piątek, 14 lipca 2017

27 lat i wciąż dobrze nam razem :)

1989 impreza po maturze - tacy byliśmy :)
No i kolejny raz świętujemy rocznicę naszego ślubu. 27 lat temu powiedzieliśmy sobie TAK i dobrze zrobiliśmy. Najlepiej!
Gdybyśmy decydowali dzisiaj, powiedzielibyśmy to jeszcze głośniej:). Te 27 lat może nie zawsze było bardzo łatwe, ale zawsze, zawsze zawsze była to najlepsza decyzja. Razem jest po prostu lepiej. Można się razem śmiać - samemu to zawsze trochę głupie, można razem podróżować, dzielić się wrażeniami, razem jeść i gadać godzinami, wspólnie pić kawę, albo herbatę, albo wodę, albo sok. Można razem gdzieś iść, albo razem zostać w domu, razem się wygłupiać albo smucić. Możemy się wspierać gdy jest ciężko, być blisko kiedy potrzebujemy, pomagać sobie, być dla siebie oparciem. Robimy to wszystko i każdy dzień jest wypełniony tą decyzją sprzed 27 lat. 
WYBIERAM CIEBIE! 
Wybieram Ciebie kiedy stawiam wodę na herbatę dla nas obojga, kiedy robię obiad, jaki lubisz, kiedy siedzę z Tobą, chociaż chce mi się spać, albo kiedy idę spać razem z Tobą, chociaż w sumie wolę jeszcze posiedzieć. Wybieram Ciebie, kiedy planujemy wspólne wakacje i kiedy robimy codzienne zakupy. Jesteś dla mnie zawsze numerem 1. 
Nie ma większej radości w życiu. 
To było wspaniałe 27 lat i jesteśmy gotowi na następne :)

A tacy byliśmy jeszcze wczoraj :)



środa, 12 lipca 2017

Slot Art Festiwal 2017... tydzień po

Kilka dni temu wróciliśmy ze Slot Art Festiwalu (SAF2017). Życie ma swoje prawa i od razu wkręciło nas w swoje tryby i trybiki. Nie chce się wierzyć, że tylko tydzień temu zaczynaliśmy pierwszy pełny festiwalowy dzień. A jednak.
Jak było tym razem? Jak zwykle, a jednocześnie zupełnie inaczej niż do tej pory - i tak jest zawsze. Jeśli spoglądać na całość - mnóstwo ludzi, fantastyczne spotkania, przyjaźnie, koncerty, wykłady i dłuuuugie rozmowy, kolorowo, raczej głośno, ciekawie, twórczo, pyszna kawa, super ekipa na naszych wykładach (dzięki!), piękny stary klasztor, muzyka, zabawa ... czyli - jak co roku. Ale kiedy przyjrzeć się z bliska - to jednak inne rozmowy, inne miejsca, inne koncerty... Kilkoro przyjaciół nie dało rady przyjechać, przyjechali za to inni; słuchaliśmy innej niż na przykład w zeszłym roku muzyki (tym razem nasze rewelacje to tęskno i Madam Jean Pierre. Fruhstuck'i również dali super koncert, a nawet dwa, ale to akurat nie jest odkrycie tego roku tylko wieloletni podziw :), był też wyjątkowy koncert wyjątkowego Szefa Ochrony - Piotr, dałeś radę!), siedzieliśmy w innym miejscu, a raczej tym razem nie mieliśmy konkretnego ulubionego miejsca do siedzenia, było wyjątkowo spokojnie jak dla nas (choć pewnie nie dla wszystkich).  A więc... inaczej niż dotychczas.
Jak zawsze, ale też inaczej, mieliśmy na Slocie swoje święto - raz jest to nasza rocznica ślubu, a raz urodziny Janusza - tym razem odśpiewano huczne 100 lat przy bramie, a zespół Sarang - laureat sceny konkursowej dał ognia z Dużej Sceny. W pewnym sensie był to specjalny koncert urodzinowy, a w każdym razie tak uznaliśmy. Jubilat dostał też wyjątkowy prezent - płytę zespołu.
Jak zwykle, ale jednak inaczej... Kiedy się człowiek przygląda swojemu życiu, zawsze może dopatrzyć się tych dwóch perspektyw i chyba ich wzajemne przenikanie się tworzy najlepszy obraz. I pozwala cieszyć się tym, co było i z radością oczekiwać Slot Art Festiwalu 2018. W tym samym czasie :).

Twórczość i rozwój - hasła tegorocznej, minionej już edycji...
Tak sobie myślę, wspominam. To był naprawdę dobrze spędzony tydzień. Ale dobrze jest też wrócić.
Spotkałam ostatniego dnia dziewczynkę, która strasznie płakała, że Slot się już kończy i następny będzie dopiero za rok. A rok to przecież tak strasznie długo. Nie udało mi się pocieszyć Małej, ale znalazłam pocieszające myśli dla siebie. Może dziewczynkę też zdołałyby pocieszyć, ale odeszła a ja nie wiem kim była.
Pierwsza myśl to właśnie taka, że dobrze jest z pięknych miejsc wracać. Wtedy można część tych dobrych i pięknych przeżyć przenieść w inne miejsca. To trochę jak z górami - część ich wspaniałości i piękna polega na tym, że gdzieś tam, w dolinie, jest mój dom, w którym jest mój fotel, ulubiony kubek, kapcie i przyjaciele, z którymi mogę wspominać to, co przeżyliśmy razem. Można też planować następne wyprawy albo następne festiwale (swoją drogą rzeczywiście mamy już kilka pomysłów na SAF 2018)
Druga z tych myśli jest taka, że dobrze jest nie być już małą dziewczynką. Kiedy jest się starszym, rok wydaje się krótszy i człowiek ma jednak większy wpływ na to w jaki sposób i dlaczego ten rok przeżyje. Bycie starszym ma oczywiście swoje wady, ale ma też zalety i kiedyś o tym napiszę.
Trzecia jest taka, że twórczość i rozwój, miłość, spotkanie, wolność i Bóg  nie powinny towarzyszyć mi tylko podczas tygodnia Festiwalu. I to ode mnie zależy jak będzie.
Obyśmy 10 lipca 2018 stawili się pod platanem lepsi, mądrzejsi, bardziej twórczy, bardziej kochający, bardziej wolni i bliżsi obrazu Boga. mamy na to cały rok.
 DO ZOBACZENIA 


czwartek, 29 czerwca 2017

Co posiejesz, to wyrośnie


Namnożyło się ostatnio super sposobów na życie - książki, poradniki, kursy, spotkania, szkolenia. I dobrze. Dobrze, że szukamy dróg i sposobów na naszą codzienność, na wychowanie dzieci, na sukces w pracy, na komunikację z najbliższymi i na zdrowe gotowanie. Naprawdę dobrze. Ale jest tego wszystkiego druga strona. Kiedyś (na prawdę dawno) Ryszard Kapuściński na jednym ze swoich wykładów o informacji mówił, że zbyt wiele uwagi poświęca się problemom technicznym, prawom rynku i konkurencji, udoskonaleniom wszelkiego rodzaju a zbyt mało ludzkim, humanistycznym aspektom. I chyba właśnie to jest największym problemem wielu z nas, czasem i moim. 
Niezwykle łatwo jest zapędzić się właśnie w techniczne sposoby i rozwiązania, i pędzić gdzieś z szaloną prędkością zanim jeszcze zadam sobie pytanie gdzie i dlaczego chcę się udać. 
Jeśli nie odrobię tego zdania domowego, nie popracuję najpierw, może się okazać, że znalazłam się w miejscu, w którym nigdy znaleźć się nie chciałam i już niespecjalnym pocieszeniem jest to, że znalazłam się tam szybko, efektywnie i w ogóle w dobrym stylu. 
Dotyczy to w zasadzie każdego aspektu mojego życia. 
Nawet tak trywialnej sprawy jak zgromadzenie na pintereście dwunasty tysięcy wegańskich przepisów, chociaż uwielbiam mięso, jajka, masło i mleko, i nie zamierzam z nich zrezygnować. Czy nie zmarnowałam trochę czasu? Czy nie zapędziłam się trochę?
Wychowanie dzieci - miliony sprawdzonych rad jak nauczyć spać we własnym łóżeczku, jak pobudzać kreatywność od trzeciej godziny życia, jak zrobić z dziecka genialnego naukowca/ przedsiębiorcę, "i twój maluch wkrótce zostanie miliarderem", jak nauczyć dziecko posłuszeństwa, a może właśnie nie powinno być posłuszne...
I znowu - a gdzie w tym wszystkim miejsce na mamę, na tatę i na samo dziecko? I co jeśli nasz doskonale zaplanowany sportowiec-przedsiębiorca- geniusz odkrywa w sobie duszę poety? Poradniki jakich pełno odbierają rodzicom już nawet nie pewność siebie, ale w ogóle możliwość samodzielnego zdecydowania - posłać do przedszkola czy nie (że o żłobku nie wspomnę), kurs chińskiego, chodzenia na linie i liczenia od tyłu czy może spacery z rodzicami. I nie chodzi mi o to, że my podjęliśmy takie a nie inne wybory, ale o to, że każdy powinien dokonywać ich osobiście i w zgodzie z własnymi przekonaniami i potrzebami. A te się różnią. Nie da się w jednym życiu użyć tego wszystkiego, co działa w innym. A już na pewno nie w 100 %.

