poniedziałek, 27 stycznia 2020

Ile szczęścia daje nam podróżowanie?

Natrafiłam wczoraj na przedziwne badanie, według którego podróżowanie jest czymś, co daje najwięcej satysfakcji w życiu. Autorzy badania twierdzili z dużym przekonaniem, a w zasadzie z pewnością, że to właśnie podróżowanie jest jedynym pewnym źródłem prawdziwego szczęścia w życiu (badanie nie było bardzo poważne, nie było podane ani kogo badano, ani ile osób, ani jakie zadano im pytanie, więc aż tak bym się nawet nie przejęła, gdyby nie komentarze, które nieopatrznie zaczęłam czytać).
Iluś tam respondentów uznało, że podróżowanie dało im więcej radości niż ślub, a kolejna spora grupa uznała, że podróże są bardziej satysfakcjonujące niż posiadanie dzieci.
Jakkolwiek uwielbiam, no po prostu uwielbiam podróżowanie, to zatrzęsłam się z niedowierzania.
Poczułam się wezwana do odpowiedzi, bo, jak pisałam, uwielbiam podróżować. Postanowiłam napisać dlaczego lubimy podróżować i dlaczego można ( i warto) żyć również bez niego. Bo podróżowanie nie jest najważniejsze w życiu i choć może dostarczyć wielu wspaniałych przeżyć, nie nadaje się na jego cel.
Dlaczego wolę mój ślub niż wszystkie podróże razem wzięte?
Dlatego, że właśnie moim ślubem rozpoczęła się największa przygoda mojego życia. Fakt - sama impreza była taka sobie, ale to co ze sobą niosła! Znaliśmy się, oczywiście wcześniej, i pomysł o ślubie wynikał z relacji, która już istniała, ale to trochę tak, jak przed każdą inną podróżą - jest czas planowania, pakowania, przygotowań wszelkiego rodzaju aż nadchodzi ten dzień i...podróż się zaczyna. Startujemy. Wyjechaliśmy z domu. No i latem minie 30 lat tego podróżowania. Zawsze będziemy razem, zawsze po swojej stronie, jesteśmy teamem, drużyna, która nie da się przeciwnościom. I zdobywamy szczyty, czasem doliny, przemierzamy fascynujące krajobrazy i nudne kilometry asfaltem. I to jest ŻYCIE. Cudowne, barwne, czasem przerażające, fascynujące i pełne... życia właśnie. I wszystkie nasze podróże mają swoje źródło właśnie w tej pierwszej podróży w nieznane. I po 30 niemal latach to nieznane jest znane i "swoje własne" o wiele bardziej, ale nadal jest mnóstwo do odkrycia, do przeżycia i zobaczenia.
Co można jeszcze odkryć po 30 latach małżeństwa?
Można by spytać podróżnika, który podróżuje od 30 lat po Europie i wybiera się w kolejną podróż, tym razem na kontynent, na którym jego stopy jeszcze nie stały - co ty jeszcze chcesz odkryć po 30 latach podróżowania?
Zobaczymy, odkryjemy to, co jest jeszcze zakryte. Następne 30 lat przed nami :)
No i te dzieci - nawet rozumiem, że podróże są mniej wymagające, że bywają przyjemniejsze, że święty spokój i wygoda, ale że bardziej satysfakcjonujące???
Chyba mam całkiem inne zrozumienie znaczenia słowa satysfakcja.
Ups. Słownik podaje, że satysfakcja to uczucie zadowolenia i przyjemności z czegoś.
Rozmawiamy więc o zupełnie innej skali. Zupełnie innej. Siedzenie przy kałuży z wodą w upał pewnie jest satysfakcjonujące. Jasne, że tak. Zwłaszcza jak kałuża jest sporych rozmiarów.
Tylko ja starałam się rozmawiać o zanurzeniu w oceanie.
Co nie zmienia faktu, że uwielbiam podróżować. I pewnie tutaj wcale nie jestem oryginalna jeśli chodzi o powody. Poznawanie nowych miejsc, ludzi, kultury; bycie w miejscach, w których nigdy nie byłam jest po prostu fascynujące. No i można naprawdę odpocząć :) Ale ogromna część wspaniałości podróży jest w tym, ze podróżujemy razem, że mamy z kim w tępo dróż jechać i komu o niej potem opowiadać.

Tak sobie myślę, że można biec z miejsca na miejsce, podziwiać fascynujące krajobrazy, zajadać się wspaniałym jedzeniem, dotykać historii wielu pokoleń, fascynować się zabytkami najbardziej nawet niezwykłych kultur, wspinać się na najwyższe góry i schodzić do najniższych dolin i nadal wcale nie być szczęśliwym człowiekiem. Bo w sumie po co?
I spotkałam kiedyś takiego starego, pełnego rozgoryczenia człowieka. Był muzykiem a ja byłam wtedy bardzo młodą osobą. Do dziś dźwięczą mi w uszach jego słowa:
"Świat jest bardzo monotonny, moja droga, naprawdę nic ciekawego na nim nie ma.
Albo jest sucho, albo mokro, albo ciepło, albo zimno, albo są góry, albo jest płasko,
 zielono albo żółto, czasem biało, i albo jest mnóstwo ludzi, albo jest pusto. Koniec. Byłem i widziałem. Szkoda życia".
Oby nasze podróże nigdy nas tam nie doprowadziły!

