2. podłoże - żwir, piasek, kamyczki, substrat dla roślin, drobniejszy piasek, grubszy żwir, większe kamienie??? - i już zaczyna być jasne o co mi tym razem chodzi.... 
3. woda - niby zwykła woda, ale jak się napisze do wujka Googla albo poczyta na akwarystycznych forach, to rozwija się sześć milionów witryn na ten temat - mineralna/ ze studni/ z kranu/ uzdatniana/ filtrowana etc, etc... Można się dowiedzieć jakiegoś miliona zupełnie sprzecznych informacji.
4. roślinki -  jakie??? Podobno szacuje się, że na świecie żyje około 500 tysięcy gatunków roślin. Czytając poradniki, można uwierzyć, że połowa z nich nadaje się do hodowania w jakiegoś rodzaju akwarium. RATUNKU!!! A może całkiem bez roślin? (myślałam, że to bez sensu, ale okazuje się, że są akwaria bez roślin i to przepiękne...)
"Zależy czego pani oczekuje i co się pani podoba" - tanganika, takashi amano, malawi, jedno czy wielogatunkowe? a może morskie? albo biotopowe w stylu "czarne wody"?
Głowa mała!!!
Okazuje się, że w dzisiejszym świecie, w sprawie akwarium można mieć w zasadzie całkiem wszystko. Ale niestety nie na raz. Jeśli założę jedno - nie będę miała drugiego. Ani trzeciego. Ani w ogóle żadnego innego. Ale podobają mi się oba. Chyba, że... zrobię dwa. Albo trzy......naście. Ale wtedy zapewne okaże się, że jeszcze pięć innych mi się podoba i ich akurat nie mam. Gdzie jest koniec? 
Wreszcie już miałam na końcu języka - wiecie co? jednak nie chcę akwarium. 
Ale chciałam. Tylko nie wiedziałam jakie...
Okazuje się, że kiedy jest tak wiele do wyboru, można z niego zrezygnować. Zupełnie nic nie wybrać, żeby nie tracić tych wszystkich akwariów, których nie zrobię, jeśli zrobię to jedno. 
I nie mieć nic. 
Jest o tym mnóstwo artykułów, które przekonują, że prościej jest wybrać jedno z dwóch niż z tysiąca. Ale zupełnie co innego - stanąć przed takim wyborem. Nawet w kwestii "głupiego"akwarium. 
Okazuje się, że w teorii "wybrać wystarczająco dobre" jest łatwo. Ale kiedy się przed tym wyborem stoi, nadal można nie wiedzieć jakie wyda mi się wystarczająco dobre...
I tak sobie myślę, że to może dotyczyć niemal wszystkiego - już wiadomo, że akwarium, ale też koloru ścian w kuchni, i mebli do tej kuchni, wyboru kierunku studiów, miejsca na wakacje, a nawet związania się z grupą przyjaciół czy podjęcia decyzji o związku z tą, a nie inną osobą. 
Nie jest to łatwe, ale żeby coś mieć, trzeba się na coś zdecydować i zrezygnować z czegoś innego. Nie mogę zjeść ciastka i nadal go mieć, ale mogę się cieszyć tym zjadaniem i pamiętać o jego dobrym smaku. Inaczej ciastko się zepsuje a ja nadal będę się zastanawiała. Jak osiołek nad żłobem ze starego wierszyka.
No i nie ma co przemyśliwać przez kolejne lata czy dobrze zrobiłam?, czy na pewno dobrze wybrałam? Można utknąć na bardzo, bardzo długo w takim miejscu bezsensownego rozmyślania i zgorzknieć na potęgę. A nie warto. Daleko lepiej przyjrzeć się ze spokojem temu, czego chcę i na spokojnie wybrać. W kwestii akwarium to, co podoba mi się bez przerabiania mieszkania i wzmacniania podłogi u sąsiada poniżej i ścian nośnych w całym budynku. W innych kwestiach - to co mogę i czego chcę tam, gdzie jestem. I już. Niby proste, ale niestety dość trudne. Czasem skomplikowane bywa jednak łatwiejsze :)