No i niestety działa to tak, że co posiejesz, to zbierzesz, a jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz...
Znamy człowieka, który wielkim nakładem pracy, poświęcając relacje z dziećmi i żoną, bez wytchnienia wybudował piękny 600 metrowy dom. Żona zajmuje się swoimi sprawami, trójka dzieci dawno się wyprowadziła, facet pracuje jak oszalały, bo się przyzwyczaił, domu nikt nie chce kupić. Kot ma niezłe warunki. Mężczyzna świeżo po 50-tce twierdzi, że zmarnował najlepsze lata swojego życia żeby wybudować 600 metrowy domek dla kota.
Znam też małżeństwo, które, kiedy odchowało już swoje własne dzieci, zajęło się pomaganiem innym. Ludzie otwarli rodzinny dom dziecka. Może nie zawsze jest łatwo, ale satysfakcja z życia - jakże inna. 

Stara przypowieść mówi, o tym, że dom postawiony na skale ma zasadniczo większe szanse postania dość długo, niż dom postawiony na piasku. 
Bajka o trzech świnkach też mówi o budowaniu domku - z cegieł, z drewna i z siana. Wiadomo jak było, kiedy przyszedł wilk.
Znamy te historie, a jednak bardzo trudno jest nam w dzisiejszym świecie zatrzymać się i pomyśleć o tym dokąd, z kim idę i dlaczego.
Żył kiedyś król, podobno najmądrzejszy na ziemi. Miał wiele, wiele widział, wiele przeżył, sam mimo swojej mądrości kilka głupot w życiu zrobił. I wyciągnął wnioski. 
Między innymi taki, że kiedy nie staram się być mądrym człowiekiem, to nie powinnam być zdziwiona, kiedy "kończy się rumakowanie" i przychodzą kłopoty. 

Mądrość woła głośno na ulicy, na placach podnosi swój głos, woła na rogu ulic pełnych wrzawy, wygłasza swoje mowy w bramach miasta. Jak długo wy, prostaczkowie, kochać się będziecie w prostactwie, a wy, szydercy, upodobanie mieć będziecie w szyderstwie, a wy, głupcy, nienawidzić będziecie poznania? Zwróćcie uwagę na moje ostrzeżenie! Oto chcę wam wyjawić moje myśli, obwieścić wam moje słowa:
Ponieważ wołałam, a nie chcieliście słuchać, wyciągałam ręce, a nikt nie zważał, ponieważ nie poszliście za moją radą i nie przyjęliście mojego ostrzeżenia, dlatego i ja śmiać się będę z waszej niedoli, szydzić będę z was, gdy was ogarnie strach, gdy padnie na was strach jak burza, a nieszczęście przyjdzie na was jak wicher, gdy was ogarnie niedola i utrapienie.
Wtedy wzywać mnie będą, lecz ich nie wysłucham, szukać mnie będą, lecz mnie nie znajdą, bo nienawidzili poznania i nie obrali bojaźni Pana, nie chcieli mojej rady, gardzili każdym moim ostrzeżeniem, dlatego muszą spożywać owoc swojego postępowania i sycić się swoimi radami, gdyż odstępstwo prostaków zabija ich, a niefrasobliwość głupców ich gubi.
Lecz kto mnie słucha, bezpiecznie mieszkać będzie i będzie wolny od strachu przed nieszczęściem.
Księga Przypowieści Salomona

Tak więc życzymy udanych wakacji i wiele mądrości :)

czwartek, 15 czerwca 2017

Albo rybki, albo akwarium - sztuka wyboru


Mówi się "albo rybki, albo akwarium" - no to jak na razie wybrałam akwarium. Uznałam, póki co, że akwarium bez rybek i tak jest lepsze niż rybki bez akwarium. Cała sprawa trwała dość długo i jest propozycją mojej córki. Chyba razem z bratem postanowili zorganizować mi coś, czym będę się mogła opiekować kiedy oni oboje prowadzą już samodzielne życie, ale to temat na inną okazję. W każdym razie stanęło na tym, że będę miała akwarium. A nawet już mam. Złośliwy chichot losu prawił, że kiedyś, dawno, dawno temu było to marzenie mojego Ukochanego. Jemu marzenie przeszło, ale dzieci gdzieś zapamiętały, że "zawsze chcieliście mieć akwarium". No, ja nadal chcę :) i jest.
Jak napisałam powyżej, póki co wybraliśmy rozpoczęcie przygody od akwarium jako takiego, na rybki czas jeszcze przyjdzie - czyli wybraliśmy kolejność. To było dość łatwe: 
1. sam "akwariumowy" pojemnik (tu wybór był dość prosty, bo dostałam używany), 
2. podłoże - żwir, piasek, kamyczki, substrat dla roślin, drobniejszy piasek, grubszy żwir, większe kamienie??? - i już zaczyna być jasne o co mi tym razem chodzi.... 
3. woda - niby zwykła woda, ale jak się napisze do wujka Googla albo poczyta na akwarystycznych forach, to rozwija się sześć milionów witryn na ten temat - mineralna/ ze studni/ z kranu/ uzdatniana/ filtrowana etc, etc... Można się dowiedzieć jakiegoś miliona zupełnie sprzecznych informacji.
4. roślinki -  jakie??? Podobno szacuje się, że na świecie żyje około 500 tysięcy gatunków roślin. Czytając poradniki, można uwierzyć, że połowa z nich nadaje się do hodowania w jakiegoś rodzaju akwarium. RATUNKU!!! A może całkiem bez roślin? (myślałam, że to bez sensu, ale okazuje się, że są akwaria bez roślin i to przepiękne...)
"Zależy czego pani oczekuje i co się pani podoba" - tanganika, takashi amano, malawi, jedno czy wielogatunkowe? a może morskie? albo biotopowe w stylu "czarne wody"?
Głowa mała!!!
Okazuje się, że w dzisiejszym świecie, w sprawie akwarium można mieć w zasadzie całkiem wszystko. Ale niestety nie na raz. Jeśli założę jedno - nie będę miała drugiego. Ani trzeciego. Ani w ogóle żadnego innego. Ale podobają mi się oba. Chyba, że... zrobię dwa. Albo trzy......naście. Ale wtedy zapewne okaże się, że jeszcze pięć innych mi się podoba i ich akurat nie mam. Gdzie jest koniec? 
Wreszcie już miałam na końcu języka - wiecie co? jednak nie chcę akwarium. 
Ale chciałam. Tylko nie wiedziałam jakie...
Okazuje się, że kiedy jest tak wiele do wyboru, można z niego zrezygnować. Zupełnie nic nie wybrać, żeby nie tracić tych wszystkich akwariów, których nie zrobię, jeśli zrobię to jedno. 
I nie mieć nic. 
Jest o tym mnóstwo artykułów, które przekonują, że prościej jest wybrać jedno z dwóch niż z tysiąca. Ale zupełnie co innego - stanąć przed takim wyborem. Nawet w kwestii "głupiego"akwarium. 
Okazuje się, że w teorii "wybrać wystarczająco dobre" jest łatwo. Ale kiedy się przed tym wyborem stoi, nadal można nie wiedzieć jakie wyda mi się wystarczająco dobre...
I tak sobie myślę, że to może dotyczyć niemal wszystkiego - już wiadomo, że akwarium, ale też koloru ścian w kuchni, i mebli do tej kuchni, wyboru kierunku studiów, miejsca na wakacje, a nawet związania się z grupą przyjaciół czy podjęcia decyzji o związku z tą, a nie inną osobą. 
Nie jest to łatwe, ale żeby coś mieć, trzeba się na coś zdecydować i zrezygnować z czegoś innego. Nie mogę zjeść ciastka i nadal go mieć, ale mogę się cieszyć tym zjadaniem i pamiętać o jego dobrym smaku. Inaczej ciastko się zepsuje a ja nadal będę się zastanawiała. Jak osiołek nad żłobem ze starego wierszyka.
No i nie ma co przemyśliwać przez kolejne lata czy dobrze zrobiłam?, czy na pewno dobrze wybrałam? Można utknąć na bardzo, bardzo długo w takim miejscu bezsensownego rozmyślania i zgorzknieć na potęgę. A nie warto. Daleko lepiej przyjrzeć się ze spokojem temu, czego chcę i na spokojnie wybrać. W kwestii akwarium to, co podoba mi się bez przerabiania mieszkania i wzmacniania podłogi u sąsiada poniżej i ścian nośnych w całym budynku. W innych kwestiach - to co mogę i czego chcę tam, gdzie jestem. I już. Niby proste, ale niestety dość trudne. Czasem skomplikowane bywa jednak łatwiejsze :)

Wybrałam jakie chcę akwarium. Kupiłam i posadziłam roślinki. Teraz akwarium "dojrzewa", a jak skończy dostanie lokatorów. Wybrałam już rybki. Dwa gatunki.. 


wtorek, 30 maja 2017

Stara fotografia

Znalazłam ostatnio takie zdjęcie. Leżało sobie wsunięte między jakieś papiery. Dokładniej to Szanowny Małżonek znalazł. 
Dzisiaj mija równe 40 lat od dnia, w którym je zrobiono. Pamiętam, bo to było dzień przed moimi urodzinami, a jego robieniu towarzyszyło wiele emocji. W końcu było to pierwsze prawdziwe, poważne zdjęcie. Miało być dla babci i dziadka i do szkolnej legitymacji. Do dziś pamiętam te kokardy w kratkę; były kolorowe, błyszczące i bardzo je lubiłam...
No i minęło właśnie równe 40 lat. Wyglądam trochę inaczej i w ogóle wiele, wiele rzeczy się zmieniło. Przy takiej okazji trudno nie mieć refleksji o upływającym czasie, o dorośnięciu i w ogóle o życiu. Jak to się w ogóle stało, że oba zdjęcia pokazują tę samą osobę? 