poniedziałek, 20 stycznia 2020

Blue Monday

Podobno dziś mamy najgorszy dzień w roku. Składa się na to wiele różnych czynników takich jak odległość do Świąt Bożego Narodzenia, wysokość zarobków, długość dnia, oraz coraz większa świadomość faktu, że raczej już się nam nie uda wypełnić wszystkich noworocznych postanowień wymieszana z poczuciem winy i brakiem motywacji oraz konieczności "zabrania się" za siebie. I podobno wszystko jest totalną bzdurą, ale jakoś się ludziom spodobało i mamy dzisiaj Blue Monday.
Dostałam już dzisiaj SMSa z zaleceniem nie poddawania się mimo wszystko, a w ostatnim tygodniu atakowało mnie z siłą wartą większej sprawy całe mnóstwo reklam i postów sponsorowanych o tym jak jednak jeszcze mogę stać się najlepszą wersją siebie, jak rozpisać grafik czytania żeby jednak wyrobić się z przeczytaniem 52 książek w 2020 roku, nawet jeśli jestem już 3 "w plecy" no i oczywiście drugie tyle diet i cudownych sposobów na zdrowie. Nawet mój kot może stać się "kotem jutra" już dziś dzięki super nowoczesnej bieżni dla kotów. Wczorajsze koty muszą w ogóle zmienić się w koty jutra. Serio. No sama bym tego nie wymyśliła.
Bądź wydajniejsza, lepiej wykorzystuj czas, lepiej gospodaruj energią, doskonale zarządzaj domem, zrób wreszcie porządek z papierami, wyglądaj jeszcze piękniej, regularnie wygładzaj zmarszczki naszym serum, dbaj o zdrowie i planetę, segreguj śmieci w szesnastu różnych pojemnikach, sama produkuj kompost, schudnij 10 kg w dwa tygodnie i popraw swoją sprawność fizyczną, naucz się jednej nowej rzeczy w każdym miesiącu, pamiętaj o suplementach, dbaj o skórę, włosy i paznokcie, no i te książki. 52 koniecznie. No i bądź doskonałą mama, żoną i pracownikiem roku.
No to ja się dziwię, że Blue Monday nie wypada co tydzień...
To zadziwiające jak w świecie, w którym mamy tyle ułatwień w postaci pralek, zmywarek, suszarek, samochodów, supermarketów, medycyny, i tak dalej,  zamiast z tego korzystać i ułatwiać sobie i innym życie w zasadzie ciągle zwiększamy presję na siebie i innych. Muszę to zrobić, muszę to mieć, muszę to osiągnąć. No nie muszę. Fajnie by było, ale naprawdę nie muszę.
I to nie jest wcale taki znowu nowy problem. W VIII wieku p n.e. pewien prorok pisał "biada tym, którzy przyłączają dom do domu i dołączają pole do pola tak, że nie ma już miejsca (...) nic nie rozumieją"*. No cóż, ludzie zawsze chcieli więcej i więcej, i zwykle są z tego same kłopoty.
Absolutnie nie chodzi o to by nie mieć celów, nie planować i się nie rozwijać. Jedynie o to, żeby nie zapomnieć, że realizowanie kolejnych celów i bycie nawet nie wiem jak bardzo produktywnym to jednak za mało na cel życia. Warto korzystając z najgorszego dnia w roku zatrzymać się na chwilę i bardzo poważnie zastanowić się nad tym czy to, do czego dążę naprawdę jest tym czego chcę? I czy przypadkiem cena jaką przyjdzie mi zapłacić nie jest zbyt wysoka. Mamy coraz więcej i coraz mniej nas to cieszy. To w sumie słabo, prawda?
Pamiętam jak kilka lat temu pojechaliśmy na wycieczkę życia do Włoch. Po zwiedzeniu Wenecji, Werony, Padwy, Pizy, Arezzo i kilku mniejszych miasteczek znaleźliśmy się w Sienie. Włoskie klimaty, sztuka dosłownie już nas przenikały. A tutaj  kolejne muzea - pamiętam jak po chwili bicia się z myślami postanowiliśmy dać sobie spokój. Nie zobaczyliśmy wtedy nieukończonej z powodu dżumy nowej nawy katedry z pięknymi posadzkami, marmurowej ambony Pisaniego, rzeźb Donatella, Querciego i wielu innych pięknych rzeczy, o których istnieniu może nawet nie wiemy. Łaziliśmy po sieneńskich uliczkach wokół Piazza del Campo całe popołudnie, znaleźliśmy niemal pusty dziedziniec miejskiego zamku Palazzo Chigi-Saracini i przesiedzieliśmy tam co najmniej godzinę słuchając muzyki, trochę się pogubiliśmy i wyszliśmy inną bramą, więc mieliśmy okazję podziwiać miejskie mury. Cudowny dzień, piękne wspomnienia. Chciałabym wrócić tam jeszcze kiedyś. Zrozumiałam wtedy co to znaczy, że czasem mniej znaczy więcej, a pewien niedosyt, rodzaj pragnienia, które pozostało mi po dniu w Sienie jest całkiem dobrym poczuciem. W zasadzie nawet przyjemnym.
"nasz " dziedziniec Palazzo Chigi -Saracini

Z okazji Blue Monday życzę nam wszystkim właśnie tego zatrzymania, zwolnienia i zastanowienia się ca czym pędzimy i czy na pewno warto. Może szczególnie dziś warto sobie odpuścić i spędzić przyjemnie wieczór.