Wybrałam jakie chcę akwarium. Kupiłam i posadziłam roślinki. Teraz akwarium "dojrzewa", a jak skończy dostanie lokatorów. Wybrałam już rybki. Dwa gatunki.. 


wtorek, 30 maja 2017

Stara fotografia

Znalazłam ostatnio takie zdjęcie. Leżało sobie wsunięte między jakieś papiery. Dokładniej to Szanowny Małżonek znalazł. 
Dzisiaj mija równe 40 lat od dnia, w którym je zrobiono. Pamiętam, bo to było dzień przed moimi urodzinami, a jego robieniu towarzyszyło wiele emocji. W końcu było to pierwsze prawdziwe, poważne zdjęcie. Miało być dla babci i dziadka i do szkolnej legitymacji. Do dziś pamiętam te kokardy w kratkę; były kolorowe, błyszczące i bardzo je lubiłam...
No i minęło właśnie równe 40 lat. Wyglądam trochę inaczej i w ogóle wiele, wiele rzeczy się zmieniło. Przy takiej okazji trudno nie mieć refleksji o upływającym czasie, o dorośnięciu i w ogóle o życiu. Jak to się w ogóle stało, że oba zdjęcia pokazują tę samą osobę? 

Wychodzi na to, że jutro kończę 47 lat. Zadziwiające.
Ale z drugiej strony... Jak pomyślę jaką drogę przeszłam, co udało mi się zrobić, ile przeżyłam... No gdzieś to trzeba upchnąć. 
A 47 lat to wcale nie aż tak dużo. 
Podróże - nie było tego imponująco dużo, ale dziewczynka ze zdjęcia na górze dopiero miała jechać na swoje pierwsze kolonie do Sandomierza i nic jeszcze na ten temat nie wiedziała. Morze, góry, jeziora, obozy i samotne wyprawy. Potem wyjazdy z dziećmi, a teraz już bez dzieci... Kawał życia :)
Spotkania z ludźmi... - jakiż ogrom różnych osób miał, i ma nadal, wpływ na mój sposób myślenia i na moje decyzje! No trudno tu nie wspomnieć najważniejszego człowieka, którego spotkałam, który zmienił moje życie kompletnie. Podjął ryzyko zostania moim Mężem i trwa w swoim postanowieniu 27 lat. Szacun i wdzięczność.
Nie wszystko oczywiście to cud, miód i orzeszki. Między różami zdarzały się ciernie, a droga pod górę bywała bardzo męcząca. Kilka razy spadłam i się potłukłam. Prawda, ale to co przeżyłam, ukształtowało to, kim jestem. Bez błędów i porażek byłabym kimś zupełnie  innym. 
Jednym słowem kończę czterdziesty siódmy rok życia z wdzięcznością Bogu i ludziom oraz oczekiwaniem co będzie dalej. 

czwartek, 25 maja 2017

Dokąd biegniesz?


To pytanie towarzyszy mi dzisiaj od czasu porannego kontaktu z bieżnią. Przeszłam w dość dobrym tempie 2 kilometry nie ruszając się z miejsca. Zawiedzionych moim "wynikiem" informuję, że to była rehabilitacja a nie trening :), ale do rzeczy - szłam sobie we wspomnianym już dobrym tempie, pilnowałam postawy i... miałam trochę czasu na myślenie. No i myślałam o celu właśnie. Dokąd idę? Ok, ćwiczyłam i cel w przestrzeni, oczywiście nie jest istotą treningu na bieżni, ale... 
Jak często biegniemy, spieszymy się, zdobywamy kolejne punkty, szczyty i pokonujemy trasy kompletnie nie zastanawiając się po co? Świat, w którym żyjemy trochę nas do tego skłania, ale na prawdę nie wszystko, co robimy i co dzieje się wokół jest winą tegoż świata! To my sami wybieramy mniej lub bardziej świadomie nasze cele. Generalnie nikt nas nie zmusza. To my sami gonimy za różnymi rzeczami, i jeśli źle wybierzemy, nasze cele mogą rozpłynąć się we mgle jakby nigdy nie istniały. 
Pytania po co, dokąd, dlaczego i dla kogo może nie zawsze są wygodne, ale warto je sobie postawić. 
Co jest moim celem? 
Dlaczego w ogóle gdzieś zmierzam?