Wychodzi na to, że jutro kończę 47 lat. Zadziwiające.
Ale z drugiej strony... Jak pomyślę jaką drogę przeszłam, co udało mi się zrobić, ile przeżyłam... No gdzieś to trzeba upchnąć. 
A 47 lat to wcale nie aż tak dużo. 
Podróże - nie było tego imponująco dużo, ale dziewczynka ze zdjęcia na górze dopiero miała jechać na swoje pierwsze kolonie do Sandomierza i nic jeszcze na ten temat nie wiedziała. Morze, góry, jeziora, obozy i samotne wyprawy. Potem wyjazdy z dziećmi, a teraz już bez dzieci... Kawał życia :)
Spotkania z ludźmi... - jakiż ogrom różnych osób miał, i ma nadal, wpływ na mój sposób myślenia i na moje decyzje! No trudno tu nie wspomnieć najważniejszego człowieka, którego spotkałam, który zmienił moje życie kompletnie. Podjął ryzyko zostania moim Mężem i trwa w swoim postanowieniu 27 lat. Szacun i wdzięczność.
Nie wszystko oczywiście to cud, miód i orzeszki. Między różami zdarzały się ciernie, a droga pod górę bywała bardzo męcząca. Kilka razy spadłam i się potłukłam. Prawda, ale to co przeżyłam, ukształtowało to, kim jestem. Bez błędów i porażek byłabym kimś zupełnie  innym. 
Jednym słowem kończę czterdziesty siódmy rok życia z wdzięcznością Bogu i ludziom oraz oczekiwaniem co będzie dalej. 

czwartek, 25 maja 2017

Dokąd biegniesz?


To pytanie towarzyszy mi dzisiaj od czasu porannego kontaktu z bieżnią. Przeszłam w dość dobrym tempie 2 kilometry nie ruszając się z miejsca. Zawiedzionych moim "wynikiem" informuję, że to była rehabilitacja a nie trening :), ale do rzeczy - szłam sobie we wspomnianym już dobrym tempie, pilnowałam postawy i... miałam trochę czasu na myślenie. No i myślałam o celu właśnie. Dokąd idę? Ok, ćwiczyłam i cel w przestrzeni, oczywiście nie jest istotą treningu na bieżni, ale... 
Jak często biegniemy, spieszymy się, zdobywamy kolejne punkty, szczyty i pokonujemy trasy kompletnie nie zastanawiając się po co? Świat, w którym żyjemy trochę nas do tego skłania, ale na prawdę nie wszystko, co robimy i co dzieje się wokół jest winą tegoż świata! To my sami wybieramy mniej lub bardziej świadomie nasze cele. Generalnie nikt nas nie zmusza. To my sami gonimy za różnymi rzeczami, i jeśli źle wybierzemy, nasze cele mogą rozpłynąć się we mgle jakby nigdy nie istniały. 
Pytania po co, dokąd, dlaczego i dla kogo może nie zawsze są wygodne, ale warto je sobie postawić. 
Co jest moim celem? 
Dlaczego w ogóle gdzieś zmierzam?

czwartek, 11 maja 2017

Druga strona medalu

Jak wiadomo medale, i nie tylko one, mają dwie strony. Często o tych medalach mówimy, gdy dostrzegamy, że coś jest z jednej strony fajne i się nam podoba, ale z drugiej strony już takie fajne nie jest. Czasem mówimy po prosu o dwóch aspektach jakiejś sprawy ale częściej wygląda to tak, że o ile obie strony medalu - na przykład złotego, są złote, o tyle ta druga strona wydarzenia, czy sytuacji o której mówimy już taka złota nie jest. Zresztą po bliższym przyjrzeniu się i ta pierwsza też bywa tylko złotego koloru, albo jest nawet całkiem szara, ale tak jakoś zaświeciło słońce...
No i tym razem właśnie o tym. Kilka już razy pisaliśmy, że relacje kosztują, że trzeba nad nimi pracować, i że bez poświęcenia nic z tego nie będzie (na przykład tutaj i tutaj). Przyszedł czas na tę "drugą stronę". Wolelibyśmy pewnie wszyscy (my na pewno) żyć w świecie, w którym ten post byłby zupełnie niepotrzebny, ale taki świat jest niestety wyłącznie w filmach Disneya i kilku innych wytwórni.
W prawdziwym życiu, niestety, to o czym piszemy czasem nie działa. Istnieją na nim ludzie, którzy nie tylko nie docenią twojego poświęcenia, twojej miłości i zaangażowania, ale cynicznie je wykorzystają i jeszcze w tobie zbudują poczucie winy, kiedy tylko spróbujesz się od nich uwolnić. Nie będę się upierać, że to źli do szpiku kości ludzie i należy takich odizolować. Nie wiem. Czasem rzeczywiście sami też są ofiarami różnych historii, wydarzeń, czy po prostu poprzednich ofiar czegoś czy kogoś. I to prawda, że czasem sami potrzebują pomocy. Ale takie, najtrudniejsze nawet historie, a czasem wcale nie o nie chodzi, nie dają nikomu prawa do wykorzystywania drugiego człowieka. I nie wolno się na to godzić. Nigdy. 
Kilka razy spotykaliśmy się ostatnio z młodymi ludźmi. Rozmawiamy o życiu, o relacjach, o przyjaźni i miłości. I prawie zawsze pada pytanie - to jak mam wybrać? czym kierować się przy podejmowaniu decyzji o wspólnym życiu?
Odpowiedź jest dość prosta, choć czasem niełatwa. 
Kieruj się SERCEM I ROZUMEM!
Dzisiejszy świat trochę zwodzi nas swoim nastawieniem na emocje. Jeśli się zakochasz - nic nie da się z tym zrobić, musisz iść za głosem serca. I delikatne, wrażliwe osoby z tego właśnie powodu lądują czasem w bardzo nieprzyjemnych miejscach. Dlaczego? Bo ja go/ją tak bardzo kocham... Bo na pewno w końcu się zmieni... Bo jak ona/on poradzi sobie beze mnie? I jakieś dwa miliony podobnych przekonań łączących w sobie beznadzieję, strach, przekonanie o własnej małości z pewną nutką szlachetności, bo przecież "tylko ja potrafię tak kochać, nikt inny by z nim/ z nią nie wytrzymał". I mijają kolejne lata rozpaczy, samotności, żalu, rozczarowania, beznadziei, strachu i przekonania o własnej małości, a jednak z nutką szlachetności... już było? tak, bo to zaklęty krąg, z którego strasznie trudno się wyplątać. Na dodatek z czasem człowiek przyzwyczaja się do zimy, śniegu, deszczu i szarości, i z niedowierzaniem wita każdy promień słońca. Jak wilk w ZOO wydeptuje sobie ścieżkę, z której nie potrafi już zejść nawet kiedy krat dawno już nie ma. 
Tak więc wspomagaj się sercem, pewnie, że tak, uczucia są dość ważne w naszym życiu. Ale rozumu nie zastąpią. I jeśli serce podpowiada ci źle - nie idź za nim. Z całym szacunkiem do serca własnego i do każdego z Waszych serc - one naprawdę bywają zwodnicze. Przykra sprawa. Nasze własne serce potrafi nas oszukać i dlatego niestety nie jest dobrym doradcą. Nie chodzi przy tym o to, by serce z życia wyrzucić, ale o to, by nie pozwolić mu kierować. 
Jeśli kierujemy się tylko rozumem, to też nie najlepiej, oczywiście. Sami stajemy się trochę bezduszni, łatwo ranimy innych. Równowaga przydaje się i w tę stronę. 
Tak więc kiedy podejmujemy w naszym życiu decyzje, które nie tylko nas dotyczą, kierujmy się i sercem i rozumem. 