czwartek, 11 maja 2017

Druga strona medalu

Jak wiadomo medale, i nie tylko one, mają dwie strony. Często o tych medalach mówimy, gdy dostrzegamy, że coś jest z jednej strony fajne i się nam podoba, ale z drugiej strony już takie fajne nie jest. Czasem mówimy po prosu o dwóch aspektach jakiejś sprawy ale częściej wygląda to tak, że o ile obie strony medalu - na przykład złotego, są złote, o tyle ta druga strona wydarzenia, czy sytuacji o której mówimy już taka złota nie jest. Zresztą po bliższym przyjrzeniu się i ta pierwsza też bywa tylko złotego koloru, albo jest nawet całkiem szara, ale tak jakoś zaświeciło słońce...
No i tym razem właśnie o tym. Kilka już razy pisaliśmy, że relacje kosztują, że trzeba nad nimi pracować, i że bez poświęcenia nic z tego nie będzie (na przykład tutaj i tutaj). Przyszedł czas na tę "drugą stronę". Wolelibyśmy pewnie wszyscy (my na pewno) żyć w świecie, w którym ten post byłby zupełnie niepotrzebny, ale taki świat jest niestety wyłącznie w filmach Disneya i kilku innych wytwórni.
W prawdziwym życiu, niestety, to o czym piszemy czasem nie działa. Istnieją na nim ludzie, którzy nie tylko nie docenią twojego poświęcenia, twojej miłości i zaangażowania, ale cynicznie je wykorzystają i jeszcze w tobie zbudują poczucie winy, kiedy tylko spróbujesz się od nich uwolnić. Nie będę się upierać, że to źli do szpiku kości ludzie i należy takich odizolować. Nie wiem. Czasem rzeczywiście sami też są ofiarami różnych historii, wydarzeń, czy po prostu poprzednich ofiar czegoś czy kogoś. I to prawda, że czasem sami potrzebują pomocy. Ale takie, najtrudniejsze nawet historie, a czasem wcale nie o nie chodzi, nie dają nikomu prawa do wykorzystywania drugiego człowieka. I nie wolno się na to godzić. Nigdy. 
Kilka razy spotykaliśmy się ostatnio z młodymi ludźmi. Rozmawiamy o życiu, o relacjach, o przyjaźni i miłości. I prawie zawsze pada pytanie - to jak mam wybrać? czym kierować się przy podejmowaniu decyzji o wspólnym życiu?
Odpowiedź jest dość prosta, choć czasem niełatwa. 
Kieruj się SERCEM I ROZUMEM!
Dzisiejszy świat trochę zwodzi nas swoim nastawieniem na emocje. Jeśli się zakochasz - nic nie da się z tym zrobić, musisz iść za głosem serca. I delikatne, wrażliwe osoby z tego właśnie powodu lądują czasem w bardzo nieprzyjemnych miejscach. Dlaczego? Bo ja go/ją tak bardzo kocham... Bo na pewno w końcu się zmieni... Bo jak ona/on poradzi sobie beze mnie? I jakieś dwa miliony podobnych przekonań łączących w sobie beznadzieję, strach, przekonanie o własnej małości z pewną nutką szlachetności, bo przecież "tylko ja potrafię tak kochać, nikt inny by z nim/ z nią nie wytrzymał". I mijają kolejne lata rozpaczy, samotności, żalu, rozczarowania, beznadziei, strachu i przekonania o własnej małości, a jednak z nutką szlachetności... już było? tak, bo to zaklęty krąg, z którego strasznie trudno się wyplątać. Na dodatek z czasem człowiek przyzwyczaja się do zimy, śniegu, deszczu i szarości, i z niedowierzaniem wita każdy promień słońca. Jak wilk w ZOO wydeptuje sobie ścieżkę, z której nie potrafi już zejść nawet kiedy krat dawno już nie ma. 
Tak więc wspomagaj się sercem, pewnie, że tak, uczucia są dość ważne w naszym życiu. Ale rozumu nie zastąpią. I jeśli serce podpowiada ci źle - nie idź za nim. Z całym szacunkiem do serca własnego i do każdego z Waszych serc - one naprawdę bywają zwodnicze. Przykra sprawa. Nasze własne serce potrafi nas oszukać i dlatego niestety nie jest dobrym doradcą. Nie chodzi przy tym o to, by serce z życia wyrzucić, ale o to, by nie pozwolić mu kierować. 
Jeśli kierujemy się tylko rozumem, to też nie najlepiej, oczywiście. Sami stajemy się trochę bezduszni, łatwo ranimy innych. Równowaga przydaje się i w tę stronę. 
Tak więc kiedy podejmujemy w naszym życiu decyzje, które nie tylko nas dotyczą, kierujmy się i sercem i rozumem. 

piątek, 5 maja 2017

Drogocenne rzeczy dużo kosztują

Drogocenne rzeczy dużo kosztują.
Oczywista sprawa. Jeśli chcemy mieć coś cennego - musimy za to zapłacić. Za najdroższe rzeczy - najwięcej. Proste? Niby tak. Jeśli chodzi o samochody, domy i mieszkania czy biżuterię, to sprawa jest posta i oczywista. Ale zupełnie inaczej sprawy się mają, kiedy przychodzi do codziennego życia. A tutaj to jeszcze ważniejsza sprawa. Za cenne rzeczy trzeba zapłacić. I o ile można czasem trafić jakieś cudo na wyprzedaży czy promocji, to w naszych relacjach nie ma drogi na skróty. Zaufanie, wierność, miłość, przyjaźń - je się zdobywa. I trzeba za nie zapłacić. Przyjaźń czy miłość z wyprzedaży??? Nie, dziękuję.
Drogocenne rzeczy dużo kosztują. Potrzebują Twojego zaangażowania, uwagi, czasu, poświęcenia, codziennej pracy, o której już ( tu ) pisałam. I o tym oczywiście też trzeba pamiętać, ale już na samym początku - miej świadomość tego, że jeśli chcesz mieć coś cennego - musisz ponieść koszt. Dostajesz za darmo - ale jeśli przyjmujesz, Twoje życie się zmienia.
Coraz częściej słychać z każdej strony o utrzymaniu swojej niezależności, nie ponoszeniu kosztów, dbaniu o siebie. Nie chodzi o to żeby zaniedbać swoje sprawy, i o tym tez już pisaliśmy, ale bez poświęcenia siebie i swoich spraw nie da się  zbudować żadnej relacji. 
Znajomi dostali małego pieska. I niby za darmo. Ale od czasu jak go mają - ich życie mocno się zmieniło. Z pieskiem trzeba wychodzić na spacery nawet w taką paskudną pogodę, jaką mamy tej wiosny, piesek potrzebuje jedzenia i picia, swojego miejsca w domu, wyrozumiałości gdy coś nabroi. No i zmienia się w psa. 

Śledząc Facebook'a, czy inne media, można zauważyć, że to wydaje się ludziom znacznie bardziej oczywiste niż dbanie o relacje na przykład z żoną, czy mężem. Albo pracownikiem. Potem pytamy "dlaczego" i ogólnie jesteśmy rozczarowani, rozżaleni i nieszczęśliwi... No i tego chyba nie rozumiem.
Jeśli płacisz za szkiełko - nie oczekuj, że dostaniesz diament. 

sobota, 29 kwietnia 2017

Jak przetrwać długi weekend?