piątek, 5 maja 2017

Drogocenne rzeczy dużo kosztują

Drogocenne rzeczy dużo kosztują.
Oczywista sprawa. Jeśli chcemy mieć coś cennego - musimy za to zapłacić. Za najdroższe rzeczy - najwięcej. Proste? Niby tak. Jeśli chodzi o samochody, domy i mieszkania czy biżuterię, to sprawa jest posta i oczywista. Ale zupełnie inaczej sprawy się mają, kiedy przychodzi do codziennego życia. A tutaj to jeszcze ważniejsza sprawa. Za cenne rzeczy trzeba zapłacić. I o ile można czasem trafić jakieś cudo na wyprzedaży czy promocji, to w naszych relacjach nie ma drogi na skróty. Zaufanie, wierność, miłość, przyjaźń - je się zdobywa. I trzeba za nie zapłacić. Przyjaźń czy miłość z wyprzedaży??? Nie, dziękuję.
Drogocenne rzeczy dużo kosztują. Potrzebują Twojego zaangażowania, uwagi, czasu, poświęcenia, codziennej pracy, o której już ( tu ) pisałam. I o tym oczywiście też trzeba pamiętać, ale już na samym początku - miej świadomość tego, że jeśli chcesz mieć coś cennego - musisz ponieść koszt. Dostajesz za darmo - ale jeśli przyjmujesz, Twoje życie się zmienia.
Coraz częściej słychać z każdej strony o utrzymaniu swojej niezależności, nie ponoszeniu kosztów, dbaniu o siebie. Nie chodzi o to żeby zaniedbać swoje sprawy, i o tym tez już pisaliśmy, ale bez poświęcenia siebie i swoich spraw nie da się  zbudować żadnej relacji. 
Znajomi dostali małego pieska. I niby za darmo. Ale od czasu jak go mają - ich życie mocno się zmieniło. Z pieskiem trzeba wychodzić na spacery nawet w taką paskudną pogodę, jaką mamy tej wiosny, piesek potrzebuje jedzenia i picia, swojego miejsca w domu, wyrozumiałości gdy coś nabroi. No i zmienia się w psa. 

Śledząc Facebook'a, czy inne media, można zauważyć, że to wydaje się ludziom znacznie bardziej oczywiste niż dbanie o relacje na przykład z żoną, czy mężem. Albo pracownikiem. Potem pytamy "dlaczego" i ogólnie jesteśmy rozczarowani, rozżaleni i nieszczęśliwi... No i tego chyba nie rozumiem.
Jeśli płacisz za szkiełko - nie oczekuj, że dostaniesz diament. 

sobota, 29 kwietnia 2017

Jak przetrwać długi weekend?


Tak, wiem, że dziś jest sobota, a nie czwartek, i w zasadzie nie jest to czas na kolejnego posta, ale... właśnie zaczął się długi weekend. U nas całodniowym deszczem, wiatrem i temperaturą nieprzekraczającą 4°C... I tak nieźle, bo wczoraj padał śnieg. 
Swoją drogą, jeśli dobrze pamiętam4°C to dość specyficzna temperatura dla wody, bo w właśnie w takiej ma ona największą gęstość i najmniejszą objętość. Szłam dziś w deszczu i z tą gęstością to chyba prawda... Naprawdę nie wiem, co byłoby gdyby miała większą objętość, bo więcej deszczu chyba po prostu się już nie zmieści. Gdyby było tylko trochę cieplej, a zatem wody byłoby objętościowo więcej, mielibyśmy chyba prawdziwy potop...
No ale wcale nie jestem pewna czy jest to dobre pocieszenie na właśnie rozpoczynający się długi weekend. 
Sklepowe półki z napisem "sezon grillowania rozpoczęty" i podobnymi uginają się pod własnym ciężarem, ci z nas, którym udało się wykręcić z zimowo-weekendowego wyjazdu siedzą zmierzli w domu, ci, którym się nie udało już pojechali albo właśnie kończą się pakować...
Co robić w taką pogodę???
No i właśnie o tym dziś piszę. No bo coś robić trzeba i chyba warto nie zmarnować tych kilku wolnych dni. Pogoda zdecydowanie nie jest tym razem naszym sprzymierzeńcem, ale podobno wszystko ma swoje plusy. Jakie? Nie chciałabym jakoś szczególnie truć, ale taka pogoda naprawdę nie musi oznaczać jedynie siedzenia w domu przed ekranem telewizora czy innym monitorem i kompulsywnego zażerania się paluszkami ani nawet bezglutenowymi czipsami z brokułów. Można przecież coś z tym zrobić i zapamiętać ten wybitnie mokry i beznadziejnie się zapowiadający weekend jako jeden z fajniejszych. 
Chcieć to móc, a taka pogoda jak ta za oknem może być najlepszym wstępem do kreatywności. Po prostu nas do niej zmusi... Mimo wszystko, jeśli się trochę postaramy może przecież być fajnie.
Sami kilka tego rodzaju weekendów już przeżyliśmy, więc kilka podpowiedzi:
- Mimo wszystko można iść na spacer lub małą wycieczkę. Tak, zmokniemy i zmarzniemy, ale jak potem smakuje gorące kakao czy zupa. No i można przecież ubrać gumowce, ciepłą kurtkę i tak dalej. We mnie samej też aż coś się burzy przeciwko wyciąganiu zimowych ciuchów, które zdążyłam już schować, ale...
- Oglądanie całej Trylogii Tolkiena To znaczy tak naprawdę Petera Jacksona, ale co tam. Można zrobić jakieś fajne hobbitowe jedzenie i siedzieć przy filmie. Jak ktoś lubi inny film, to też można, ale dla nas Władca zawsze działa
- Zrobić dodatkowe zakupy i upiec, ugotować coś niezwykłego - albo coś czego dawno nie robiliśmy, albo coś, czego nie robiliśmy jeszcze nigdy. Im bardziej pracochłonne tym... lepiej. W końcu kiedy jak nie w taki długi weekend?
- To może być naprawdę niezła okazja na dobrą imprezę. Można kogoś zaprosić, albo kogoś odwiedzić. Nawet jeśli jesteśmy "wyjechani", można pojechać do kogoś kto jest niedaleko.
- Można cały dzień grać w państwa-miasta albo rysować głupie obrazki czy komiksy. Ale bez papieru i czegoś do pisania trudno.
- można też zrobić porządek w szafie, albo na półce z książkami czy w biurku, ale ten pomysł jakoś blado wygląda przy pozostałych  :)
Generalnie chodzi o to żeby nie dać się nudzie i złości z powodu tego, że nie jest tak, jak zaplanowaliśmy. I nie tyle ten weekend przetrwać, co dobrze go wykorzystać.
POWODZENIA!



czwartek, 27 kwietnia 2017

Życie i śmierć jest w mocy języka...

Życie i śmierć w mocy języka? Czy to nie przesada? 


Kilka dni temu słuchałam historii niesłusznie oskarżonego i skazanego człowieka. Odsiedział kilka lat, bo ktoś coś powiedział.
Wczoraj słyszałam rozmowę kilkuletniego dziecka z tatą. Mały coś przeskrobał i rozmawiali. Nie wiem co zrobił i w sumie nie wiem jak potoczyła się rozmowa, ale mały był przejęty. Poruszyło mnie pytanie młodego mężczyzny - "no, ale powiedziałeś o tym mamie?", a w zasadzie poruszająca była odpowiedź chłopca: - "nie, nie powiedziałem, bo się boję". 

Jakieś mnóstwo lat temu pewien przystojny facet zapytał czy zostanę jego żoną. Odpowiedziałam, że tak. 

Kocham Cię
Jesteś cudowna.
Wyjdź.
Odchodzę.
Oj, słowa mają moc. Ogromną.
Pewnie, że powinny (za tymi dobrymi) iść czyny, ale same słowa też mogą bardzo wiele. I nawet całkiem dobre czyny można złymi słowami kompletnie zepsuć...
W zasadzie to właśnie nasze słowa budują między nami atmosferę i albo jest to zaufanie i pokój, albo wręcz przeciwnie. To słowami podtrzymujemy na duchu, dodajemy odwagi, pocieszamy. I słowami potrafimy niszczyć, podcinać skrzydła, odbierać nadzieję. To słowami opisujemy naszą dumę ale też nimi wyrażamy pychę, a to całkiem co innego...
Używamy też słów, by pisać bloga :)
Podobno to trochę jak w statku - w sumie bardzo niewielki ster, a jednak to on kieruje nim całym; i tak ten, kto potrafi panować nad swoim językiem jest bliski doskonałości i zwykle w ogóle potrafi panować nad całą resztą siebie. 
I chodzi w tym nie tyle o ilość słów, chociaż i to ma znaczenie, co raczej o to jakie to są słowa. Po co i jak ich używamy. Coś w tym jest prawda?
Dotyczy to przecież wszystkich relacji w jakich żyjemy. I tych najbliższych - w dużej mierze to słowa tę bliskość przecież utrzymują, i tych dalszych, które też są tak bardzo zależne od tego "kiedy się do mnie wreszcie odezwiesz". 
Ciekawa sprawa - czasem wcale nie największy i najsilniejszy posiada rzeczywistą siłę, ale właśnie ten, kto panuje nad językiem. To nim wydaje on przecież rozkazy.
Nawet w tak błahej w sumie sprawie jak pogoda za oknem - ileż można usłyszeć. I zaraz widać, a raczej słychać, jak z tym panowaniem nad językiem u mijanych osób jest. 
"Tak mi się wyrwało"... Jasne...
Tymi samymi ustami wyznajemy miłość i nienawiść, klepiemy bez sensu i dajemy dobre, pełne miłości rady, straszymy, grozimy i zapewniamy o naszej lojalności i chęci pomocy. Coś tu chyba czasem jest nie tak, prawda? Może warto się postarać i dawać jednoznaczne komunikaty?
Tak, żeby nikt z naszych bliskich nie bał się przyznać do tego, co przeskrobał.
Tak, żeby można było ufać naszym słowom, i aby przynosiły one pokój, radość, bezpieczeństwo i ciepło, chociaż pogoda... taka sobie.
Warto zacząć już teraz.

czwartek, 20 kwietnia 2017

Wierzę w wiosnę!


  Ostatnie dni zaskoczyły mnie pogodą. Zaskoczyły w sensie negatywnym. Kwiecień-plecień, ale bez przesady. A miało być już tylko lepiej. Słoneczko, rozsądna temperatura, spacery i w ogóle, wiosną wszystko jest przecież lepsze. Przeczekałam zimę, starałam się nie narzekać. I teraz miało być wreszcie cudownie. Czekałam na to od kilku miesięcy. Już, już. I rzeczywiście - temperatura trochę się podniosła, zaczęło się robić zielono. Kilka dni było naprawdę cudownych i... kiedy już opuściłam gardę, przestałam się stroszyć, schowałam głęboko (żeby ich nie widzieć przez pół roku) zimowe kurtki, płaszcze, czapki, buty i szaliki zima zaatakowała. Bezlitośnie. Wiatrem, zimnem i deszczem, a zaraz potem mrozem i śniegiem. Brrrr!
To zabolało! Naprawdę zabolało. I boli nadal, ale...
I tutaj następuje osobista deklaracja:
- wierzę w wiosnę! 
- wierzę, że w końcu pokona mróz, że kwiaty nie skisną od niego, tylko wykorzystają soki, które zaczęły już krążyć i wybiją na nowo jak tylko będzie okazja, zakwitną a potem, gdy przyjdzie ich czas, wydadzą owoce,
- wierzę, że wiosna może przyjść nawet po bardzo długiej i ponurej zimie,
- wierzę, że może ożywić nawet naprawdę źle wyglądające badyle,
- wierzę, że da rady zazielenić nawet najbardziej zamarzniętą ziemię,
- wierzę, że może przyjść i rozgrzać wszystko to, co zmarznięte 
- wierzę, że może rozświetlić ponurość i wlać kolory w zimową biel i czerń.
Wierzę, że to wszystko stanie się już niedługo. 
Wierzę, że znów to zobaczę.
Jestem pewna, tego, czego się spodziewam.
Widziałam to już wiele razy.

czwartek, 13 kwietnia 2017

Świąteczne tradycje

Spędziliśmy dzisiaj naprawdę dobry dzień. Jedną z atrakcji był pyszny obiad, który został zrobiony według starego przepisu, który zdobyliśmy od kogoś dawno, dawno temu, gdzieś na początku naszego małżeństwa. Zawsze było to jedno z naszych ulubionych dań i ostatnio przypomniał nam o nim nasz syn, który przed świętami zjechał do domu. Przepis przez wiele miesięcy leżał odłogiem gdzieś tam w zapomnianym zeszycie i wszyscy niemal zapomnieliśmy jak dobre danie z niego wychodzi. No po prostu pychota. 
Gdy tylko potrawa znalazła się na stole i po pokoju rozszedł się smakowity zapach przypomniał mi co najmniej kilka wspaniałych chwil sprzed wielu lat. Mógłbym wymienić imiona osób, z którymi jedliśmy to wspaniałe danie. Smak, zapach i wygląd przeniósł mnie wręcz w magiczny sposób do przeszłości. Niemal poczułem tamte chwile. 

Myślę, że podobnie będzie gdy w Wielkanocną niedzielę zasiądziemy do świątecznego śniadania. Siądziemy razem przy stole. Będą rozmowy, bliskość ważnych dla nas osób. Już się na to cieszę. Mnóstwo drobnostek, które się na ten dzień składają. Naszą tradycją, która wywodzi się z mojego rodzinnego domu jest jedzenie grubego plastra szynki wraz z kromkami chałki. Nasze dzieci, chociaż już dorosłe, wręcz czekają na ten moment i zawsze przed świętami pytają czy na pewno szynka jest już przygotowana. Jest.
Potrawy, zapachy, przedmioty itp. potrafią nam przypominać przeszłość, a nawet w jakiś sposób przenosić w czasie. Możemy na chwilę poczuć się znowu małym dzieckiem czekającym w świąteczny niedzielny poranek na kawał szynki, który tak długo czekaliśmy. 
Ale sednem tego Święta jest coś daleko większego. Świętowanie dla samego święta jest trochę bez sensu. Świętowanie szynki, zajączka czy jajka - też raczej słabo. 
Świętujemy Wielkanoc. I nie chodzi, jak myślał kiedyś mały synek naszej koleżanki o jakąś bardzo wielką noc, która jest trochę przerażająca, ale o noc Wielką. 
Noc Zmartwychwstania. 

czwartek, 6 kwietnia 2017

Polowanie na małpy

Słyszałam kiedyś o tym w jaki sposób polowano, a podobno w niektórych miejscach nadal się to robi, na małpy. To dość inteligentne zwierzęta, ale okazało się, że niekoniecznie wystarczająco. Otóż zastawiano na nie dość zabawne (ale nie z punktu widzenia małpy) wnyki.
Uwaga! Osoby o sercu wrażliwym na los małpek bardzo proszę o rozważenie tego, czy rzeczywiście chcą dalej czytać.
Wracając do tematu: w rodzaju pudełka czy małej klatki z otworem niewiele tylko większym od małpiej dłoni znajdował się, w zależności od wersji historii o polowaniu, banan lub orzech. Przychodziła małpka, widziała lub czuła interesujący ją owoc (czy orzech), chwytała go i… nie mogła wyciągnąć łapy. Próbowała, szarpała się, ale im dłużej to trwało, tym bardziej wpadała w złość. Robiło się coraz gorzej, ale ona wciąż nie puszczała swojej zdobyczy. W końcu przychodzili myśliwi i małpie marzenie o życiu w dżungli pełnej bananów i koleżanek małp traciło jakiekolwiek szanse na realizację…
Dlaczego o tym piszę? Bo coś mi to przypomina.
Czasem sytuacje, w których się znajdujemy, a i nasze zachowanie w nich, niepokojąco bardziej przypominają opisywane polowanie na małpy niż to, w co chcielibyśmy wierzyć na swój temat. Potrafimy tak bardzo skupić się na jakimś konkretnym orzechu (czy bananie J), tak bardzo poddać się złości, rozczarowaniu, frustracji i sześćdziesięciu pięciu innym gwałtownie nas ogarniającym emocjom, że nie potrafimy zrobić nic innego jak tylko gwałtownie się szarpać kalecząc dłoń, wrzeszczeć w panice i… nadal trzymać swojego orzecha… Na dodatek „mamy przecież prawo”, „nikt nie może nam zabronić”, i „sami będziemy decydować o swoich sprawach”. Tutaj rodzi się pytanie czy w taki sposób rzeczywiście decydujemy o czymkolwiek. Myślę sobie, że jest to raczej dość w sumie prosta reakcja, niż świadome decydowanie…
W końcu efekt naszej szarpaniny jest bardzo podobny jak w przypadku zwierzątka z naszej historii o polowaniu.
Problemy, które mamy powodują w nas emocje, te mają wpływ na nasze postępowanie – sposób w jaki odpowiadamy innym i jak traktujemy samych siebie, a to spotyka się z dość zrozumiałą, raczej nieprzychylną reakcją tych innych i… mamy kolejny problem, a ten pierwotny wcale nie zniknął. Jest więc gorzej i szarpiemy się coraz bardziej i bardziej, ale nadal trzymamy naszego orzecha w garści. I nie puszczamy, bo on nasz jest przecież. Powstaje coś w rodzaju błędnego koła:
I tak to mniej więcej wygląda… W końcu dochodzimy do miejsca, w którym jest już tylko strach, złość, bezradność, załamanie i przerażenie. Znikąd pomocy.
Co poradzić takiej przerażonej małpce, która w nas siedzi?
Młodzież, z którą prowadzę w tym tygodniu zajęcia od razu „radzi małpce” – puść banana!
Ale to niestety wcale nie jest takie łatwe. Proste banalnie, ale nie łatwe, bo niestety, niezależnie od tego jakie są oficjalne małpkowe deklaracje – ona naprawdę chce tego banana i to chce go teraz!
Dopóki się nie zatrzymam, nie pomyślę, że to właśnie ten mój orzech, czy inny banan jest moim największym problemem, wcale nie będę gotowa z niego zrezygnować, nawet za cenę swojej wolności. Jak małpka…
Muszę się zatrzymać, uspokoić na krótką chociaż chwilę i pomyśleć – co jest moim problemem, dlaczego z takim zapałem się go trzymam i jak mogę go rozwiązać. Dopiero wtedy mogę mówić o podejmowaniu jakiejkolwiek decyzji.
To działa nawet w bardzo trywialnych sytuacjach. Przykład?
Jestem z daleka od domu. Wczoraj zawiesiła mi się komórka, po krótkim namyśle wyłączyłam ją aby zrestartować system. Fajnie, ale po włączeniu okazało się, że nawet i pamiętam kod PIN, tylko że poprzedni a nie ten aktualny. Drobnostka, prawda? A ileż emocji!!! (ostatecznie wpisałam 3 błędne kody, z poziomu komputera i konta zmieniłam PIN i… wszyscy przeżyli, chociaż przez moment było groźnie J)
I to by było na tyle – taka małpkowa historia na dziś z życzeniami (także dla mnie samej) abyśmy nie byli jak małpki.



czwartek, 30 marca 2017

Miłość kwitnie wokół nas?