Tak, wiem, że dziś jest sobota, a nie czwartek, i w zasadzie nie jest to czas na kolejnego posta, ale... właśnie zaczął się długi weekend. U nas całodniowym deszczem, wiatrem i temperaturą nieprzekraczającą 4°C... I tak nieźle, bo wczoraj padał śnieg. 
Swoją drogą, jeśli dobrze pamiętam4°C to dość specyficzna temperatura dla wody, bo w właśnie w takiej ma ona największą gęstość i najmniejszą objętość. Szłam dziś w deszczu i z tą gęstością to chyba prawda... Naprawdę nie wiem, co byłoby gdyby miała większą objętość, bo więcej deszczu chyba po prostu się już nie zmieści. Gdyby było tylko trochę cieplej, a zatem wody byłoby objętościowo więcej, mielibyśmy chyba prawdziwy potop...
No ale wcale nie jestem pewna czy jest to dobre pocieszenie na właśnie rozpoczynający się długi weekend. 
Sklepowe półki z napisem "sezon grillowania rozpoczęty" i podobnymi uginają się pod własnym ciężarem, ci z nas, którym udało się wykręcić z zimowo-weekendowego wyjazdu siedzą zmierzli w domu, ci, którym się nie udało już pojechali albo właśnie kończą się pakować...
Co robić w taką pogodę???
No i właśnie o tym dziś piszę. No bo coś robić trzeba i chyba warto nie zmarnować tych kilku wolnych dni. Pogoda zdecydowanie nie jest tym razem naszym sprzymierzeńcem, ale podobno wszystko ma swoje plusy. Jakie? Nie chciałabym jakoś szczególnie truć, ale taka pogoda naprawdę nie musi oznaczać jedynie siedzenia w domu przed ekranem telewizora czy innym monitorem i kompulsywnego zażerania się paluszkami ani nawet bezglutenowymi czipsami z brokułów. Można przecież coś z tym zrobić i zapamiętać ten wybitnie mokry i beznadziejnie się zapowiadający weekend jako jeden z fajniejszych. 
Chcieć to móc, a taka pogoda jak ta za oknem może być najlepszym wstępem do kreatywności. Po prostu nas do niej zmusi... Mimo wszystko, jeśli się trochę postaramy może przecież być fajnie.
Sami kilka tego rodzaju weekendów już przeżyliśmy, więc kilka podpowiedzi:
- Mimo wszystko można iść na spacer lub małą wycieczkę. Tak, zmokniemy i zmarzniemy, ale jak potem smakuje gorące kakao czy zupa. No i można przecież ubrać gumowce, ciepłą kurtkę i tak dalej. We mnie samej też aż coś się burzy przeciwko wyciąganiu zimowych ciuchów, które zdążyłam już schować, ale...
- Oglądanie całej Trylogii Tolkiena To znaczy tak naprawdę Petera Jacksona, ale co tam. Można zrobić jakieś fajne hobbitowe jedzenie i siedzieć przy filmie. Jak ktoś lubi inny film, to też można, ale dla nas Władca zawsze działa
- Zrobić dodatkowe zakupy i upiec, ugotować coś niezwykłego - albo coś czego dawno nie robiliśmy, albo coś, czego nie robiliśmy jeszcze nigdy. Im bardziej pracochłonne tym... lepiej. W końcu kiedy jak nie w taki długi weekend?
- To może być naprawdę niezła okazja na dobrą imprezę. Można kogoś zaprosić, albo kogoś odwiedzić. Nawet jeśli jesteśmy "wyjechani", można pojechać do kogoś kto jest niedaleko.
- Można cały dzień grać w państwa-miasta albo rysować głupie obrazki czy komiksy. Ale bez papieru i czegoś do pisania trudno.
- można też zrobić porządek w szafie, albo na półce z książkami czy w biurku, ale ten pomysł jakoś blado wygląda przy pozostałych  :)
Generalnie chodzi o to żeby nie dać się nudzie i złości z powodu tego, że nie jest tak, jak zaplanowaliśmy. I nie tyle ten weekend przetrwać, co dobrze go wykorzystać.
POWODZENIA!



czwartek, 27 kwietnia 2017

Życie i śmierć jest w mocy języka...