Zostałam ostatnio zadziwiona. Zadziwiła mnie dość młoda osoba (ale nie dziecko) pytając czy my nie przesadzamy mówiąc tyle o konieczności pracy nad związkiem. Rzecz dotyczyła małżeństwa. Młodzieniec, bo on to był, całkiem serio pytał czy to nie jest tak, że miłość przychodzi lub nie, a jeśli nad nią trzeba jakoś pracować, to najlepszy znak tego, że to wcale nie jest prawdziwa miłość. Zdębiałam. 
Słyszałam, czytałam, że młodzi i nie tylko młodzi ludzie tak czasem myślą, ale co innego słyszeć czy czytać, a co innego tak twarzą w twarz. 
Jeśli rzeczywiście tak by było, bylibyśmy bez szans. Każda miłość wypalałaby się, zużywała pod ciężarem codzienności. Kolejne poniedziałki, wystygnięte kawy, katar, niewyspanie, zły humor, grypa, tłuste włosy, przesolone kartofle, przypalony kotlet, stłuczona filiżanka, nie ten kolor, słaby film, spóźnienie...
Żadna miłość, jeśli pozostaje zaniedbana, tego nie uniesie. 
Podobnie jak z naszymi ogrodami (jeśli je mamy). Nawet najpiękniejszy z nich, pozostawiony sam sobie, zarośnie w końcu chwastami, które będą bardzo utrudniały kwitnienie. Wtedy nawet gdy w końcu jakiś kwiatek osiągnie sukces i zakwitnie pomimo trudnych warunków, możemy go nie zauważyć w gąszczu. Minąć, nadepnąć. I nadal myśleć, że nic tu nie kwitnie. Może też z czasem stać się jasne, że wcale nie lubimy tego naszego ogródka, a u sąsiada trawa jest bardziej zielona. Najwyższy czas wtedy zabrać się za ten ogródek, który należy do Ciebie. Trzeba zaopatrzyć się w grube rękawiczki i być gotowym na to, że jakieś osty czy pokrzywy pokłują nam dłonie. No cóż. Za wszystko w życiu się płaci... Za cenne rzeczy - dużo.
Z nami jest podobnie. Czasem nasz związek wygląda jak ogródek po zimie. Ale to nie znaczy, że jest zepsuty, ani tym bardziej, ze nigdy nie był prawdziwy, ważny czy głęboki. To oznacza tylko i aż, że zima się skończyła, śnieg, który przykrywał te wszystkie suche badyle stopniał, a wiosna jeszcze nie nadeszła. Trzeba wziąć się do roboty i uzbroić w cierpliwość. Okopać grządki, wyplewić to co zostało po jesieni, posiać czy posadzić nowe roślinki, podlewać, okopywać, znów wyplewić i... poczekać aż zacznie rosnąć. 
Ta praca jest do zrobienia w każdym związku - i w tym dobrym i w tym słabym. Ale wracając do naszych ogródków - to ich wyglądzie decyduje raczej ilość pracy niż rodzaj gleby :).

Można, i coraz więcej ludzi to robi, postanowić "uwolnić się od ogródka". Mam prawo do szczęścia i nie będę wiecznie babrać się w ziemi / dalej inwestować w naszą relację. Można. W zasadzie wszystko można. 
Ale to, że za wszytko w życiu się płaci działa w obie strony - nie płacisz = nie masz. 
Czytałam jakiś czas temu wywiad z Rachel Cusk, autorką książki Po. O małżeństwie i rozstaniu i tak sobie myślę, że może sama jestem słabym autorytetem, bo mam fajne małżeństwo i w ogóle. Ale Rachel bardzo szczerze opowiada o tym, co stało się, gdy zrezygnowała ze swojego; o tym, że minęły trzy lata, a ona nadal nie ma żadnego nowego życia po rozwodzie. Podobno jest nadal to, które jest. I zwykle teraz wcale nie jest lepsze niż kiedyś. 
To całkiem tak jak z ogrodem...

Fragment wywiadu:
Żałowała pani tego, że się rozwiodła?
Tak, oczywiście.
A ja miałam wrażenie, że bardziej niż utratę miłości opłakuje pani utratę poczucia bezpieczeństwa, struktury,
kierunku.
Utratę poczucia rzeczywistości w ogóle. Tłumaczyłam to komuś niedawno. Noszę soczewki i wciąż mnie zadziwia to, jak dużo zależy od tego małego, przezroczystego przedmiotu. Jeśli odrobinę się on przesunie, obraz staje się zamazany. Właśnie tak się czuję - przemieszczona. I nie umiem się z powrotem wpasować, ponieważ wierzyłam w tak wiele rzeczy, które okazały się nieprawdziwe, że dzisiaj nie wiem w sumie, w co mam wierzyć. A jeśli zdecyduję się w coś wierzyć, to co z tego wyniknie? 

To zawsze jest nasz wybór i nasza praca. Czasem jest jej więcej, czasem mniej, czasem jest przyjemnie - siedzimy na tarasie, wąchamy kwiatki, robimy sobie imprezę na świeżym powietrzu, a czasem trzeba grzebać w ziemi, wyrywać chwasty i dużo czasu spędzić na kolanach. 

Jest wiosna. Może warto zabrać się do roboty?


czwartek, 23 marca 2017

Pozdrowienia z Exit Tour


Jesteśmy dzisiaj, podobnie jak podczas całego tygodnia poza domem. Właśnie mamy chwilę przerwy (nie aż taką małą chwilę - prawie 4 godziny) między wykładami w szkołach a spotkaniem wieczornym. Siedzimy w pokoju hotelowym, chwilę temu ja miałam małą drzemkę, teraz chrapie Szanowny Małżonek. Exit Tour, w którym uczestniczymy jest dość wymagający. Wczesne wstawanie, wykłady w szkołach, popołudniowe, a raczej wieczorne spotkania są super, ale te kilka godzin wytchnienia po obiedzie dosłownie ratuje nam życie. Nie te lata....
O co chodzi? 
Od kilku lat uczestniczymy jako jedni z wykładowców w programie profilaktycznym Exit Tour w szkołach. Jedno miasto, cztery dni i cztery szkoły. W zamierzchłej przeszłości, czyli kilka lat temu Janusz organizował tę imprezę z jeszcze jedną osobą, a jakiś już czas temu przekazał to w młode, acz godne ręce. 
Dlaczego o tym piszę?
Dlatego, że akurat tu jesteśmy :) i dlatego, że oprócz dość ciężkiej w sumie pracy (zwłaszcza w porównaniu z siedzeniem przed telewizorem i nic-nie-robieniem, na które być może zasłużyliśmy wychowaniem własnej dwójki dzieci), naprawdę świetnie się tutaj bawimy. Kilka osób ostatnio się nas pytało jak u nas z syndromem opuszczonego gniazda. Bo w sumie dzieci się wyprowadziły i zostaliśmy sami. Prawda, ale nie zdążyliśmy się jeszcze ciągle zorientować o co z tym syndromem chodzi, bo... nie mamy czasu. 
Słyszałam też ostatnio, że: "bo wy jesteście takim barwnym małżeństwem..." - w sumie sama tak uważam. Nasze wspólne życie na serio jest najczęściej sporą frajdą. Tak, przyznaję, że je lubię. Ale to nie jest tak, że na jednych spadają ciekawe rzeczy a inni są skazani na nudę. Zwykle robimy to sobie sami. W naszym życiu też dostrzegamy taką prawidłowość - jeśli skupiasz się na własnej wygodzie, budowaniu komfortu i świętym spokoju - czeka cię ogromne rozczarowanie, jeśli uda się to wszystko osiągnąć i ciągła frustracja zanim to się stanie. Za każdym razem jak próbowaliśmy, dokładnie tak było. Postanowiliśmy z tym zerwać. 
Wstawanie z młodzieżówką o 5:30, jeżdżenie po szkołach, rozstawianie sprzętu (to Janusz), gadanie o trudnościach z młodzieżą, chodzenie spać po północy, to nie są rzeczy, które nam łatwo przychodzą. Od początku roku nie mieliśmy ani jednego w 100% wolnego weekendu. Staramy się mieć przynajmniej 2 - 3 dni w każdym miesiącu, które są tylko dla nas i zwykle, choć nie zawsze nam się to udaje. To jednak sprawia, że nasze wspólne życie nadal jest ciekawe i daje satysfakcję. Wcale nie dlatego, że nie potrafimy usiedzieć na miejscu. Umiemy to, i lubimy, ale widzieliśmy już, że to na dłuższą metę jest potwornie nudne. Seriale w TV są w zasadzie wszystkie o tym samym, sporty, diety i zdrowy tryb życia (polecamy rozsądek) i tak nie uratują nas przed starością ani śmiercią. Uznaliśmy więc, że musimy coś z tym zrobić. Mamy mnóstwo rzeczy, których przez te nasze prawie 30 wspólnych lat, się nauczyliśmy, które zdobyliśmy; doświadczenie, jakaś tam mądrość, i teraz jest czas, w którym możemy dzielić się tym wszystkim z innymi. Nam się udało - niech Im też się uda:). Można zrobić swoje i dalej się rozwijać, dawać swój czas, kawałki swojego życia innym, zdobywać przyjaciół i choć czasem to oznacza niewyspanie, niekoniecznie idealnie zbilansowany posiłek, zmęczenie, chrypę i ogólnie jest średnio wygodne, jest warte swojej ceny.