Życie i śmierć w mocy języka? Czy to nie przesada? 


Kilka dni temu słuchałam historii niesłusznie oskarżonego i skazanego człowieka. Odsiedział kilka lat, bo ktoś coś powiedział.
Wczoraj słyszałam rozmowę kilkuletniego dziecka z tatą. Mały coś przeskrobał i rozmawiali. Nie wiem co zrobił i w sumie nie wiem jak potoczyła się rozmowa, ale mały był przejęty. Poruszyło mnie pytanie młodego mężczyzny - "no, ale powiedziałeś o tym mamie?", a w zasadzie poruszająca była odpowiedź chłopca: - "nie, nie powiedziałem, bo się boję". 

Jakieś mnóstwo lat temu pewien przystojny facet zapytał czy zostanę jego żoną. Odpowiedziałam, że tak. 

Kocham Cię
Jesteś cudowna.
Wyjdź.
Odchodzę.
Oj, słowa mają moc. Ogromną.
Pewnie, że powinny (za tymi dobrymi) iść czyny, ale same słowa też mogą bardzo wiele. I nawet całkiem dobre czyny można złymi słowami kompletnie zepsuć...
W zasadzie to właśnie nasze słowa budują między nami atmosferę i albo jest to zaufanie i pokój, albo wręcz przeciwnie. To słowami podtrzymujemy na duchu, dodajemy odwagi, pocieszamy. I słowami potrafimy niszczyć, podcinać skrzydła, odbierać nadzieję. To słowami opisujemy naszą dumę ale też nimi wyrażamy pychę, a to całkiem co innego...
Używamy też słów, by pisać bloga :)
Podobno to trochę jak w statku - w sumie bardzo niewielki ster, a jednak to on kieruje nim całym; i tak ten, kto potrafi panować nad swoim językiem jest bliski doskonałości i zwykle w ogóle potrafi panować nad całą resztą siebie. 
I chodzi w tym nie tyle o ilość słów, chociaż i to ma znaczenie, co raczej o to jakie to są słowa. Po co i jak ich używamy. Coś w tym jest prawda?
Dotyczy to przecież wszystkich relacji w jakich żyjemy. I tych najbliższych - w dużej mierze to słowa tę bliskość przecież utrzymują, i tych dalszych, które też są tak bardzo zależne od tego "kiedy się do mnie wreszcie odezwiesz". 
Ciekawa sprawa - czasem wcale nie największy i najsilniejszy posiada rzeczywistą siłę, ale właśnie ten, kto panuje nad językiem. To nim wydaje on przecież rozkazy.
Nawet w tak błahej w sumie sprawie jak pogoda za oknem - ileż można usłyszeć. I zaraz widać, a raczej słychać, jak z tym panowaniem nad językiem u mijanych osób jest. 
"Tak mi się wyrwało"... Jasne...
Tymi samymi ustami wyznajemy miłość i nienawiść, klepiemy bez sensu i dajemy dobre, pełne miłości rady, straszymy, grozimy i zapewniamy o naszej lojalności i chęci pomocy. Coś tu chyba czasem jest nie tak, prawda? Może warto się postarać i dawać jednoznaczne komunikaty?
Tak, żeby nikt z naszych bliskich nie bał się przyznać do tego, co przeskrobał.
Tak, żeby można było ufać naszym słowom, i aby przynosiły one pokój, radość, bezpieczeństwo i ciepło, chociaż pogoda... taka sobie.
Warto zacząć już teraz.

czwartek, 20 kwietnia 2017

Wierzę w wiosnę!