Ciekawego życia nie dostaje się w prezencie. Trzeba je sobie zrobić samemu...


poniedziałek, 20 marca 2017

Prawie 30 lat razem czyli Dobrze nam Razem w TVN :)

"Dzień dobry TVN" podjęło temat wieloletnich związków. Pokazali, że nie tylko my uważamy, że "Dobrze nam Razem". Serdecznie pozdrawiamy pary, które oprócz nas wzięły udział w nagraniu :)
Trudno uwierzyć, że to już prawie 30 lat Dobrze nam Razem.
"My" zaczynamy się w 1:23 minucie :)

video

czwartek, 16 marca 2017

Bywają takie dni...

Tak...
Bywają takie dni, w których wszystko idzie jakoś nie tak. Jakoś idzie, ale nie do końca udaje się nad tym zapanować i okazuje się, że poszło w zupełnie innym niż oczekiwany kierunku. Bywa. A nawet jest i to właśnie dzisiaj. Nieoczekiwane szaleństwo zaczęło się rano. Zaspałam. Tak zupełnie po prostu nie obudził mnie dzwonek telefonu. Niektórzy złośliwcy mogą twierdzić, że sama go wyłączyłam, ale dementuję te złośliwe pomówienia. Nie obudził mnie ten dzwonek. W efekcie żeby zdążyć tam gdzie miałam zdążyć musiałam się nieźle spinać. W tym czasie mój syn wyjeżdżał. Tak. Nie pożegnałam się z Nim, bo nie miałam jak i kiedy... Mam nadzieję, że mi wybaczy i jeszcze przyjedzie :).
Po drodze dostałam zadyszki, ale zdążyłam. Tak z grubsza.
Potem kolejne rzeczy, sprawy, spotkania, raczej średnio dobre wiadomości. i ... właśnie się okazało, że jest czwartek i wypadałoby coś wrzucić na bloga. Ups.
W głowie pusto, czasu mało, roboty jeszcze trochę przed jutrem...
No i nie mogę długo siedzieć przed komputerem. Przeżyte lata dodają mądrości (na to liczę), ale za zdobywanie doświadczenia trzeba płacić. Między innymi zepsutym kręgosłupem.
Okazuje się jednak, że i takie dzikie dni można przeżyć i jeszcze na koniec być całkiem zadowolonym. Kolejny raz przekonuję się, że nie jestem perfekcyjną panią domu, perfekcyjną żoną, przyjaciółką, ani nawet doskonałą matką. Ech...
Jestem za to ogromnie wdzięczna tym wszystkim, którzy jednak lubią spędzać ze mną czas. Przychodzą i ani słowem nie komentują stosu prasowania odłożonego na później ani innych niedopatrzeń. Spotykają się ze MNĄ.
Dla Was aż chce się nadal żyć.
Chociaż może nieperfekcyjnie ;)

czwartek, 9 marca 2017

Azure Window, stare drzewo i niezależność

Jak czytelnikom bloga wiadomo, mieszkamy w centrum miasta. To oznacza kilka rzeczy, między innymi to, że aby mieć jakikolwiek kontakt z czymś zbliżonym do natury oraz dbać o zdrowie chodzimy na spacery. Miejsce zamieszkania wymusza również trasy spacerowe. Z dużym uproszczeniem można powiedzieć, ze mamy jedną, którą modyfikujemy w zależności od pogody i czasu, jakim akurat dysponujemy. Po tym nieco przydługim wstępie przechodzimy do sedna. Wzdłuż naszej podstawowej trasy spacerowej rosną drzewa. To już w zasadzie park i drzewa tworzą coś w rodzaju zagajnika. Mniej więcej od początku stycznia, kiedy tylko idziemy wspomnianą drogą jedno z drzew skrzypi niemiłosiernie. Trzaski są coraz większe i widzimy, że stare drzewo chwieje się coraz bardziej. Ile jeszcze wytrzyma?

Na Malcie w nocy z minionego wtorku na środę pękły i runęły do wody skały tworzące do tej pory Azure Window, czyli Lazurowe Okno - dla niewtajemniczonych - podziwialiśmy te skały na wielu zdjęciach reklamujących uroki wyspy. Formacja skalna powstała wieki, a w zasadzie nawet tysiące lat temu. Wapienna skała była wypłukiwana przez wodę kolejne dni, miesiące, lata, wieki i w końcu tysiąclecia. Pięć lat temu oderwał się od niej spory kawał, odpadł, powiększył prześwit i zdecydowano o zakazie wchodzenia na skały. Stała dalej. Kolejne sztormy, wiatry i deszcze "dawały jej w kość", aż w końcu, 8 marca 2017 Lazurowe Okno nie wytrzymało naporu morskiej wody, wiatru i deszczu i... runęło do wody. Nie wytrzymało. Jeśli zrobimy sobie przy nim zdjęcie to już tylko w photoshopie...

Staramy się być samodzielni, samowystarczalni i niezależni. Wszyscy nas do tego zachęcają; uważa się, że samodzielność, niezależność jest oznaką dojrzałości. No i niby prawda. Nikt nie chce, a w każdym razie taka jest teoria, być zależny i wspomagany przez innych. Już dwulatek z jakiegoś tajemniczego powodu upiera się, że "ja sam!". No i dobrze. Powinniśmy być niezależnymi i samodzielnymi osobami. Ale to nie powinien być koniec naszego rozwoju. Jest kolejny, niełatwy krok. Podejmujemy go, kiedy, jako samodzielne i niezależne, dojrzałe osoby, decydujemy się prosić o pomoc. I okazuje się, że dla bardzo wielu z nas wcale nie jest to łatwe.
Jest nam głupio, nie chcemy nikogo angażować w nasze sprawy; inni mają przecież tyle na głowie... Panuje przekonanie, że "poradzę sobie sama... przecież muszę...", za nic w świecie nie chcemy też okazać słabości, niewiedzy, zmęczenia czy niemocy. W zasadzie nawet nie możemy tego pokazać. Jesteśmy przecież tymi, którzy dają rady. No i boimy się "kroku w tył" - tego, że coś będziemy zawdzięczać komuś, a nie tylko sobie, tego, że być może przyjdzie nam to przyznać. Obawiamy się długów wdzięczności, zobowiązań i tego wszystkiego, co proszenie o pomoc, a tym bardziej jej otrzymywanie z sobą niesie. 
W tym samym czasie dziwimy się, że ludzie stali się bezduszni, że nie ma współczucia i troski w otaczającym nas świecie, gościnności, poczucia wspólnoty między ludźmi. Świat bardzo się zmienił...

Kiedy tak siedzimy już całkiem niezależni i dumni z siebie świętujemy osiągnięcie samodzielności, okazuje się, że świętujemy sami. Sami wszystko potrafimy i ze wszystkim sobie doskonale radzimy. Sami zaspokajamy swoje wszystkie potrzeby i zachcianki, sami określamy nasze wartości i priorytety, sami decydujemy o sobie. Nikt i nic nie decyduje za nas. Jest powód do dumy i samo-zadowolenia.
Tylko czy na pewno właśnie tego pragnęliśmy najbardziej?
Czy spodziewaliśmy się, że ceną jaką przyjdzie nam za to zapłacić, będzie samotność?
No bo komu jest potrzebny taki stuprocentowo niezależny i samodzielny człowiek? Czy można z nim zbudować przyjaźń?
Tak sobie myślę, że częścią bycia człowiekiem jest to, że potrzebujemy drugiego człowieka. Tylko razem z Drugim może być nam naprawdę dobrze :). To ryzykowne, tak, bywa bolesne, owszem. Ale dopiero kiedy w dojrzały sposób uświadamiamy sobie, że jednak bardzo, bardzo niewiele zawdzięczamy wyłącznie sobie samemu i kiedy zaczynamy zdawać sobie sprawę jak bardzo zależymy od tych, których kochamy, dopiero wtedy zaczynamy budować prawdziwe, głębokie więzi. Niezależność jest bardzo przereklamowana, a samotne skały wcześniej czy później upadają pod naporem codzienności.

W pewnym sensie znana skała zyskała niezależność od lądu...


czwartek, 2 marca 2017

Sposób na ...

W tym tygodniu, oprócz robienia kilku innych rzeczy, czytam książkę "Inteligencja emocjonalna" Daniela Golemana. Kiedyś już ją przeglądałam, ale teraz, wreszcie, zabrałam się za nią "na poważnie". Czytam sobie o różnych rzeczach, ale nie jest, i nie będzie to recenzja książki.
Zwróciłam uwagę na coś niezwykłego. Zauważyła to dr Dianne Tice, a opisał również Goleman w książce, którą czytam :). Otóż rzecz polega na tym, że kiedy ogarniają nas trudne emocje, staramy się jakoś sobie pomóc. Znane i stosowane są różne sposoby, które nam wszystkim pomagają, kiedy jest nam ciężko, albo nie tak jak powinno być. Okazuje się, że jeden z najskuteczniejszych sposobów jest jednym z ... najrzadziej stosowanych. Jakież to tajemne remedium?
Tajemnica raczej słaba - chodzi o pomoc innym w potrzebie. A to niespodzianka, prawda?


W książce poświęcone jest temu kilka wersetów 128 strony. W sumie, może i rzeczywiście nie ma o czym pisać. Okazuje się, że jeśli źródłem naszych emocjonalnych problemów jest przeżywanie w kółko tych samych myśli i odczuć oraz skupienie na sobie, a uczciwie byłoby przyznać, że często tak bywa, nie ma nic lepszego niż zajęcie się kimś innym, kimś, kto również ma jakieś problemy (a kto ich nie ma... :). Sama załapałam się na tym, że moją pierwszą myślą było "fajnie się babce prowadziło badania, ciekawe co ona wie o życiu...". Tak, bywam złośliwa. Ale naprawdę pomyślałam, że fajnie jest pisać o pomaganiu innym, zauważaniu ich problemów jak człowiek prowadzi badania. Kiedy zmaga się z frustracją, ciągłym niepokojem czy depresją, albo nawet po prostu ma wszystkiego dość, to chyba nie jest to dobra rada. Czy jednak na pewno? Czy zamiast, no właśnie, zmagać się ze s w o j ą frustracją, ze s w o j ą depresją czy w ogóle swoimi problemami, czy czym tam jeszcze, nie byłoby warto skupić się na kimś innym? Rozejrzeć się dookoła, i pomóc komuś, kto tego potrzebuje. Kiedy zostawiamy nasze emocje i zajmujemy się realną pomocą komuś innemu, bywa nam po prostu lżej. Przerywamy zaklęty krąg samodołowania się, zajmujemy się drugim człowiekiem, a na dodatek mamy satysfakcję z tego, że pomimo naszej nienajlepszej kondycji, komuś pomogliśmy. Czasem nawiązujemy w ten sposób fajne relacje. Może kiedyś indziej też ktoś nam pomoże. To może zadziałać, nie? :)
Skupienie się na swoich problemach i rozmyślanie o nich w kółko nie pomaga - to wie każdy, kto tego próbował. Pogrążamy się coraz głębiej i coraz rozpaczliwiej próbujemy jakoś się wydostać. A czym takie próby bardziej przypominają przygody Barona Munchhausena (to ten gość, który kiedy wpadł w bagno, sam się z niego wyciągnął za własne włosy), tym mniej jest nam do śmiechu. Okazuje się, że szamoczemy się coraz bardziej i coraz głębiej w bagnie tkwimy. Baron fantasta raczej nam nie pomaga. 
Nasze problemy, nasze emocje, nasze, mnie, moje, ja. 
A tu taki rewolucyjny pomysł: przestać myśleć o sobie, a zająć się pomocą komuś, kto tego potrzebuje. Tak całkiem zwyczajnie.
Nie zawsze tak pewnie będzie, bo życie to nie matematyka i raczej trudno napisać zawsze działający algorytm na ludzkie emocje, ale warto się zastanowić nad jednym z najlepszych sposobów radzenia sobie ze swoimi emocjami.  I nad tym dlaczego tak rzadko z niego korzystamy.

czwartek, 23 lutego 2017

Tłusty czwartek - jeść czy nie jeść?


Tłusty czwartek. To dziś. Dla niektórych dzień objadania się pączkami, dla innych dzień zgrozy. Przyglądam się temu szaleństwu z pozycji zjedzonych dwóch pączków (po dwóch godzinach na basenie :) z lekkim niedowierzaniem. Potrafimy się ostro kłócić nawet o... pączki. Które lepsze, jak smażyć, a może piec?, co dodawać, a czego absolutnie nie, nie wspominając już z bezsilności o tym czy pączki w ogóle wolno jeść, a jeśli tak to jakie - czy dozwolone są tylko z batatów, bez cukru i bez tłuszczu, i bez jajek, i laktozy, i w ogóle bez pączków, czy można jeść wszystkie, nawet te ze znanych sieci handlowych pakowane po 10 tysięcy sztuk za 5 zł?
No i to są ważne pytania. Bez odpowiedzi na nie nie wiadomo jak przeżyć dzisiejszy dzień.
Tylko czy aby na pewno jest to temat, o który warto kruszyć kopie? 
Jak zwykle doradzałabym dużą dozę zdrowego rozsądku - jeśli masz cukrzycę, nie szalej! Jeśli alergię na gluten - odpuść, albo znajdź przepis na bezglutenowe (ewentualnie cukiernię, które takie oferuje :). Podobnie jeśli nie trawisz laktozy czy czegokolwiek innego. Nie zjadaj również dzisiaj raczej stu dwudziestu czterech pączków, ani nawet czternastu. Osiem to też za dużo. My zdecydowaliśmy się na dwa pączki w zestawie z dwugodzinnym pobytem na basenie. Tak, również pływaliśmy :P
Jak ktoś lubi pączki z marmoladą, smażone na smalcu, a ty jadasz tylko z budyniem/advocatem/serem/konfiturąróżaną/czym-tam-jeszcze i tylko smażone na oleju/pieczone w piekarniku - weź głęboki oddech i daj drugiemu człowiekowi żyć. Nawet jeśli to Twój Mąż. Albo dziecko. 
Niech zje tego pączka. Albo niech nie je. Albo zje dwa. Dobra, trzy. Sama też zjedz. Albo nie. Ale pamiętaj, że z powodu zjadania pączków do tej pory nie zanotowano gwałtownych zgonów w Tłuste Czwartki ani dzień po. Również osoby, które nie zjadają żadnego, lub zjadają, ale taki z batatów bez cukru i bez tłuszczu i w ogóle bez, wcale gwałtownie nie głupieją od tego do reszty, nie są również głęboko nieszczęśliwe-z-powodu-niezjedzenia-pączka-dzisiaj. Czy nie możemy po prostu sobie odpuścić. I innym? 
Są w naszym życiu rzeczy, o które warto walczyć. Za niektóre warto nawet oddać życie. Ale jeśli zamiast skupić się na tych najważniejszych będziemy walczyć o pączki i rzeczy im podobne, może się okazać, że kiedy przyjdzie mierzyć się z tymi naprawdę ważnymi, nie będziemy mieli już siły na kolejną potyczkę. Człowiek nie jest w stanie walczyć o wszystko. Zwłaszcza o wszystko na raz. Wycofuje się w końcu i przestaje walczyć o cokolwiek. Z drugiej strony, jeśli walczymy o każdą głupotę, nie możemy też mieć pretensji, kiedy ten drugi nas nie słucha kiedy mówimy, walczymy o coś ważnego. Naprawdę ważnego. Skąd niby ma wiedzieć, że akurat to jest ważne? Przyzwyczaił się (albo przyzwyczaiła) do ciągłego marudzenia i wytworzył obronną reakcję - nie słucha cię. To jedyny sposób. Ale sposób niszczący związek. 
Warto zrozumieć, że nasi bliscy naprawdę mogą lubić inne pączki niż my. Albo w ogóle nie lubić pączków. I mnóstwa innych rzeczy. I mimo to, możemy być razem i cieszyć się bliskością. 
Ale trzeba o tym rozmawiać z życzliwością i przestrzenią na tę inność:
"- nie obraź się, ale twój pączek smakuje jak trociny...
- a twój jak przepracowany olej samochodowy 
-- nie szkodzi, właśnie takie pączki lubię najbardziej" :)

Życzymy udanego Tłustego Czwartku i udanych rozmów o tym co lubicie robić/jeść inaczej.