  Ostatnie dni zaskoczyły mnie pogodą. Zaskoczyły w sensie negatywnym. Kwiecień-plecień, ale bez przesady. A miało być już tylko lepiej. Słoneczko, rozsądna temperatura, spacery i w ogóle, wiosną wszystko jest przecież lepsze. Przeczekałam zimę, starałam się nie narzekać. I teraz miało być wreszcie cudownie. Czekałam na to od kilku miesięcy. Już, już. I rzeczywiście - temperatura trochę się podniosła, zaczęło się robić zielono. Kilka dni było naprawdę cudownych i... kiedy już opuściłam gardę, przestałam się stroszyć, schowałam głęboko (żeby ich nie widzieć przez pół roku) zimowe kurtki, płaszcze, czapki, buty i szaliki zima zaatakowała. Bezlitośnie. Wiatrem, zimnem i deszczem, a zaraz potem mrozem i śniegiem. Brrrr!
To zabolało! Naprawdę zabolało. I boli nadal, ale...
I tutaj następuje osobista deklaracja:
- wierzę w wiosnę! 
- wierzę, że w końcu pokona mróz, że kwiaty nie skisną od niego, tylko wykorzystają soki, które zaczęły już krążyć i wybiją na nowo jak tylko będzie okazja, zakwitną a potem, gdy przyjdzie ich czas, wydadzą owoce,
- wierzę, że wiosna może przyjść nawet po bardzo długiej i ponurej zimie,
- wierzę, że może ożywić nawet naprawdę źle wyglądające badyle,
- wierzę, że da rady zazielenić nawet najbardziej zamarzniętą ziemię,
- wierzę, że może przyjść i rozgrzać wszystko to, co zmarznięte 
- wierzę, że może rozświetlić ponurość i wlać kolory w zimową biel i czerń.
Wierzę, że to wszystko stanie się już niedługo. 
Wierzę, że znów to zobaczę.
Jestem pewna, tego, czego się spodziewam.
Widziałam to już wiele razy.

czwartek, 13 kwietnia 2017

Świąteczne tradycje

Spędziliśmy dzisiaj naprawdę dobry dzień. Jedną z atrakcji był pyszny obiad, który został zrobiony według starego przepisu, który zdobyliśmy od kogoś dawno, dawno temu, gdzieś na początku naszego małżeństwa. Zawsze było to jedno z naszych ulubionych dań i ostatnio przypomniał nam o nim nasz syn, który przed świętami zjechał do domu. Przepis przez wiele miesięcy leżał odłogiem gdzieś tam w zapomnianym zeszycie i wszyscy niemal zapomnieliśmy jak dobre danie z niego wychodzi. No po prostu pychota. 
Gdy tylko potrawa znalazła się na stole i po pokoju rozszedł się smakowity zapach przypomniał mi co najmniej kilka wspaniałych chwil sprzed wielu lat. Mógłbym wymienić imiona osób, z którymi jedliśmy to wspaniałe danie. Smak, zapach i wygląd przeniósł mnie wręcz w magiczny sposób do przeszłości. Niemal poczułem tamte chwile. 

Myślę, że podobnie będzie gdy w Wielkanocną niedzielę zasiądziemy do świątecznego śniadania. Siądziemy razem przy stole. Będą rozmowy, bliskość ważnych dla nas osób. Już się na to cieszę. Mnóstwo drobnostek, które się na ten dzień składają. Naszą tradycją, która wywodzi się z mojego rodzinnego domu jest jedzenie grubego plastra szynki wraz z kromkami chałki. Nasze dzieci, chociaż już dorosłe, wręcz czekają na ten moment i zawsze przed świętami pytają czy na pewno szynka jest już przygotowana. Jest.
Potrawy, zapachy, przedmioty itp. potrafią nam przypominać przeszłość, a nawet w jakiś sposób przenosić w czasie. Możemy na chwilę poczuć się znowu małym dzieckiem czekającym w świąteczny niedzielny poranek na kawał szynki, który tak długo czekaliśmy. 
Ale sednem tego Święta jest coś daleko większego. Świętowanie dla samego święta jest trochę bez sensu. Świętowanie szynki, zajączka czy jajka - też raczej słabo. 
Świętujemy Wielkanoc. I nie chodzi, jak myślał kiedyś mały synek naszej koleżanki o jakąś bardzo wielką noc, która jest trochę przerażająca, ale o noc Wielką. 
Noc Zmartwychwstania.